wtorek, 7 stycznia 2014

3

Niespodziewany powrót Nialla wywołał wiele szeptów i niedokończonych rozmów. Louis jednak usilnie zaprzeczał wszelkim plotkom, jakoby miał ściągnąć Nialla z urlopu, gdyż sam sobie nie radzi. To prawda, Horan był czymś w stylu prawej ręki szatyna, jeszcze zanim Tomlinson poznał Dominica Toretto i bandę, to właśnie z Niallem współpracował.


Pełna kontrowersji była też sprawa Zayna. Liam upierał się, by usunąć go z drużyny, a wszystko przez fotografię z dziewczyną, która okazała się być ich wrogiem. Malik czuł się jak na kolejce górskiej – nic nie było takie, jakie się wydawało. Miał mętlik w głowie, nie potrafił przypomnieć sobie ani sekundy ze swojego życia, w której uczestniczyłaby tamta blondynka. Niemożliwym wydawało mu się, by między nimi kiedykolwiek do czegoś doszło. Przecież był gejem… Chyba.

Harry, natomiast, wolał nie wtrącać się w potyczki rodzinne, skoro – jak to powiedział Zayn -, nie należał do rodziny. Skupił się na planowaniu kolejnego skoku, bo skoro ta akcja miała być rzekomo jego ostatnią, musiał udowodnić Louisowi, iż jest wart pozostania w Rio. Chciał za wszelką cenę pokazać mu, do czego jest zdolny i jak przydatny może się okazać.

Louis był cichszy niż zwykle. W ogóle się nie uśmiechał, praktycznie z nikim nie rozmawiał. Nie schodził na rodzinne posiłki, a jedynymi miejscami, w których można było go znaleźć, był jego osobisty garaż oraz kapliczka, w której modlił się dwa razy dziennie. Jednak wszyscy wiedzieli, iż nikt nie może mu przeszkadzać, gdy o to nie prosi. Dlatego też ekipa zajęła się sobą, wypełniając obowiązki i zostawiając szefa, w tak zwanym, świętym spokoju.

Tomlinson był rozczarowany. Nie tyle Zaynem, Harry’m czy kimkolwiek innym z drużyny, co samym sobą. Był wściekły, że pozwolił pokonać się dziewczynom. Przeklętym laskom, które – jak się okazało – wiedziały o nim więcej, niż on sam. Miał ochotę rzucać wszystkim, co tylko znalazło się w zasięgu jego dłoni. Nie potrafił przyjąć do siebie myśli, iż komuś udało się go przejrzeć.

Nie mógł się teraz poddać. Był w stanie oddać swoje własne życie dla honoru i dobrego imienia, nikt nie zmusi go do wyciągnięcia białej flagi. Ucieczka z pola walki była nie do przyjęcia, to nie było w jego stylu. Zastanawiał się, dlaczego owa banda w ogóle zaczęła go szukać. Czy naprawdę chodziło tylko o Zayna? Przecież gdyby ta cała Edwards po prostu chciała odzyskać chłopaka, wystarczyło się dogadać. Nie strzelałaby do ukochanej osoby. Prawda?

Potrząsnął głową, by odrzucić od siebie natrętne myśli i zgasił papierosa na barierce balkonu. Westchnął głęboko i przeczesując palcami włosy, wyszedł z sypialni i ruszył w dół schodów. Do jego nozdrzy natychmiast dobiegł smakowity zapach. Kąciki ust mężczyzny lekko drgnęły w górę, po czym skierował się do kuchni.

Nie spodziewał się zastać tam całej drużyny. Cara szatkowała kapustę, Rita pochylała się nad garnkiem z makaronem, Liam i Zayn kroili paprykę, Niall smażył na patelnii mięso, natomiast Harry stał przed stojakiem z winem, oglądając dokładnie każdą butelkę. Louis uniósł w górę brwi i oparł się biodrem o framugę drzwi, całkowicie niezauważony przez resztę.

- Spaliłeś – mruknął Liam, marszcząc nos w kierunku Nialla. Horan zrobił młynka oczami.

- Wyluzuj, gościu – stęknął. - Robię to dokładnie tak, jak moja mama.

- Twoja stara to najgorsza kucharka pod słońcem – zachichotała Delevingne, na co oberwała z łokcia.

- Hej, skąd to wziąłeś?! - zachichotał Zayn, gdy Styles rzucił w niego cebulą.

- Od Papy Smerfa – żachnął się Harry, co wywołało kolejną salwę śmiechu u wszystkich zgromadzonych.

- Nie cwaniakuj, gliniarzu – pogroził mu nożem Mulat. - Jestem lepszym agentem specjalnym, niż ty.

- Zależy, co masz na myśli mówiąc “specjalny” – ten wzruszył ramionami i nawet Louis zachichotał.

Miłym widokiem było dla niego, że mimo porażki, rodzina pozostała rodziną. Jak to kiedyś powiedział mu Toretto, nigdy nie odwracasz się od rodziny – nawet, jeśli ona to zrobi. Wziął sobie te słowa do serca i od tamtej pory traktował bliskich jak największą świętość. Mógł mieć tysiące wrogów, lecz posiadanie tych paru osób sprawiało, że miał ochotę wstać rano z łóżka.

- Może wam pomóc? - odezwał się w końcu, a wszystkie oczy zwrócone zostały na niego. Przez chwilę zapadła cisza, która po paru sekundach zamieniła się w radosną rozmowę.

- Baliśmy się, że już nigdy nie usłyszymy twojego słodkiego głosu, który jest melodią mego serca – zanucił Niall, a Tomlinson spojrzał na niego z ukosa.

- Zrobisz coś dla mnie, Horan? - zapytał.

- Wszystko, szefie!

- Morda w kubeł, uprzejmie proszę – zażartował, a blondyn pomachał nożem. Nagle uwagę Tomlinsona przykuł widok zdewastowanego miasta w telewizji. - Harry, pogłośnij!

Styles obrócił się na pięcie i złapał za pilota, który leżał na kuchennym blacie. Wcisnął odpowiedni guzik i natychmiast w pokoju rozległ się głos prezenterki faktów.

- A oto skutki śmiałego napadu w biały dzień. Rio było sparaliżowane przez 4 godziny, służby porządkowe do tej pory usuwają szkody. Policja ujawniła tożsamość osoby odpowiedzialnej za niewiarygodny i niebezpieczny wyścig, podczas którego, o dziwo, nikt nie ucierpiał. To była agentka federalna, Perrie Edwards. Do akcji doszło w dolinie Ladeira Dos Tabajaras. Prawdopodobnie chodziło o walki narkotykowe, policja nadal bada potencjalną przyczynę. Lokalne i federalne agencje poszukują Edwards, podejrzewany o udział w walce jest także Louis Tomlinson.

- Kurwa, wynośmy się stąd – powiedział Liam. - Mówiłem, że ta sprawa nie wróży nic dobrego. Musiemy uciekać, nim nas dopadną.

- Spokojnie, Payne, mam wszystko pod kontrolą – uśmiechnął się Louis. - Wędka zarzucona, czas złowić naszą rybkę.


*

{Castigala}


*

Louis nie bardzo przejął się wspomnieniem swej skromnej osoby w lokalnych wiadomościach. Jedyne, o czym myślał, to towar po Bradze, który prawdopodobnie stracił. Lecz miał szansę go odzyskać, jeśli tylko znajdzie Edwards i jej bandę. Lecz co do tego nie miał najmniejszych wątpliwości. Przestępca zawsze wraca na miejsce zbrodni, czyż nie?

- Niall! Mówiłem, że ten kurczak jest suchy – zaśmiał się Liam, kiedy wszyscy siedzieli przy stole. Blondyn posłał mężczyźnie środkowy palec.

- Dobrze, Payne – rzekł Louis, jednocześnie układając dłoń na udzie Zayna, który siedział obok. - Ponieważ pierwszy sięgnąłeś po kurczaka, odmówisz modlitwę.

- Panie… - zaczął Liam szukając słów.

- Boże… - podpowiedział mu Harry i znów wszyscy się zaśmiali.

- Boże – skwitował Payne. - Dziękuję. Dziękujemy Ci za bezpośrednie wtryskiwacze podtlenku azotu, chłodnice między-stopniowe, turbosprężarki z łożyskami kulkowymi i tytanowe sprężyny zaworu. Amen.

- Amen – powtórzyli wszyscy z przymkniętymi powiekami.

- To było niezłe – westchnął Louis, otwierając oczy.

- Modliłem się do Boga motoryzacji! - bronił się szatyn.

Tak wyglądało to zawsze. Modlitwa, nawet ta całkowicie oderwana od rzeczywistości, jednoczyła ich. Louis nigdy nie zapominał o tym, by podziękować Bogu za najmniejsze dobrodziejstwo. Uważał, że wszystko, co do tej pory otrzymał, to, kim się stał, może zawdzięczać tylko Chrystusowi i jego wybawieniu poprzez własną śmierć.

Po kolacji wszyscy spotkali się w głównym garażu. Stało tam siedem wozów, przykrytych pokrowcami. Nikt nie wiedział, co jest pod spodem, oprócz Zayna i Harry’ego. Spędzili całe trzydzieści sześć godzin, aby wszystko znaleźć i dokończyć, dlatego byli naprawdę dumni, gdy im się udało.

Odsłonili pierwszy samochód. Był to oliwkowo-zielony Chevy Camaro SS z 69 roku. Nie był jeszcze do końca doszlifowany, miał kilka drobnych wgnieceń, ale krył w sobie prawdziwe cacko.

- Co to jest, do cholery? - zapytała zaskoczona Cara.

- To twój wóz – odpowiedział, jak gdyby nigdy nic Harry.

- Mój wóz? - jej czoło zmarszczyło się w zastanowieniu. - Miał być sportowy, a nie wrak. Musielibyśmy go przepchnąć przez metę albo przeciągnąć na holu. Nawet do tego się nie nadaje.

- Brak ci wiary – westchnął Zayn.

- Wierzę w ciebie, ale to złom – wykłócała się Delevingne.

- Podnieś klapę – Styles skrzyżował ręce na piersi. - No, już.

Blondynka zrobiła młynka oczami i schyliła się, by zdjąć zabezpieczenie. Gdy otworzyła maskę, jej oczy zalśniły jak monety.

- Kurwa mać – wydyszała w szoku, przyglądając się uważnie temu, co było pod klapą.

- A nie mówiłem? - Loczek wzniósł oczy ku niebu. - Silnik 2JZ. Będzie nie do pobicia, jeśli tylko podrasujemy zewnętrzny wygląd i poprawiamy skrzynię biegów.

- Zwracam honor, chłopaki. To cudeńko! - Cara klasnęła w dłonie i odtańczyła dziwny taniec radości. Pozostali przeszli do następnego samochodu.

Następnym samochodem było coś, na widok czego Louis zaczął się ślinić. Swymi wielkimi lampami patrzył na niego czarno-czerwony Nissan Skyline GTR. Niskie zawieszenie, ksenony, rajdowe naklejki. Miał ochotę przykleić się do tego wozu i nigdy go nie puszczać.

- Co o tym myślisz? - zapytał go Zayn.

- Amortyzatory firmy KONI? - mruknął Tomlinson, ignorując pytanie.

- Będzie przynajmniej o kilogram lżejszy – wyjaśnił mu Harry.

- I będzie się lepiej trzymał drogi – dopowiedział Mulat. - W porządku?

- Jest nieziemski. Należy do mnie? - zagaił dla pewności Louis, choć wiedział, że i tak nikt mu go nie odbierze.

- Tak. Masz tu wlot powietrza. System na podtlenek azotu i turbo T4, Lou – rozpoczął litanię Harry. - Dodatkowy regulator wtryskiwacza i bezpośredni wtrysk podtlenku. Tak. I osobny układ paliwowy. Niegłupio wydane 10000 dolarów.

- Wystarczająco dużo podtlenku azotu, by wysadzić się w powietrze, wohoo – zagwizdał Liam.

- To jeszcze wersja surowa – poinformował go Loczek. - Gdy go dokończymy, będzie chodził jak złoto.

- Minąłeś się z powołaniem. Powinieneś pójść na mechanikę, czy coś – zauważyła Rita, zaglądając pod maskę.

- Nie… Mam te… No, wiecie. Zaburzenia…

- Koncentracji? - Zayn uniósł brwi, a Harry klasnął w dłonie. - To jakim cudem zostałeś gliną?

- Byłem dobry w algebrze i matmie. I zdałem testy sprawnościowe na wysokim poziomie. Z resztą, to mało ważne. To w silnikach jest coś, co mnie uspokaja.

Po prezentacji wszystkich wozów, Louis wreszcie zaczął podejmować konkretne kroki. Jego żądza władzy wróciła, a pragnienie zdobycia pieniędzy i rozgłosu miotały nim niemiłosiernie. W głowie miał tylko tę jedną myśl – znaleźć, zrabować, zlikwidować. Nie mógł się już pomylić. Kolejny błąd kosztowałby go życie. To nie miało prawa się stać.


*

{How We Roll}

*

Parking w pobliżu Parku Eduardo Guinle był ściśle zamknięty. Jasne reflektory oświetlały plac, a ósemka sportowych, wyścigowych samochodów stało z boku, gotowych do jazdy. Drużyna z Louisem na czele czekała, aż Niall zacznie ich nocne, bardzo ważne – jak twierdził – zajęcia. Nikt nie wiedział, czego się spodziewać. W końcu to był Horan, przewidywalny tak jak pogoda.

Blondyn wyszedł na środek z małym pilotem w dłoni. Rozejrzał się dookoła uważnie, upewniając się, iż plac jest na pewno odpowiednim miejscem do treningu. Wreszcie uśmiechnął się i spojrzał na swoich towarzyszy.

- Punktem pierwszym i najważniejszym, według którego nie poradziliście sobie z tamtą drużyną jest fakt, iż one umieją coś, co wam nie wychodzi najlepiej – rzekł, na co Louis zrobił młynka oczami. - Drift, panie i panowie. Właśnie tego się dziś nauczymy. Wprowadzę was w świat driftingu i już nikt nigdy nie da wam rady.

- Nie nauczymy się wszystkiego w jedną noc – zaczęła Cara. - Niektórzy z nas nigdy tego nie robili. Potrzeba czasu.

- Niestety czas gra na naszą niekorzyść, więc musimy spiąć pośladki i trochę się pomęczyć. Patrząc na was z perspektywy czasu uważam, iż pójdzie wam doskonale. Trzeba tylko chcieć.

- W porządku, Niall – odezwał się Tomlinson. Doskonale wiedział, że drift nie był nawet jego dobrą stroną. - Miejmy to już za sobą.

Niall nacisnął guzik na pilocie, dzięki czemu z głośników w jednym z samochodów zaczęła płynąć muzyka. Światła lekko przygasły, a kolorowe neony jedynie dodawały miejscu charakteru.

- Dobra, zróbmy to szybko – zawołał Niall, podchodząc bliżej i łapiąc kontakt z każdym po kolei. - Drift polega na jak najdłuższym utrzymywaniu auta w poślizgu, a zaczyna się zawsze w ten sam sposób. Od drastycznej utraty bądź zmniejszenia przyczepności tylnych kół. Niezależnie jaką technikę wybierzemy, zawsze będzie konieczne kontrolowanie poślizgu za pomocą kierownicy.

Przeszedł dalej, by wskazać na przykładowy samochód i gestem ręki zaczął pokazywać poszczególne elementy, które w driftingu miały największe znaczenie.

- Najpierw zajmiemy się tym, jak najłatwiej wprowadzić auto w poślizg. Rita – poprosił gestem dłoni.

Dziewczyna posłusznie wsiadła za kierownicę czarnego Camaro i spojrzała na blondyna, oczekując jego poleceń. Ten oparł się ramieniem o drzwi od strony kierowcy i zaczął tłumaczyć.

- Pierwsza metoda nazywa się E- BRAKE i jest najczęściej stosowana. Może dlatego, że jest banalnie prosta – zaśmiał się. - W momencie wejścia w zakręt zaciągamy hamulec ręczny, tylko na krótko tak, aby zablokować tył. Hamulca ręcznego używamy tylko na chwilę, by tylne koła utraciły przyczepność, w innym razie stracimy prędkość i staniemy. Tył naszego auta zacznie “uciekać” na zewnętrzną stronę zakrętu, wtedy przy odpowiedniej kontrze kierownicy i dozowaniu gazem, osiągniemy zamierzony efekt czyli będziemy jechać w drifcie. Dasz radę? - znów zwrócił się do dziewczyny.

- Spróbować nie zaszkodzi – wzruszyła ramionami Rita i po chwili ruszyła z piskiem opon.

Gładko podeszła do zakrętu i natychmiast zaciągnęła ręczny, przez co jej samochód nieco się obrócił. Wykonała gwałtowną kontrę i ślizgając się po asfalcie, przy charakterystycznym pisku opon, wyszła z zakrętu i wróciła na miejsce. Wszyscy zaczęli bić brawo, a Niall krzyknął radośnie.

- Świetna robota! - rzekł z uznaniem. - Fantastyczne wejście, gwałtowne ale nie ostre, naprawdę dobrze się spisałaś!

Louis przyglądał się wszystkiemu surowym okiem. Ufał Niallowi jak nikomu innemu i wiedział, że ten nie pozwoli, by przegrali. Był nieco negatywnie nastawiony wobec tej całej sprawy z driftem, ale kto nie ryzykuje, ten nie zyskuje, prawda?

- Teraz poproszę… Harry, nadasz się do tego – zachęcił Loczka, a ten zasiadł za kółkiem Shelby. - CLUTCH-KICK czyli strzał ze sprzęgła. Stosować możemy go w dowolnym momencie pokonywania odcinka łuku. Aby stosować tę technikę, musimy mieć sprawnie działające sprzęgło jak i cały układ przeniesienia napędu oraz wystarczającą moc, ponieważ w słabszych autach na suchym asfalcie nie będzie rezultatu. Wszystko, co musimy zrobić, to krótkotrwałe wciśnięcie i odpuszczenie pedału sprzęgła, bez odjęcia gazu, co zwiększy obroty silnika i po ponownym, gwałtownym przeniesieniu mocy na tylne koła, wpadną one w poślizg.

- Dziecinada – zaśmiał się Styles i nim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć, ruszył w stronę łuku.

Wykonał zadanie perfekcyjnie, a Niall nie mógł wyjść z podziwu. Bał się, choć bardzo wierzył w drużynę, to jednak gdzieś w głębi siebie bał się, że ta cała sprawa z driftingiem będzie klapą. A jednak, zaczynała rozpierać go duma.

- Widzicie? To wcale nie jest takie trudne! - zawołał Horan, kiedy Harry wrócił na miejsce. - Power Overu nie będę tłumaczył, bo gwałtownie gazowanie i kontrę na zakręcie robimy na co dzień. Przejdżmy dalej. Zayn?

Malik wsiadł do swojego maleńkiego dziecka, Mustanga Fastbacka i czekał na zadanie. Kątem oka widział, iż Louis przygląda mu się uważniej niż zwykle, a następnie zerka w kierunku Stylesa. Zastanawiał się, czy Tomlinson coś podejrzewa. Mimowolnie zadrżał, lecz nie dał po sobie poznać, że się stresuje.

- To ci się spodoba. Metoda zwie się SHIFT LOCK i podobnie jak w clutch-kick’u, wykorzystujemy zespół przeniesienia napędu, który polega na redukcji z… Na przykład trójki na dwójkę. W czasie redukcji biegu powstają duże opory na tylnych kołach, co przy gwałtownej zmianie biegów i puszczaniu sprzęgła powoduje, że tył zaczyna się ślizgać. Gdy poczujemy, iż tylnia oś zaczyna wpadać w poślizg, wciskamy energicznie pedał gazu, by utrzymać auto w drifcie.

- Przedstawienie czas zacząć – uśmiechnął się Zayn i wypuszczając z ust niedopałek papierosa, odpalił silnik i ruszył przed siebie.

Kiedy był w odległości okołu dwudziestu metrów od pierwszego łuku, zręcznie zredukował bieg i wszedł w zakręt na dwójce. Wykonał szybką kontrę i docisnął pedał gazu, a samochód zaczął wręcz płynąc po asfalcie. Pierwszy raz robił coś takiego i przez moment życie przeleciało mu przed oczami, a gdy zorientował się, jak wspaniale mu poszło, wrzasnął na cały regulator.

- Wohooo, dziwki! Król Malik na drodze! - zatrąbił kilkakrotnie i wrócił na miejsce.

- Jesteście lepsi, niż myślałem – zdziwił się Horan, pocierając ręką czoło.

- Zostały nam dwie, ważne rzeczy, które trzeba opanować. Jazda poślizgiem po okręgu i ósemka. Może najpierw to drugie. Cara, Liam?

{C’mon}


Para spojrzała po sobie, po czym wsiedli do osobnych samochodów. Niall uśmiechnął się cwaniacko. To rodzeństwo było gorsze niż największe siły piekielne. Jedno było gotowe zabić, byle obronić to drugie. Mieli innych ojców, ale więzy krwi z powodu tej samej matki pozostały.

- Zacznijmy od jeżdżenia wokół pachołków oddalonych od siebie o około dwudziestu metrów – zaczął, ustawiając wspomniane przedmioty w odpowiednich miejscach. - Na początku ćwiczenie możemy traktować jako dwa nawroty o 180 stopni, ale już bez zatrzymania. Po kilku próbach zmniejszamy odległość pachołków do dziesięciu metrów. Ćwicząc, staramy się, by auto jechało w poślizgu między pachołkami. Wychodząc z jednego zakrętu poślizgiem musimy już planować wejście w następny. Odjęcie gazu na wyjściu i energiczny skręt kierownicą w stronę następnego zakrętu pozwala przy odpowiedniej prędkości zrzucić samochód z masy w drugą stronę i tym samym zainicjować kolejny nawrót.

- Możemy zacząć równocześnie? - zagaiła Cara. - Liam wejdzie w jedno kółko, ja w drugie i będzie się mijać. To da świetny efekt, co nie, braciszku?

- Moja dziewczynka – zaśmiał się Payne. - Niall?

- W porządku, ale pamiętać, że aby perfekcyjnie wykonywać to ćwiczenie, należy tylko dozować odpowiednio gaz i delikatne skręcać kierownicą. Z każdym kolejnym okrążeniem możecie zwiększać dystans między pachołkami, co spowoduje, że drifty staną się dłuższe, a prędkość większa. Wszystko jasne?

- Jak słońce – puściła mu oczko Delevingne i spojrzała na Liama. - Braciszku?

- Siostrzyczko? - zasalutował jej i oboje odpalili silniki.

Wszyscy ze zdumieniem patrzyli, jak rodzeństwo rozpoczyna ósemkę. Wyglądało to jak taniec po asfalcie, gdy ich samochody ciągle mijały się w tę i z powrotem. W niektórych momentach mieli wrażenie, że zaraz się zderzą, bo w grę wchodziły milimetry. Nic takiego jednak się nie stało. Przyjemny zapach palonej gumy i chmura kurzu unosiły się w powietrzu.

- Czuję się jak dumny ojciec! - zaśmiał się Niall, gdy po kilkunastu próbach ósemki Liama i Cary były perfekcyjne. - Nie wierzę, że tak dobrze wam idzie. Jesteście niemożliwi!

Jednak, rodzeństwo jak rodzeństwo, nie mogło skończyć się kłótnią. Zaczęli ścigać się po całym parkingu, co nie wróżyło nic dobrego. Coś strzeliło, trzasnęło i wszyscy wiedzieli, że robi się nieciekawie.

- Zmieniasz biegi jak panienka. Musisz oszczędniej używać sprzęgła – żachnęła się Cara, głaszcząc Liama po ramieniu.

- No chyba ty. Masz szczęście, że podtlenek azotu nie rozsadził spoin – odgryzł się jej, a blondynka uniosła w górę brwi.

- Prawie cię pokonałam!

- Prawie, co? - zdziwił się Payne, po czym spojrzał na szefa. - Powiedz jej, żeby spadała, Louis!

- Super, teraz ja i szalony policjancik musimy rozłożyć silnik i wymienić pierścienie tłokowe, które spaliłeś, Payne – westchnął Malik, zaglądając pod maskę. - Tyle roboty i chujnia.

- Wcale mnie nie pokonałaś. To był remis, do kurwy nędzy – nie dawał za wygraną Liam.

- Każdy rajdowiec ci to powie – odezwał się wreszcie Tomlinson, krzyżując dłonie na piersi. - Nieważne, czy wygrywa się o centymetr, czy o kilometr. Liczy się zwycięstwo.

- Tak jest! - zawtórował mu Niall. - Dobra, zróbmy tak. Pozbierajcie się i wracajcie do domu. Ja zostanę z Louisem i poćwiczymy jeszcze parę rzeczy.

- Horan ma rację. Zayn, Harry, dopilnujcie, by w domu był spokój i cisza, kiedy wrócimy. I samochody mają być gotowe na rano. Rita, mapa i plan jutrzejszego ataku ma być na moim biurku. Możecie jechać – zakomenderował Louis i odesłał ekipę machnięciem dłoni. Następnie zerknął na Nialla. - Jazda poślizgiem po okręgu. Muszę to umieć.

Blondyn skinął głową i poczekał, aż wszyscy się ulotnią. Gdy na placu zostali tylko oni dwoje, ustawił na środku jeden pachołek i wręczył Louisowi kluczyki do Challengera.

- Pachołek jest wyznacznikiem środka okręgu. Początkowo staraj się wprowadzić i utrzymać samochód w poślizgu, nie zważając na średnicę okręgu, po którym się poruszasz, okej? - zaczął powoli, a Louis skinął głową skanując w głowie każde słowo przyjaciela. - By zainicjować poślizg używamy hamulca ręcznego. Najważniejsza jest koordynacja ruchowa kierownicą i pedałem gazu. Próbuj jak najmniej kręcić kierownicą i kontrolować kierunek jazdy gazem.

Tomlinson nie czekając na resztę wskazówek ruszył z piskiem opon. Wydawałoby się, że zrobił wszystko według zasad Nialla, lecz coś złego zaczęło dziać się z jego samochodem. Przeklął, gdy zamiast klasycznego driftu, zaczął kręcić się w miejscu wokół własnej osi, jednocześnie rozwalając pachołek. Zatrzymał się i uderzył wściekle dłońmi w kierownicę.

- Kurwa mać! - wrzasnął. - Pierdolone chujostwo. Wracam do domu!

- Louis, Louis! - podbiegł do niego Horan i ułożył dłoń na jego ramieniu. - Spokojnie, nie było tak źle. Poprawimy to.

- Niby jak?! Zjebałem!

- Posłuchaj mnie, dobrze? - poprosił blondyn, a niebieskooki Brytyjczyk skinął głową. - Generalna zasada jest taka, że im mocniej wciskamy pedał gazu tym bardziej tył ucieka, a co za tym idzie, zakręt zacieśnia się. Gdy za mocno dodasz gazu i zabraknie kontry kierownicą, wykręcasz bączka, jak przed chwilą. Kiedy opanujesz jazdę po dużym okręgu z małym wychyleniem auta, staraj się zmniejszać promień okręgu i zwiększać wychylenie, czyli stopień w jakim auto idzie bokiem. Dobrze? Tylko spokojnie, bez nerwów.

Louis wziął głęboki oddech i ponownie ruszył tym razem mniej gwałtowniej. Wystartował z miejsca około sześć metrów oddalonego od pachołka i z każdym okrążeniem zbliżał się do środka okręgu. Po czterech kółkach niemalże zahaczał zderzakiem o pachołek, po czym ponownie zwiększył promień okręgu, po którym poruszało się auto.

Następnie zakończył w tej samej odległości od środka, co zaczął.
Zatrzymał samochód i odetchnął z ulgą. Następnie spojrzał na Nialla, który podskoczył wesoło i przybił mu piątkę.

- Widzisz?! Udało ci się! - zawołał Horan. - Musisz przestać podchodzić do wszystkiego z takimi nerwami. Rozluźnij się, stwórz więź z samochodem.

- Jak małżeństwo? - upewnił się Louis, a jego przyjaciel zmarszczył brwi.

- Coś w tym stylu, ale z tą różnicą, że twoja fura po rozwodzie cię nie oskubie – zachichotał i nawet wtedy Tomlinson mu zawtórował. - Wracamy na chatę, co nie? Jutro wielki dzień.

- Tak, trzeba być przygotowanym – westchnął szatyn. - Słuchaj, Niall… Miałeś kiedyś dziwne uczucie, że… Kochasz dwie osoby jednocześnie? I nie wiedziałeś, kogo wybrać?

- Wiesz, pewien człowiek kiedyś powiedział mi, że jeśli kochasz dwie osoby, wybierz tę drugą. Gdybyś naprawdę kochał pierwszą, nigdy nie zakochałbyś się w drugiej.

- A co, jeśli… Zresztą, nieważne – urwał, uśmiechając się krzywo. - Jedźmy już do domu.

- Louis? - zagaił Niall, lecz ten na niego nie spojrzał. - Cokolwiek zrobisz, jestem po twojej stronie. Jasne? Nigdy cię nie potępię.

- Dziękuję, Niall. To wiele dla mnie znaczy – rzekł i chwilę później parking przy Eduardo Guinle całkowicie opustoszał.


*

{Fight For You}

*


Harry stał na balkonie swojej sypialni, wpatrując się w rozgwieżdżone niebo nad Rio. Delikatny wiatr rozwiewał jego włosy i muskał twarz orzeźwiającym powietrzem. W jednej dłoni trzymał butelkę tequili, a drugą opierał się o barierkę. W jego głowie siedział Louis i za żadne skarby nie chciał stamtąd wyjść.

Przed oczyma przewijały mu się obrazy z ich wspólnej przeszłości, ich plany na wspólną przyszłość. Ciągle pluł sobie w brodę, że pozwolił mu odejść. Owszem, zawalił dołączając do policji i dając im namiary, jak pojmać Tomlinsona. Specjalnie pokręcił akcję, by jego ukochany zdążył uciec i miał nadzieję, że Louis to zrozumie.

Ale nie. Nie zrozumiał. Odszedł, a Harry nie zrobił tak naprawdę nic, by go przy sobie zatrzymać. W jego głowie brzmiało przysłowie: Jeśli kogoś kochasz, pozwól mu odejść. Jeśli wróci, jest Twój na zawsze. Jeśli nie wróci, tak naprawdę nigdy nie był Twój. Potrząsnął głową, chcąc pozbyć się tej myśli. To prawda, długo łudził się, że pewnego ranka obudzi się, a Lou będzie obok. Lecz tak się nie stało. On nigdy nie wrócił.

I wtedy postanowił go odnaleźć. Musiał wiedzieć, czy dla Louisa to jest skończone. Jeśli rzeczywiście powiedziałby mu "nie kocham cię", odszedłby i nigdy nie pojawiłby się w jego życiu ponownie. Ale Tomlinson odszedł bez słowa i tak naprawdę, Harry nie miał pojęcia, co jest prawdziwe, a co nie.

Przez myśl przemknęło mu nie raz "a jeśli ma już kogoś?", lecz nie chciał w to wierzyć. Nie mógł przyjąć do wiadomości, że jego ukochany może przytulać, całować, kochać innego mężczyznę. I gdy zobaczył Zayna…

Miał ochotę go zabić. Był gotów poderżnąć gardło Malikowi tylko za to, że kiedykolwiek dotknął jego własności. Ale potem pojawił się Louis, pod tą maską nieczułego skurwysyna i nic już nie było takie samo. Potem noc z Zaynem i… To wszystko nie miało sensu.

Jego przemyślenia przerwał cichy zgrzyt drzwi balkonowych. Nawet nie drgnął, będąc przekonanym, iż to Malik. Ostatnimi czasy dużo rozmawiali i naprawdę świetnie się rozumieli. Kiedy jednak do jego nozdrzy dotarł charakterystyczny zapach Gucci Guilty, przez jego ciało przeszedł dreszcz.

Obejmując ustami szyjkę butelki i upijając łyk trunku, powoli obrócił się i spojrzał prosto w lazurowe tęczówki Louisa. Mężczyzna opierał się biodrem o framugę drzwi, jakby gdyby nigdy nic pożerając Stylesa wzrokiem. Harry odstawił butelkę na mały stoliczek i wolnym krokiem ruszył w stronę szatyna.

Ten wyciągnął dłoń i ułożył ją na klatce piersiowej młodszego mężczyzny, chcąc go zatrzymać. Ich oczy znów się spotkały i nie widać w nich było nic, prócz bólu i niezrozumienia.

- Dlaczego ciągle mnie odpychasz? Oboje wiemy, że chcesz, bym był obok – szepnął Harry zrezygnowanym głosem.

- Nie możemy, Harry – odpowiedział spokojnie Louis. - Kocham Zayna i…

- Mnie też kochasz! Doskonale o tym wiesz, przestań kłamać.

- Nie powinienem…

- Gówno-prawda, Lou – warknął Styles, wbrew woli niższego mężczyzny zmniejszając odległość między nimi tak, że ich klatki piersiowe się stykały. - Kocham cię i wiem, że kochasz mnie. Przyjechałem tu tylko dla ciebie. Nie chcę stracić tego, czym żyję. Jestem gotów zrobić wszystko, bylebyś był szczęśliwy.

- Harry…

- Daj nam jeszcze jedną szansę, a na pewno nam się uda, wiem to. Nie przestanę, dopóki będziemy walczyć. A jeśli nie chcesz, spójrz mi prosto w oczy i powiedz, że nic do mnie nie czujesz. Dopiero wtedy odejdę.

Louis spuścił wzrok na swoje buty i zacisnął wargi. Przymknął powieki i zaczął ciężko oddychać. Ze wszystkich sił próbował się nie rozpłakać.

Harry ujął go za podbródek i zmusił do spojrzenia na siebie. Kiedy Tomlinson ujrzał szmaragdowe tęczówki pałające taką miłością, nie mógł się dłużej powstrzymywać. Ujął twarz wyższego mężczyzny w dłonie i przyciągnął do namiętnego pocałunku.

Ich ciała ocierały się o siebie, a języki walczyły o dominację. Wargi miażdżyły się w szaleńczym tańcu, dłonie zadrapywały skórę. Louis czuł, że wreszcie może oddychać. Jakby przez długi czas wstrzymywał oddech i wreszcie mógł zaczerpnąć powietrza pełną piersią.

Nie protestował, gdy Harry uniósł go jak piórko i wniósł do sypialni, po czym ułożył na łóżku. Nie protestował, kiedy jego kochanek powoli zdejmował z niego, a potem z siebie kolejne części garderoby. Nie protestował też, gdy młodszy wszedł w niego, zaciskając dłonie na biodrach do tego stopnia, że rano na pewno będzie miał siniaki.

Chciał tego. Tęsknił za tym dniami i nocami, a gdy Styles znów pojawił się w jego życiu, pragnął go od pierwszej chwili, w której go ujrzał. Na początku myślał, iż ten chce tylko go pogrążyć, oddach policji. A jednak Harry naprawdę był tu tylko dla niego. I ta myśl sprawiała, iż znów miał ochotę szczerze się uśmiechać.

Lecz to było złe. Nie mógł pozwolić swojemu sercu decydować. Wiedział, że tak szybko, jak to wszystko się zaczęło, równie szybko i gwałtownie się skończy. Dlatego krzyknął imię Harry’ego, gdy dochodzili i pocałował go najmocniej jak umiał, bo wiedział, iż to ich ostatni raz.

*

{Danza Kuduro}

*


Wszystko było zaplanowane. Nie było możliwości, by coś poszło nie tak. Ludzie z ekipy ciężko pracowali i nie mogli poddać się bez walki. Cena była zbyt duża i Louis był świadom, jak ucierpiałby jego honor, gdyby nie stanął do pojedynku. Drużyna Edwards była silna, lecz nie wystarczająco. Zbyt długo pracował na to, co obecnie miał, aby stracić to przez głupią blondyneczkę.

Wypolerował ostatni centymetr swojego ukochanego Challengera i uśmiechnął się do swego odbicia w masce samochodu. Sekundę później usłyszał skrzypnięcie drzwi garażowych, a do środka weszła jego ekipa. Powoli odwrócił się i spojrzał na nich, krzyżując ramiona na piersi.

- Szefie – zaczęła Rita, niepewnie zerkając na Tomlinsona. - Jesteśmy gotowi.

- Co wiemy? - zapytał Louis, unosząc zadziornie brodę. Głos zabrał Liam.

- Edwards jest w budynku przy Pedro Alves 279, to stare magazyny powojenne. Jest sama. Jej ekipę zlokalizowaliśmy pięć ulic dalej na wschód.

- Doskonale – westchnął szatyn, odrzucając z czoła grzywkę. - Plan jest taki. Do Edwards jedzie sam Zayn. My, oczywiście, go osłaniamy. Musimy dowiedzieć się wszystkiego. Kim jest, czego chce i dlaczego szuka tego właśnie tutaj – po tych słowach zwrócił się bezpośrednio do Malika. - Gdy tylko coś pójdzie nie tak, oznajmisz nam to przez mikrofon ukryty w twojej kurtce. Wtedy wkroczymy do akcji.

- Co z jej ekipą? - zapytała Cara, upinając włosy w kucyk i poprawiając broń, przypiętą do paska.

- Tak, jak powiedziałem. Obserwujemy ich, musimy być praktycznie niewidzialni. Wtopicie się w tłum, jakoś uda wam się to zrobić. Gdy tylko zacznie dziać się coś podejrzanego, czekacie na mój znak.

Następnie dał sygnał i wszyscy wsiedli do swoich samochodów. Wozy ruszyły z piskiem opon i wyjechały z garażu, a w pomieszczeniu został tylko on i Zayn. Mulat podszedł do mężczyzny i złapał jego dłonie w swoje. Louis odważył się spojrzeć mu w oczy. Wpatrywali się w siebie przez chwilę, aż Malik pochylił się i musnął wargi szatyna. Tomlinson odwzajemnił pocałunek, zaciskając ręce na biodrach bruneta.

- Uważaj na siebie – szepnął, gdy odsunęli się od siebie. Zayn uśmiechnął się delikatnie.

- Zawsze uważam – puścił mu oczko, po czym wsiadł za kierownicę swego Fastbacka i opuścił posiadłość.

Louis, nie czekając ani chwili dłużej, również odpalając silnik samochodu, wyjechał. Komputer w jego wozie wskazywał, w których miejscach miasta są wrogowie oraz jego ludzie. Dzięki temu mógł kontrolować całą sytuację. Docisnął pedał gazu i ruszył w kierunku biednej dzielnicy, gdzie podobno znajdował się jego wróg. Plan był prosty: unicestwić i zgarnąć łupy. Nie brać jeńców, wszyscy muszą zginąć.

Dochodziło południe. Mnóstwo ludzi kręciło się po uliczkach, za co Louis dziękował Bogu, gdyż nie będzie trudno się zakamuflować. Otrzymał kilka wiadomości od Harry’ego, Liama czy Nialla, że są już na swoich miejscach i obserwują cele. Podobnie w przypadku Rity i Cary.

- Jestem pod budynkiem – odezwał się w słuchawce Zayn. - Wysiadam i wchodzę do środka.

Louis zacisnął zęby żałując, iż może tylko słyszeć, co będzie się działo. Chciałby mieć również wgląd w to, co za chwilę miało mieć miejsce, ale zamontowanie ukrytej kamery było zbyt ryzykowne. Postanowił więc załadować broń i grzecznie czekać w samochodzie, słuchając nagrania i przygotowując się do ataku.

Zayn nie wiedział, czego się spodziewać. W gruncie rzeczy, obleciał go lekki strach, bo przecież mógł zginąć. Lecz gdy tylko w jego głowie pojawił się Louis, wszelkie wątpliwości opuściły jego ciało. Dla Tomlinsona był gotów zrobić wszystko – nawet oddać własne życie.

Powoli otworzył drzwi starego magazynu i ściskając w dłoni broń, wszedł do środka. Rozejrzał się po ogromnej, pustej przestrzeni, słabo oświetlonej przez jedną żarówkę uwieszoną u sufitu. Czuł, że ktoś go obserwuje, w wyniku czego na jego przedramionach pojawiła się gęsia skórka. Przełknął głośno ślinę i wziął głęboki oddech, gdy usłyszał stukot obcasów.

- Szukasz czegoś? - odezwał się kobiecy głos i Zayn wiedział, do kogo należał. Gwałtownie obrócił się i stanął twarzą w twarz z blondynką, która tamtego dnia go postrzeliła.

- Szukam ciebie – odpowiedział pewnym siebie tonem Malik. Dziewczyna uśmiechnęła się niewinnie i podeszła bliżej. - Ja… Powiedz mi, co o mnie wiesz.

- Co o tobie wiem? - blondynka uniosła w zdziwieniu brwi. - Lepiej spytaj, czego nie wiem. Dostaniesz krótszą odpowiedź – zaśmiała się. - Wiem o tobie wszystko, Zaynie Javaddzie Maliku. Dosłownie wszystko.

- Łżesz jak pies – warknął. - Przyznaj się, że po prostu grasz na moich emocjach, by zniszczyć Louisa.

- W dupie mam tego Louisa i całą jego bandę – niebieskooka odrzuciła włosy w tył. - Przyjechałam tu po ciebie, szukałam cię zbyt długo. Tamten wypadek… Cholera, zawsze pakowałeś się w kłopoty, wiesz? Dobrze wiedziałeś, iż samochód twojego ojca nie jest jeszcze wykończony. Wszyscy myśleliśmy, że skończyłeś jak on, że umarłeś…

- My? Jacy “my”? - zapytał niepewnie Zayn.

- Ja, twoi przyjaciele, twoja rodzina… Obiecałam im, że sprowadzę cię do domu. Gdziekolwiek jesteś.

- Nie wierzę ci – syknął Zayn. - Nic nas nie łączy. Kocham Louisa, jasne?

- A ja nie wierzę, że po tym jak mi się oświadczyłeś, w wyniku jednego wypadku zostałeś gejem – żachnęła się Edwards. - Naprawdę mocno uderzyłeś się w głowę, czy ten londyński fagas tak cię omotał?

- Nie waż się go, kurwa, obrażać! - krzyknął Malik, podnosząc pistolet i celując nim w dziewczynę.

{Hear Me Now}

Palec zatrzymał się na spuście, a twarz blondynki niebezpiecznie pobladła. W jej oczach widać było strach i niepewność. Nie spodziewała się, iż doprowadzi mężczyznę do szewskiej pasji. Owszem, chciała trochę pograć, lecz nie miała zamiaru go denerwować. Pragnęła tylko mieć go z powrotem.

- Zayn…

- Zamknij się, dziwko! - warknął, podchodząc bliżej. Dziewczyna wpadła na ścianę, a brunet przyłożył pistolet do jej tętnicy. - Nic o mnie nie wiesz. Nic, kompletnie nic. Może kiedyś… Może faktycznie coś między nami było, ale ten chłopak, którego znałaś… On nie żyje. Zginął w tym jebanym wypadku, którego nawet nie pamiętam i już nigdy nie powróci.

- Uderzył w ciebie pociąg – szepnęła Edwards ze łzami w oczach. Malik zamarł. - Wyścigi miejscowe, chciałeś wygrać. Dojeżdżałeś do przejazdu kolejowego… Myślałeś, że zdążysz, ale…

I wtedy sobie przypomniał. Rozgwieżdżone niebo, zapach palonej gumy i oleju silnikowego. Bradford, zamknięty wyścig między budynkami urzędu miasta. Jego Mustang Fastback stał na starcie z… Pomarańczowym Challengerem… Louis.

- Ścigałem się z…

- Z Louisem Tomlinsonem – powiedziała drżącym głosem Perrie. - Od dłuższego czasu nas obserwował. Nie wiedzieliśmy, jak się go pozbyć. Dodatkowo szukała nas policja, z tym całym Stylesem na czele.

- Harry – wydyszał, odsuwając się i przykładając dłoń do ust.

- Louis chciał cię w swoim zespole za wszelką cenę. Ścigaliście się aż do przejazdu kolejowego. On się zatrzymał, ty pojechałeś dalej i… Uderzył w ciebie pociąg. Wszyscy myśleliśmy, że cię zabiło, ale gdy w samochodzie nie znaleźliśmy ciała… Byłam pewna, iż Tomlinson cię zabrał.

- To niemożliwe – powiedział niby to do siebie. - To nieprawda. Powiedz, że to jakiś żart. Błagam.

- Kochaliśmy się, Zayn. Chcieliśmy uciec do Izraelu, żyć tylko we dwoje – zaczęła blondynka, podchodząc do mężczyzny i kładąc dłoń na jego policzku. - Wszystko było zaplanowane. I wtedy on… Mi cię zabrał.

- Najsłodszy Allahu – jęknął ze łzami w oczach Malik. - Pamiętam cię. Cholera, pamiętam cię.

Ujął twarz dziewczyny w swe dłonie i przyjrzał się jej uważnie. Wielkie, błękitne oczy wpatrywały się w niego z miłością. Zawsze, gdy patrzył w tęczówki Louisa, wydawało mu się, iż to je pokochał. A tak naprawdę, były one tylko łudząco podobne do tych, które kochał od lat. Te, które należały do Perrie.

- Zayn! - usłyszał męski głos w momencie, gdy miał pocałować drobną dziewczynę. Odwrócił się i zobaczył Louisa z pistoletem, stojącego w drzwiach. - Zayn, odsuń się.

- Jak mogłeś mnie okłamywać przez ten cały czas?! Wiedziałeś o mnie wszystko, a patrząc w oczy nam wszystkim kłamałeś, że nic nie wiesz!

- Miałem swoje powody – zaczął Louis. - Daj mi wyjaśnić, kochanie.

- Nie nazywaj mnie, kurwa, kochaniem! Brzydzę się tobą! Jak mogłeś mi zrobić coś takiego?!

- Bo cię kocham! - wrzasnął Tomlinson. - Kocham cię i chcę, byś był szczęśliwy.

- Och, czyżby? - głos zabrała Edwards. - To samo powiedziałeś Aidenowi, Stanley’owi i Danowi, z którymi się spotykałeś? Przyznaj się, kim naprawdę jesteś. Uwielbiałeś otaczać się przystojnymi, zdolnymi facetami, a gdy zaczynali być lepsi od ciebie, pozorowałeś ich śmierć po tym, jak zwyczajnie ich mordowałeś!

- Że co? - Zayn spojrzał na blondynkę, niedowierzającymi oczami.

- A co z Harry’m, Louis? Jego też chciałeś się pozbyć, ale okazał się bardziej cwany i wstąpił do policji, huh? Pokrzyżował ci plany, więc złapałeś mojego faceta?!

- Stul mordę, albo ci ją odstrzelę – wysyczał Tomlinson, po czym zwrócił się do Malika. - Ona kłamie.

- Jedyną osobą, która kłamie, jesteś ty – krzyknęła Perrie, a następnie rozległ się strzał.

Delikatne, kobiece ciało upadło bezwładnie na ziemię. Zayn upadł na kolana i złapał dłoń dziewczyny w swojej. Perrie zakrztusiła się krwią i ścisnęła rękę bruneta, po czym zmarła. Malik przełknął łzy i podniósł się, spoglądając na Louisa z nienawiścią.

- Jak mogłeś to zrobić? - zapytał słabym głosem. - Właśnie zacząłem poznawać siebie, a ty odebrałeś mi nawet to. Co z ciebie za człowiek?

- Z piekła rodem – zaśmiał się arogancko Louis. - A teraz, przestań robić sceny i, z łaski swojej, pakuj się do auta. Wracamy do domu.

- Nigdzie z tobą nie pójdę – warknął Zayn. - Cały czas byłem ci uległy i co z tego mam? Nic. Koniec, Louis. Odchodzę. Mam w dupie cały ten twój interes. Nie będę dłużej twoim popychadłem.

- Nie możesz mnie zostawić – zaśmiał się Tomlinson. - Należysz do mnie, póki ja tak mówię.

- Nie jestem niczyją własnością – bronił się Zayn, wciąż trzymając w drżącej dłoni pistolet.

- W porządku – westchnął Louis, robiąc młynka oczami. Malik zamarł.

- Co?

- W porządku, Zayn. Skoro nie będziesz należał do mnie, nie będziesz należał do nikogo.

Nim Zayn zdołał zareagować, szatyn podniósł broń i celując prosto w serce mężczyzny, nacisnął na spust. Po strzale, jeszcze przez chwilę wpatrywał się w dwa leżące na ziemi ciała. Nie było mu przykro. Otrzepał ramiona z kurzu i ostatni raz spoglądając w martwe, puste oczy Zayna, odwrócił się na pięcie i wyszedł z magazynu.

*

{Out Of Town}

*


Po śmierci Edwards, pokonanie jej gangu było dziecinnie proste. Dziewczyny bez swojej szefowej kompletnie nie wiedziały, co robić. Unicestwienie ich wyglądało jak zabijanie muchy. Kilka strzałów i po sprawie, Louis nawet nie poplamił się krwią.

Nikt nie mógł uwierzyć w to, że Zayn również nie żyje. Tomlinson z łatwizną puścił bajeczkę, że gdy dotarł do magazynu, Malik już nie żył i dlatego dokonał szybkiej egzekucji na Perrie. Drużyna połknęła haczyk – jedynie Harry z przymrużeniem oka skinął głową, jakby dokładnie analizował każde słowo i gest Louisa.

Pozostałe kilka dni nie należały do najprzyjemniejszych. W Rio zrobiło się niebezpiecznie cicho, jakby coś wielkiego miało zaatakować miasto. Louis czuł w kościach, że jeśli szybko nie podejmie odpowiednich kroków, ktoś wykopie pod nim dołek i go zniszczy. Bał się o swoją władzę. Już nie wywoływał takiego strachu wśród mieszkańców, co najzwyczajniej w świecie go przerastało. Uwielbiał budził grozę.

Dokładnie tydzień później zdecydował się na długi spacer. Szedł wąskimi, rzadko uczęszczanymi uliczkami, kierując się na górę Corcovado. Cały czas miał wrażenie, że ktoś za nim idzie, lecz gdy tylko sie obracał, nikogo nie widział. Zrzucił te urojenia na kilka nieprzespanych nocy. Coś nie pozwalało mu zasnąć i miał cichą nadzieję, iż nie były to wyrzuty sumienia.

Zaśmiał się cierpko do swych myśli. Ludzie jak on nie mieli sumienia. Liczyła się tylko władza. Nic innego nie miało znaczenia. Zastanawiał się, co w tym momencie powiedziałby Toretto, gdyby go usłyszał. Dominic zawsze stawiał dobro rodziny ponad wszystko. A Tomlinson? Potrafił tylko rozkochiwać w sobie i zabijać, gdy jego potencjalni partnerzy stawali się niewygodni.

Zatrzymał się na szczycie góry i oparł plecami o pomnik Jezusa Odkupiciela. Spojrzał na panoramę Rio i odetchnął głęboko. Poczuł orzeźwienie, siły wróciły do jego ciała, a w żyłach ponownie krew zaczęła szybciej płynąć. Przymknął powieki, by zmówić modlitwę, lecz coś znów mu przeszkodziło.

Otworzył oczy i zdziwił się, widząc przed sobą, w odległości około dziesięciu metrów, Harry’ego. Czyli jednak przeczucie, że ktoś go śledzi, nie było błędne. Louis uśmiechnął się delikatnie i ruszył w kierunku Stylesa.

- Jakiś konkretny powód, dla którego za mną przyszedłeś? - zapytał, jak gdyby nigdy nic, jednocześnie wyjmując paczkę papierosów. Cholera, należały do Malika. Co za ironia.

- Zbyt łatwo przełknąłeś wiadomość o śmierci Zayna – zaczął Harry. - To dziwne, skoro tak bardzo go kochałeś.

Louis zaciągnął się dymem tytoniowym i wbił wzrok w linię horyzontu. Nie spodziewał się takich słów z ust Stylesa. Przełknął ślinę i spojrzał na mężczyznę.

- Ludzie przychodzą i odchodzą, Harry – powiedział, podchodząc bliżej. - Wielokrotnie otarłem się o śmierć. Widziałem, jak umierają moi znajomi, przyjaciele. Musiałem sobie z tym radzić. Zayn zginął, bo popełnił błąd. Ale nie zapomnę o nim.

- O mnie też tak powiesz, gdy umrę? Że popełniłem błąd? Było, minęło? - syknął Loczek. - Nawet nie zapłakałeś, kurwa, ani raz!

- Harry, Harry, Harry – zaśmiał się Louis, upuszczając na ziemię niedopałek i depcząc go butem.

Następnie wyciągnął zza paska pistolet i bezceremonialnie przyłożył go Harry’emu do skroni i pociągnął za spust. Brunet nie zdążył nawet drgnąć. Upadł na ziemię jak długi, a wokół jego głowy pojawiła się kałuża krwi. Louis uśmiechnął się i schował broń, po czym odpalił kolejnego papierosa i ruszył w stronę ścieżki, prowadzącej do jego rezydencji.

Przy schodach obrócił się i spojrzał na martwe ciało młodego policjanta.

- Lekcja numer jeden, Harry – powiedział aroganckim tonem. - Kiedy stawką jest twoje życie, sporo się o sobie dowiadujesz.

Po tych słowach zaczął schodzić w dół, pozostawiając za sobą przeszłość, a wraz z nią wszelkie wątpliwości, lęki i poczucie winy.

Był Louisem Tomlinsonem. Szatanem na brazylijskich drogach i bezlitosnym tyranem. Dominic Toretto, jego mistrz, cenił rodzinę i to było jego słabym punktem. Louis zrzucił maskę dobrego człowieka i wreszcie pokazał swe prawdziwe oblicze. Odrzucił uczucia i więzy rodzinne.

Wielbił wyższość, stanowczość i brak litości – tylko dzięki temu jeszcze nikt go nie pokonał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz