Kilka dni później Louis siedział w tym samym białym pokoju, w którym niecałe dwa tygodnie wcześniej po raz pierwszy rozmawiał z dziwnym doktorem. Na pierwszy rzut oka młody lekarz wydał mu się niemiłym dupkiem, który od niechcenia i byle jak odbębniał swoją robotę, by jak najszybciej móc wrócić do domu. Cóż, wyglądał na takiego i tak się właśnie zachowywał. Nic dziwnego, że Louis miał go za nieczułego chama.
Jeszcze nigdy w życiu tak bardzo się nie pomylił.
Od jego próby samobójczej minęły zaledwie dwa tygodnie, a miał wrażenie jakby siedział tu dwa lata. To wszystko przez sposób w jaki doktor Rovers z nim rozmawiał. Wyciągnął z niego wszystko co najgorsze, kilka razy doprowadził go na skraj przepaści, ale jakimś cudem Louis nigdy z niej nie spadł. Gdy było z nim bardzo ciężko dostawał lekarstwa i jakoś się uspokajał, ale w końcu przyszedł czas, by wrócić do domu.
- Boję się, że to za wcześnie. – powiedział szczerze, gdy został o to wszystko zapytany – Nie jestem pewien czy jestem na to gotowy. – dodał patrząc w oczy lekarzowi.
- To rzeczywiście wcześnie, ale nie za wcześnie. – odparł z lekkim uśmiechem lekarz – Chciałeś wrócić do domu, pamiętasz?
- I chcę, bardzo. – szepnął – Ale… boję się. Siebie. – dodał spuszczając wzrok. Naprawdę nie chciał sobie nic już więcej nigdy robić. Nigdy, nigdy, nigdy – I boję się tej rozprawy. Co jeśli znowu zeświruję?
- Louis, rozmawialiśmy o tym tysiąc razy. Zaufałem ci, pokazałeś, że można ci ufać i musisz teraz sam sobie zaufać. Daj sobie szansę. Boisz się, ale nie chcesz już tego więcej robić, mam rację?
- Oczywiście, że nie chcę. Nie zrobię tego. – odpowiedział pewnie – Przysięgam.
- Wiem o tym. – uśmiechnął się i był z siebie dumny. Udało mu się mu pomóc – Przyjedzie ktoś po ciebie? – zapytał na co Louis kiwnął głową mówiąc, że czeka na niego wujek. – W takim razie czas się pożegnać. – mruknął, a kąciki jego ust uniosły się ku górze.
- Zaraz… to nie przepisze mi pan żadnych lekarstw?
- Ah tak, lekarstwa. Już. Mam je gdzieś tutaj. – dodał wyjmując z kieszeni pudełeczko pudrowych cukierków. Louis zmarszczył brwi.
- Co to jest? – zapytał wyraźnie zdziwiony.
- Twoje lekarstwa. – uśmiechnął się wesoło lekarz – Weź wszystkie.
Louis otworzył szeroko usta patrząc na plastikowe pudełeczko, a później spojrzał doktorowi w oczy.
- Żartuje pan, prawda?
- Nie. Mówiłem ci, że masz depresję. Bałeś się siebie i dlatego chciałeś być faszerowany jakimś paskudztwem. Potem byś musiał brać to regularnie, a gdybyś raz nie wziął tabletki zacząłbyś bzikować. Nie wiesz jak to działa. Jesteś za młody, gdybym przepisał ci leki za kilka lat ten szpital byłby twoim domem. – wyjaśnił z uśmiechem i zaczął podnosić się z miejsca i pakować rzeczy do torby.
- Czy to w ogóle zgodne z prawem? Jak pan mógł dawać mi cukierki do cholery? – Louis oburzył się, jeszcze bardziej marszcząc brwi, ale potem pokręcił głową i roześmiał się – Co z pana za lekarz, gdyby moja ciocia wiedziała…
- Wiedziała o wszystkim. – dodał zamykając jakieś teczki – Bez jej zgody nie mógłbym tego zrobić.
- Och. – westchnął szatyn. Zastanowił się chwilkę, aż w końcu pokręcił z niedowierzaniem głową i podniósł się z miejsca ruszając do drzwi – Cóż, w takim razie czas się pożegnać. – powtórzył jego słowa.
- Uważaj na siebie i nie rób już więcej głupot. Skup się na szkole, może uda ci się uratować ten rok.
- Tak zrobię. – przytaknął – Powiedziałbym dowidzenia, ale… sam pan rozumie. – westchnął po raz kolejny, a mężczyzna roześmiał się głośno.
- Ostrzegano mnie przed twoim zuchwalstwem. – mruknął kręcąc głową – Trzymaj się Louis.
Szatyn uśmiechnął się delikatnie, a potem otworzył drzwi i wyszedł. Zanim jednak je zamknął wrócił do środka, a zdziwiony mężczyzna podniósł wysoko brwi. Louis podszedł do stołu chwytając pudełeczko z cukierkami i zgarniając je do kieszeni bluzy.
- To chyba moje. – uśmiechnął się i rzucając mu ostatnie spojrzenie wyszedł.
Tom przywitał go przytulając krótko, a następnie opieprzając za to, że niesie za dużo rzeczy. Nie dał sobie przegadać, że rany już prawie się zagoiły, a szwy zostały zdjęte. Za bardzo się martwił. Mimo tego, że cięcia zamieniły się w strupy i powoli zaczęły znikać wyglądały tragicznie, a gdy się na nie spojrzało serce podskakiwało do gardła, a ciarki przechodziły po całym ciele. Ta pamiątka zostanie Louisowi na całe życie.
Tom był dość małomówny, a gdy Louis zaczął zadawać mu pytania w końcu się zdenerwował co sprawiło, że szatyna ogarnęło poczucie winy. Przeprosił, a jego wujek natychmiast złagodniał.
- Daj spokój Louis, to ja przepraszam. Po prostu się denerwuję tym wszystkim. – westchnął mając na myśli tą całą rozprawę – Chciałbym żebyśmy mieli to już za sobą. Chciałbym żebyś ty miał to za sobą. Wolałbym żebyś w tym nie uczestniczył.
- Wszystko będzie dobrze, dam sobie radę. Naprawdę czuję się już lepiej i nie zamierzam robić nic głupiego. – powiedział szybko, a Tom spojrzał na niego z wyraźną ulgą.
*
Lindsay prawie zacałowała go na śmierć i omal nie udusiła mocno ściskając przez co Louis prawie się rozpłynął. Naprawdę poczuł się wtedy szczęśliwy, kochany i chciany, a gdy go puściła jego policzki rumieniły się lekko ze szczęścia.
- Boże, dopiero teraz widzę jak ty mi schudłeś. – powiedziała kręcąc głową i lustrując go od góry do dołu, a potem zaczęła robić listę zakupów na obiad i wkrótce wyszła z domu. Szatyn zachichotał cicho, a potem usiadł po turecku na kanapie w salonie i sięgnął po swój telefon myśląc o Harrym, którego nie widział całe trzy dni. Przez piętnaście minut zastanawiał się co mógłby mu napisać.
Że tęskni i że go potrzebuje? Przecież nie byli razem.
Westchnął i nie myśląc za wiele postanowił napisać cokolwiek i ucieszył się, gdy po krótkiej chwili przyszła odpowiedź.
L: Harry
H: Louis?
L: Hej :)
H: Hej?
L: Przyjedź.
H: Gdzie?
L: Do mnie? :)
H: Do ciebie?
L: Harry!
H: Louis!
L: To kiedy?
H: Za godzinę?
L: Za pół?
H: Za pół :)
Szeroki uśmiech rozświetlił jego twarz, gdy przewijał rozmowę w górę czytając ją po raz drugi. Już nie mógł się doczekać, aż go zobaczy. Naprawdę za nim tęsknił. Oparł swoją głowę o oparcie, aż usłyszał podniesiony głos swojego wujka, który rozmawiał na górze przez telefon klnąc przy tym głośno. Szatyn westchnął cicho. Nigdy wcześniej nie słyszał go tak złego. Wsłuchał się, ale z całej rozmowy oprócz przekleństw wyłapał jedynie jedno nazwisko „Dollings”. Po tym wszystko ucichło, a Louis wyszedł na górę, by zapytać czy wszystko w porządku, jednak tak samo jak w samochodzie zdenerwował tym Toma jeszcze bardziej. Krzyknął na niego żeby dał mu spokój, a Louis wyszedł i usiadł u siebie na parapecie, smutny i po raz kolejny ogarnięty poczuciem winy. Zastanawiał się o co może chodzić. Musiało być coś o czym razem z Lindsay nie chcieli mu powiedzieć. Tylko co?
Siedział i myślał tak długo, że nawet nie usłyszał dzwonka do drzwi, a potem Harry’ego, który wszedł po schodach do jego pokoju.
- Masz minusa Tomlinson. – powiedział na dzień dobry, a szatyn podskoczył spadając z parapetu – Najpierw mnie zapraszasz, a później nie chcesz otworzyć. – zaśmiał się pomagając podnieść mu się z podłogi.
- O Boże, przepraszam, zamyśliłem się. – wyrzucił z siebie spoglądając na niego i niemal natychmiast oblewając się rumieńcem, gdy zielone tęczówki przeszywały go na wskroś – Długo czekałeś?
- Nie. Ale i tak masz minusa. – uśmiechnął się Harry, a potem przechylił na bok głowę przyglądając mu się uważnie – Chyba będę musiał zjeść to co mam dla ciebie sam. – dodał wyjmując zza siebie duże, plastikowe pudełko kolorowych żelek.
Oczy Louisa powiększyły się, gdy zobaczył swoją ukochaną słodycz. Zrobił krok do przodu, ale Harry cofnął się i schował pudełko za siebie uśmiechając się zalotnie. Louis zmrużył złowrogo oczy.
- Nie lubisz żelek. – powiedział robiąc kolejny krok w jego stronę.
- Skąd wiesz? Może polubiłem? – uśmiechnął się Harry i jeszcze raz wyjął zza siebie pudełko, otwierając je i wyciągając długą czerwoną żelkę. Zaczął powoli wciągać ją do ust i patrząc prosto w oczy niższego chłopaka. Po chwili przełknął i uśmiechnął się znacząco.
To Louis był tym który zmniejszył między nimi odległość. Zrobił dwa kroki, ujął twarz Harry’ego i przyciągnął ją do siebie podnosząc się lekko na palcach. Wyższy chłopak zaśmiał się w jego usta i owinął ręce wokół jego talii, wciąż trzymając w nich pudełko. Przesunął ręką po jego plecach.
- No dobra, cofam tego minusa. – powiedział, gdy się od siebie odsunęli – Żelkę?
- Poproszę – zachichotał Louis i chwilę później pakował do ust jedną za drugą, a Harry siedział na krześle po turecku i nie mógł oderwać od niego wzroku. Miał ochotę przewrócić oczami. Ten widok był rozbrajający.
- Kocham żelki – powiedział z pełnymi ustami niższy chłopak uśmiechając się jak małe dziecko na widok czekolady, a potem zaczął kopać w środku palcami i szukać swoich ulubionych smaków. Harry przyglądał się temu przygryzając lekko wargę i czując jak mięknie mu serce na ten widok.
Louis w końcu również zawiesił na nim swój wzrok i zatrzymał się, a na jego twarzy pojawiły się małe rumieńce. Zamrugał zastanawiając się nad tym o czym myślał wcześniej i chciał zadać mu to pytanie, które męczyło go już od dłuższego czasu.
- Harry – zaczął odrobinę niepewnie i natychmiast zarejestrował, że jego serce zaraz z niego wyskoczy. To było trudniejsze niż przypuszczał. Poprawił nerwowo okulary.
- Hm? – uśmiechnął się zachęcająco loczek.
- Co jest… - nie dokończył bo usłyszeli wołanie Lindsay, która wołała ich na dół. Louis westchnął i wstał.
- O co chciałeś zapytać? – mruknął Harry zatrzymując go przed schodami i patrząc w oczy, ale szatyn jedynie pokręcił głową i udał, że to nic ważnego. Tak naprawdę chciał wiedzieć na czym stoją. Chciał wiedzieć co jest między nimi.
*
Harry westchnął głęboko zapalając silnik i wyjeżdżając od Louisa. Nie powiedział mu. Jest pieprzonym tchórzem i znów tego nie zrobił. Wrzucił bieg i ruszył, a po chwili złapał się na tym, że na jego twarzy maluje się szeroki uśmiech, a on wciąż o nim myśli. Odtwarzał w głowie obraz Louisa pakującego kolorowe robaczki do ust, chichoczącego z głupiej kreskówki czy rumieniącego się na jego widok. To wszystko było takie cudowne, że Harry zaczął się zastanawiać czy naprawdę jest prawdziwe. Marzył o tym, by w końcu wszystko się ułożyło i cieszył się, że z Louisem jest już dużo lepiej. Bo to było widać. Zanim wyszedł leżeli u niego z laptopem na łóżku i śmiali się, dopóki Harry nie przejechał delikatnie palcem po bliznach szatyna.
- Błagam, nigdy więcej tego nie rób. – powiedział podnosząc wzrok i patrząc mu poważnie w oczy – Słyszysz? Proszę cię.
- Nie zrobię Harry. – odpowiedział Louis i uśmiechnął się blado.
- Obiecujesz?
- Obiecuję. – mruknął, a Harry mu uwierzył. Wiedział, że mówi prawdę i ufał mu. Całym swoim sercem.
Skręcił w prawo i ruszył drogą mijając stację benzynową i był już prawie na głównej drodze prowadzącej do domu, w którym mieszkał z Liamem i Zaynem, gdy na pustym parkingu dostrzegł dwa samochody i kilku facetów mocno kopiących jednego z nich, który leżał na ziemi cały we krwi i zwijał się z bólu. Harry zacisnął zęby, gdy zdał sobie sprawę z tego, że ten leżący to Justin. Parsknął śmiechem i przejechał dalej nie zatrzymując się, gdy przed oczami pojawił mu się uśmiechnięty Louis.
- Cholera. – zaklął pod nosem wiedząc, że ten na pewno, by się zatrzymał. Bez względu na to, że Justin był jego największym wrogiem wróciłby po niego. Miał dobre serce – Louis, co ty ze mną robisz. – powiedział do siebie i nagle zawrócił na środku drogi z piskiem opon.
Nie myśląc za wiele przyspieszył i zatrzymał się tuż obok nich, a ze schowka wyjął… plastikowy pistolet-zabawkę, który kupił Zayn. Spojrzał na niego myśląc, że jest całkowicie popieprzony i że znowu pakuje się w kłopoty, ale zanim zmienił zdanie wyszedł z auta.
- Wypad. – powiedział podnosząc do góry zabawkę i nie musiał powtarzać bo całe towarzystwo od razu się rozbiegło. Wziął głęboki oddech mając nadzieję, że nikt tego nie widział i że nikt go nie zapamiętał, a potem podszedł do leżącego chłopaka i podniósł go z ziemi za kurtkę. Otworzył drzwi samochodu i wrzucił go na siedzenie obok kierowcy, a potem bez słowa usiadł za kierownicą i ruszył.
Justin syczał z bólu i ocierał krwawiący nos rękawem. Wyglądał naprawdę kiepsko. Harry podjechał pod kamienicę, gdzie chłopak zawsze przesiadywał i zatrzymał się czekając, aż wyjdzie z auta. Blondyn otworzył drzwi i wyszedł rzucając mu krótkie spojrzenie. Nie podziękował, ale Harry nawet na to nie liczył. Gdy tylko zamknął drzwi odjechał do domu.
*
- Co u niego? – zapytał Liam, gdy loczek opadł na kanapę wzdychając ciężko – Wszystko dobrze?
- Tak. – mruknął Harry zawieszając na nim swoje spojrzenie – Wyszedł z tego, wiesz? Martwi mnie ta rozprawa, która go czeka, ale wiem, że da sobie radę. Nie do wiary, ale ten cały lekarz naprawdę mu pomógł. – zaśmiał się.
Liam uśmiechnął się szeroko. W końcu jakaś dobra wiadomość, w końcu Harry się uspokoi i nie będzie chodził całymi dniami podenerwowany.
- Widzę, że ci ulżyło, hm? – zachichotał szczerząc złośliwie zęby.
- Nie zaczynaj Li. – westchnął, a po chwili dodał – Tak, naprawdę mi ulżyło. Bardzo się o niego bałem… wiesz… nie chciałem żeby skończył… tak… tak jak Gemma. – mruknął, a Liam otworzył szerzej oczy.
Harry bardzo, bardzo rzadko mówił o swojej siostrze. To był dla niego całkowity temat tabu, to było coś o czym nigdy nie chciał rozmawiać. Liam wiedział jedynie tyle, że jego siostra popełniła samobójstwo i że bardzo ją kochał. W głębi duszy wiedział, że to przez to Harry się tak stoczył. O ile to w ogóle można tak nazwać. Uśmiechnął się pocieszająco, ale nie chciał ciągnąć tego tematu.
- Trzymacie się nawzajem, wiesz? – mruknął patrząc na przyjaciela.
- Co masz na myśli? – Harry zmarszczył brwi.
- Ty nie pozwalasz mu upaść, a on tobie. – uśmiechnął się – Nie oszukujmy się Harry, nie pamiętam kiedy ostatnio widziałem cię naćpanego. Louis ma na ciebie dobry wpływ… a ty na niego… I… trochę mi głupio, że na początku byłem przeciwko.
Loczek roześmiał się.
- Daj spokój. Nie dziwię się, byłem trochę agresywny. Kiedy pojechaliśmy go uczyć trochę go przestraszyłem.
- Wiedziałem, że mu coś powiedziałeś! Jesteś kutasem, wiesz jak on się wtedy bał? Przerażałeś go. – przewrócił oczami – Mimo wszystko głupio mi. Teraz mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze.
- Mi też głupio. Że wcisnąłem mu prochy. – mruknął Zayn wchodząc do środka i siadając obok nich.
- Co? – zdziwił się Liam – Jakie prochy?
- Ah bo ty nie wiesz? – Harry parsknął śmiechem – Jak Louis tu kiedyś spał Zayn nie podał mu leków, a te swoje kolorowe tabletki. Biedny Louis, nafukał się i przez pół nocy szukał szklanki w piekarniku. Potem prawie się do niego dobrałem. – uśmiechnął się zamyślony, a po chwili potrząsnął głową poważniejąc – To było chore Zayn, on mógł sobie coś zrobić. Masz naprawdę popieprzone pomysły.
- I mówi to ktoś kto ocalił tyłek Biberowi. Kawałkiem plastiku. Nie mało ci kłopotów?
- Co?! – zawołał Liam czekając na wyjaśnienia.
- Kutasie, miałeś mu nie mówić! – zdenerwował się Harry, a po chwili opadł na kanapę.
Gdy Zayn opowiadał mu całe zajście brunet wyjął z kieszeni telefon i zaczął przeglądać wcześniejsze wiadomości jakie pisał z Louisem. Uśmiechnął się. Tak bardzo chciał móc napisać mu, że o nim myśli, że tęskni i że jest dla niego ważny. Ale nie mógł. To znaczy nie chciał. Przecież nie byli razem. Sam nie wiedział już co między nimi jest. Zacisnął mocno oczy, a chwilę później napisał nową wiadomość i wysłał zanim się rozmyślił.
H: Mówiłem ci, że cieszę się, że wróciłeś?
Minęła minuta i już zaczynał żałować, że to napisał, gdy usłyszał dźwięk przychodzącej wiadomości. Kliknął otwórz i uśmiechnął się lekko.
L: Nie :)
H: Cieszę się, że wróciłeś.
L: Harry?
H: Hm? :)
L: Cieszę się, że wróciłem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz