wtorek, 7 stycznia 2014

2

Ta noc była wyjątkowo niespokojna. Burzowe chmury odwiedziły Rio, a niebo płakało grubymi strumieniami deszczu. Porywisty wiatr świstał między szczelinami w oknach i drzwiach. Wszystko było martwe i nieprzyjemne, a śmierć czaiła się po kątach.


Louis leżał w wannie wypełnionej wodą i płakał. Był słaby. Nie potrafił uporać się ze swoją przeszłością, a teraz ta uderzyła w niego, jak pędząca ciężarówka. Nie spodziewał się tego, iż kiedykolwiek jeszcze spotka Harry’ego Stylesa. Pluł sobie w brodę, że nie zabezpieczył się wystarczająco dobrze, że nie ukrył się jak należy. Ale prawda była taka, iż Harry znalazłby go wszędzie. Przekopałby piekło i niebo, byle go odnaleźć. Louis to wiedział i nienawidził siebie z każdą minutą coraz bardziej.

Osunął się po ściance wanny, całkowicie zanurzając się w wodzie. Zamknął oczy i rozkoszował się ciszą, kiedy jego ciało skryło się pod taflą lodowatego płynu o aromacie migdałów. Przed oczyma znów pojawiła mu się twarz Harry’ego. I wszystko wróciło.

Ich pierwsze spotkanie. Pierwsza rozmowa. Pierwszy uśmiech. Pierwszy pocałunek. Pierwsza noc… Kiedy zaczynało brakować mu powietrza, wynurzył się z wody, gwałtownie biorąc haust powietrza. Zaczął się krztusić, lecz szybko przyłożył dłoń do ust, nasłuchując.

Zayn nadal spał. Nie musiał się niczego bać. Rozluźniony oparł się plecami o zimny marmur, a w dłonie złapał maleńki, srebrny przedmiot. Uśmiechnął się delikatnie, przyciskając cieniutkie ostrze do skóry swego ramienia i przeciągnął nim, aż do nadgarstka, tworząc długą linię. Po chwili zaczęła cieknąć z niej krew, lecz Louis jedynie zanurzył rękę w wodzie, czekając aż szkarłatna substancja przestanie się sączyć.

Przymknął oczy, rozkoszując się delikatnym aromatem rdzy i soli, jakim dysponowała krew. Miał wrażenie, że wraz z nią, z jego żył ulatuje wszystko, co związane z Harry’m. Tylko tak mógł o nim zapomnieć. Ale dlaczego wciąż o nim myślał? Przecież nie chciał go. Nienawidził go. Nie kochał…

Jedź albo zgiń, pamiętasz?, głos mężczyzny o kręconych włosach zabrzmiał w jego głowie. Zacisnął dłonie w pięści, a usta utworzyły cienką linię. Nie potrafił tak żyć, nie mógł się już opanować. Zbyt długo zwlekał, walka z samym sobą robiła się coraz trudniejsza.

Nie tęsknisz za mną? Za nami?, znów ten głos. Spomiędzy warg Louisa wydobyło się ciche warknięcie. Nie tęsknił. On nigdy nie tęskni. Za nikim. Nie ma uczuć. Nie ma sumienia. Tacy ludzie jak on nie potrzebują miłości. Są samowystarczalni.

Mów, co chcesz. Doskonale wiem, iż wciąż jesteś tym samym chłopakiem, który po prostu kocha dobrą zabawę. Widziałem to wtedy, w Londynie. Widzę to teraz, Lou. KŁAMSTWO. Jedno, wielkie, pierdolone kłamstwo. Nie miał racji. Nie miał jej w Londynie i teraz też jej nie ma. Kłamie. Harry uwielbiał kłamać, w końcu był gliną – miał to we krwi.

Masz czas do jutra. Za dokładnie dwadzieścia godzin wracam do Anglii. Wybór należy do ciebie. Louis odchylił głowę w tył, wzdychając ze zmęczeniem. Wszyscy zawsze wymagali od niego wielkich, poważnych decyzji. Wszystko było na jego głowie. Kiedy czasami, po prostu nie miał siły. Chciał się zamknąć w pokoju na dzień, dwa i po prostu być sam. Jednak sam wybrał tę drogę. Poszedł śladami Dominica, by być równie wielkim kierowcą, co on. Nie było wyjścia.

Tomlinson podniósł się z wanny i dotknął stopami miękkiego dywanika. Zerknął na swe ramię – krew przestała cieknąć i teraz odczuwał jedynie przyjemne szczypanie. Osuszył swe ciało i włosy ręcznikiem, po czym owinął się nim w biodrach i wyszedł z łazienki.

Zerknął w kierunku łóżka, na którym spokojnie spał Zayn. Jego włosy były rozrzucone na poduszce, a zarumienione policzki wyglądały tak niewinnie. Spomiędzy uchylonych warg wydobywał się cichy, miarowy oddech. Na zewnątrz głośno zagrzmiało, na co Mulat tylko zadrżał i mocniej wtulił się w poduszkę.

Louis nałożył na siebie bieliznę i czarne dżinsy, a na klatkę piersiową włożył obcisłą, białą bokserkę. Zarzucił na ramiona błękitną koszulę i wyszedł na taras, odpalając po drodze papierosa. Burza szalała w najlepsze i nic nie wskazywało na to, by pogoda miała się poprawić. Szatyn wzniósł oczy do nieba, niemo modląc się do Boga o pomyślność w swych działaniach. W odpowiedni dostał kolejny grzmot, a śnieżnobiała błyskawica przedarła się pomiędzy chmurami.

Już miał wrócić do domu, kiedy poczuł coś dziwnego w dole żołądka. Miał wrażenie, że ktoś go obserwuje. Powolnym ruchem sięgnął do tylnej kieszeni spodni i wyjął mały pistolet, uważnie rozglądając się dookoła. Jednak nie zauważył nic szczególnego. Warknął pod nosem i schował broń, po czym odwrócił się na pięcie w kierunku drzwi.

I wtedy to się stało. Jego wzrok mimowolnie powędrował do góry Corcovado, na której szczycie umieszczony był pomnik Jezusa Odkupiciela. Gdy niebo przeszyła kolejna błyskawica, zauważył cień człowieka, u samych stóp figury. Mimowolnie zadrżał na ciele, lecz nie zawahał się i czym prędzej zbiegł z tarasu.

Gdy tylko dostał się do garażu, wsiadł do czerwonego Porsche Cayenne i ruszył z piskiem opon. Deszcz zacinał w szyby, a wiatr niemalże spychał go z jezdni, ale nie dawał za wygraną. Jechał, ile sił w kołach i nie miał zamiaru się zatrzymać. Dopiero, gdy dostał się na szczyt, a jego oczy zauważyły znajome Shelby, zgasił silnik.

Stał nad przepaścią i wpatrywał się w niebo. Był przemoczony do suchej nitki, a mimo to jego burza loków odznaczała się na tle ciemnego nieba. Louis nie mógł się powstrzymać od cichego jęku, gdy przyjrzał mu się uważniej. Ciemne dżinsy opinały jego umięśnione nogi, a tors okrywała cienka koszula w kratę z oberwanymi rękami.

Przy każdym grzmocie, mięśnie ramion napinały się w niesamowicie seksowny sposób. Tomlinson przełknął głośno ślinę, kiedy Harry obrócił się i spojrzał na niego z kamiennym wyrazem twarzy.


{First Time}


- Nie musiałem na ciebie długo czekać – powiedział powoli. - Całe… trzy godziny i dwanaście minut.

Louis uśmiechnął się ironicznie, podchodząc bliżej. Pożerali się nawzajem wzrokiem, jakby to miała być ostatnia noc w ich życiu. Tomlinson dotknął dłonią policzka młodszego mężczyzny, a ten przymknął powieki, rozkoszując się dotykiem.

- Nie chcę cię w swojej drużynie – szepnął prosto w usta bruneta. - Naprawdę cię nie chcę, ale nie potrafię z tym walczyć… To silniejsze ode mnie.

Harry otworzył oczy, a gdy napotkał wypełnione żądzą i szaleństwem spojrzenie Louisa, nie mógł się powstrzymać. Złapał go za koszulę i pchnął na maskę swego samochodu, by następnie zmiażdżyć jego usta pocałunkiem.

Louis sapnął zaskoczony tym ruchem, ale nie odrzucił go. Wręcz przeciwnie, objął ramionami jego szyję i odwzajemnił pieszczotę. Przesunął subtelnie językiem po pełnych wargach Stylesa, a gdy mężczyzna jęknął, szatyn wykorzystał moment i wtargnął do ust Harry’ego.

Ich dłonie błądziły po ciałach, raz po raz ściskając i drapiąc poszczególne miejsca. Dawno nie czuli czegoś podobnego. Całowali się w strugach deszczu, w środku nocnej burzy, na masce samochodu, pod pomnikiem Jezusa Odkupiciela.

Tomlinson już prawie zapomniał, jak smakują usta młodszego mężczyzny. W jaki sposób jego duże dłonie dotykają spragnionego ciała Louisa, badając najdrobniejszy szczegół. Harry długimi, szczupłymi palcami pieścił najmniejsze skrawki skóry szatyna, wręcz adorując jego osobę.

Przerwali pocałunek, by zerwać z siebie górne części garderoby, po czym wrócili do walki języków o dominację. Brunet przejechał paznokciami wzdłuż klatki piersiowej Louisa, na co ten jęknął przeciągle w jego usta. Harry oderwał się i spojrzał na niego spod półprzymkniętych powiek.

- Ładna blizna – szepnął, przyglądając się przedramieniu mężczyzny. Tomlinson zacisnął zęby, spuszczając wzrok. Nienawidził, gdy ktokolwiek zauważał jego ślady “słabości”. - Mówisz, że ten chłopak, którego znam już nie istnieje, ale widzę, iż jest inaczej.

- Nie masz pojęcia, o czym mówisz – mruknął Louis, spoglądając w krystalicznie zielone tęczówki.

- Czyżby? - Harry uniósł brwi, palcem muskając zgrubienie na prawym barku. - Tego dnia spotkaliśmy się po raz pierwszy. Miałem czternaście lat, pierwsze wygłupy na ulicy. Zobaczyłem ciebie i strasznie chciałem się popisać.

- Zatrzymałeś się parę centymetrów ode mnie – uśmiechnął się Louis. - Uderzyłeś w wystawkę, a odłamki szkła wbiły mi się w ramię – rzekł, na co Harry skinął głową.

- A ta – wskazał na długą, grubą bliznę przecinającą lewe biodro. - Holmes Chapel. Uciekłeś z moją siostrą, Gemmą i przyparli was do muru. Uznałeś za doskonały pomysł przebicie się przez mur. Cud, że oboje żyjecie. Ale twój Torino Cobra… Biedak poszedł na złom.

- W porządku – zaśmiał się Tomlinson, kręcąc głową z niedowierzaniem. Następnie obrócił się lekko i wskazał na bliznę, która ciągnęła się od pachwiny w dół, przecinając żebra. - Pamiętasz tę?

- To był ostatni raz, gdy byliśmy razem – zaczął Harry, skanując bliznę. - Londyn, walczyliśmy z rosyjskimi dilerami. Zablokowali obie strony Mostu Westminsterskiego, więc wskoczyliśmy do Tamizy. Źle odmierzyłeś odległość i skaleczyłeś się na pręcie przymocowanym do mostu. Gdy skoczyłeś, zrobiłem to samo i… - podniósł ramię, po czym wskazał ciemno-czerwoną linię w tym samym miejscu. - Dorobiłem się podobnej.

- Słuchaj, Harry, nie żartowałem mówiąc, iż nie chcę cię w mojej drużynie – odezwał się wreszcie Louis. - Zdradziłeś mnie na rzecz glin. Ale twoje kontakty i informacje… Jeśli naprawdę tego chcesz. Jedna akcja. Pomożesz mi w jednej akcji. Odbijemy to, co należało do Bragi, a następnie znikasz z mojego życia raz na zawsze. Zgoda?

- Uwierz mi, będziesz mnie błagał, bym został – zachichotał Harry, lecz Louis nie zmienił wyrazu twarzy.

- Zapytałem o coś – warknął stanowczo, wyciągając w jego kierunku dłoń. - Zgoda?

- Zgoda – odparł wreszcie Styles i uścisnęli sobie ręce.



{My Life Be Like}


Po całonocnym oberwaniu chmury, poranek był spokojny, a słońce wyszło zza burzowych chmur. Wilgotne powietrze orzeźwiało zmęczone umysły, a specyficzny zapach palonego metalu roznosił się po garażach w rezydencji Tomlinsona.

Zayn, w specjalnej masce na twarzy, pochylał się nad konstrukcją samochodu i spawał kolejne części. Po ostatnim wybryku mało co zostało z jego wozu, ale obiecał sobie, iż nie pozwoli, by jego małe cacko wylądowało na złomie. Nie wybaczyłby sobie – to jedyne, co pamiętał ze swojego dawnego życia.

Uśmiechnął się mimowolnie na fakt, iż tak naprawdę nie wie o sobie nic. Nazywa się Zayn Malik, pochodzi z Anglii i jeździ krwisto-czerwonym Mustangiem Fastbackiem z 67 roku, który kiedyś należał do jego ojca.

Louisa poznał w szpitalu – był pierwszą osobą, którą zobaczył po przebudzeniu. Tomlinson powiedział mu, iż miał poważny wypadek i leżał w śpiączce kilka tygodni. Podobno właśnie Louis go uratował i cierpliwie czekał, aż się wybudzi. Zayn nie pamiętał nic, prócz wybuchu i uczucia, iż całe jego ciało się pali. Następnie była ciemność, a później… Louis.

Westchnął ciężko, odkładając spawarkę i przyglądając się dziełu. Zawieszenie wyglądało o niebo lepiej. Wiedział, że czeka go jeszcze wiele pracy, ale nie pozwoli zezłomować tego samochodu za żadne skarby. Kochał ten wóz jak własne dziecko i w głębi serca czuł, że to coś więcej, niż tylko auto.

Jego rozmyślania przerwał niski, głęboki śmiech, dochodzący gdzieś z ogrodu. Zaciekawiony, odłożył narzędzia i zdjął z twarzy maskę, po czym wytarł dłonie w szmatę leżącą na warsztacie i opuścił pomieszczenie. Swe kroki skierował do schodów, prowadzących na taras. Wyszedł na górę i gdy tylko znalazł się przy bramce, dostrzegł coś zaskakującego.

Na ławie, przy stoliku, siedział wysoki, chorobliwie chudy, lecz bardzo umięśniony, mężczyzna z burzą czekoladowych loków na głowie. Zayn zmarszczył czoło i dopiero po chwili rozpoznał w nim dzieciaka z wczorajszego wyścigu.

Jednak nie to go zdziwiło. Jego brwi wystrzeliły do góry, kiedy zorientował się, iż na kolanach owego mężczyzny siedzi Louis, jego Louis, i najzwyczajniej w świecie śmieje się z żartów wyraźnie młodszego od siebie towarzysza.

Malik zacisnął usta i napiął mięśnie, nabierając gwałtownie powietrza do płuc. Odchrząknął głośno, co natychmiast przerwało rozmowę mężczyzn. Tomlinson spojrzał przez ramię i momentalnie zeskoczył z podołku bruneta.

- Przeszkadzam? - zapytał jak gdyby nic Mulat, na co Louis zaśmiał się i ująwszy jego twarz w dłonie, pocałował go delikatnie. - Co się tu dzieje?

- Bebe, poznaj Harry’ego, znajomego z młodszych lat, dołączy do nas w najbliższej akcji na kartelu Bragi – poinformował go szatyn. Wspomniany mężczyzna podniósł się i wyciągnął dłoń w stronę Zayna.

- Harry Styles – powiedział grzecznie, a szmaragdowe oczy przeszyły cieło Mulata.

- Zayn Malik – odpowiedział chłodnym tonem.

- Wiele o tobie słyszałem – zagaił Harry uśmiechając się, a w jego policzkach pojawiły się urocze dołeczki. Zayn mentalnie wywrócił oczami.

- Ciekawe – skrzyżował dłonie na piersi i zmierzył go od stóp do głów. - Bo ja o tobie nie słyszałem ani jednego słowa, czyż nie, Louis?

Tomlinson już otworzył usta, by jakoś się wytłumaczyć, gdy przerwał mu odgłos dzwoniącego telefonu. Przeprosił towarzyszy skinieniem głowy i odsunął się na bok, by odebrać połączenie. Wzrok Zayna ciskał błyskawicami w Harry’ego, który wydawał się być tym całkowicie niezwruszony.

- Trzymaj swe brudne łapy z dala od Louisa, jasne? - warknął Malik, zaciskając usta w wąską linię. Mężczyzna o kręconych włosach zaśmiał się, wznosząc oczy ku niebu.

- Myślisz, że zatrzymasz go przy sobie? On nie jest niczyją własnością. Zostanie z tym, którego kocha – wzruszył ramionami.

- On mnie kocha – syknął Zayn, a jego twarz zrobiła się czerwona ze złości.

- Skoro tak uważasz.

- Powtarzam ostatni raz: trzymaj się z dala od niego, albo wgniotę twoją słodką buźkę w beton – po tych słowach Zayn odwrócił się na pięcie i opuścił taras, ciskając po drodze przekleństwami.


{Conteo}


W jednym z garaży, na środku pomieszczenia, ustawiony był wielki, żelazny stół, a na nim ułożono mnóstwo map, planów budynków i różnych rysunków. Zayn pochylał się nad jednym z nich, kończąc ostatnie poprawki, gdy cała ekipa weszła do środka.

Louis stanął za stołem, opierając dłonie na blacie i czekał, aż wszelkie rozmowy ucichną. Liam, Rita, Cara, Harry i Zayn odłożyli swe codzienne obowiązki i w skupieniu oczekiwali przemowy szefa. Brakowało tylko Nialla, który urlopował się w Irlandii.

- Doskonale wiecie, po co tu jesteśmy. Za kilka godzin będzie mieli do czynienia z konwojem przewożącym towar Bragi – zaczął Louis, przeglądając mapy, po czym wręczył każdemu egzemplarz. - Trasa jest z pozoru prosta, ale nic nie może nas zgubić. To będzie jedna z trudniejszych akcji, musimy mieć oczy szeroko otwarte.

- Wiemy coś o tych, którzy przejęli ten towar? - zapytała Cara, przerywając względną ciszę. Louis pokręcił głową.

- Tylko tyle, iż dowodzi im dziewczyna. Próbowaliśmy wszystkiego, ale bardzo dobrze się kryją. Dlatego musimy być gotowi na wszystko. Nie mamy pojęcia, czego się spodziewać – rzekł Tomlinson, a pośród jego ludzi przeszedł pomruk niezadowolenia.

- Jak to w ogóle możliwe? Nigdy nie byli karani, nawet głupich mandatów za szybką jazdę? - odezwał się Zayn, wpatrując się w Harry’ego. - Przyjęliście do ekipy psa, niech się na coś przyda.

- Tak się składa, że w policyjnej bazie danych nic nie ma, ani jednego występku – bronił się Styles. - Co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, iż to nie są amatorzy.

- Odezwał się profesjonalista – Malik parsknął śmiechem.

- Zayn, zaraz wylecisz – syknął Louis, na co jego chłopak zrobił wielkie oczy. - Nie będę tolerował braku szacunku względem rodziny.

- On nie jest naszą rodziną, Louis! Nic nas z nim nie łączy! Nie muszę go szanować – Mulat podniósł się z krzesła.

- Zayn, wróć na miejsce – ton głosu Louisa nie wróżył nic dobrego.

- Bo, co? Wykopiesz mnie z łóżka? Dobrze wiesz, że jesteś ponad to. Dlaczego tak mu ufasz? To gliniarz, wsadzi nas wszystkich do paki!

- Zayn, na litość boską, usiądź! - w Tomlinsonie zawrzało.

- Wiesz, co? Pierdol się ty i ten twój pies. Pierdolcie się wszyscy! I tak pójdziemy przez niego siedzieć.

- Zayn! - zawołał Louis, lecz ten go nie słuchał. Zgarniając z oparcia swoją kurtkę, w biegu odpalił papierosa i wsiadł do ciemno-zielonego Dodge’a Chargera RT, a następnie ruszył z piskiem opon, zostawiając za sobą chmurę kurzu.

Louis westchnął głośno, kręcąc głową z niedowierzaniem. Spuścił ręce po bokach i przeklął pod nosem. W głowie miał pustkę; z jednej strony miał nadzieję, iż Harry naprawdę im się przyda. Z drugiej zaś, obawiał się, że Zayn może mieć rację i przez obecność Stylesa tylko wpakują się w większe kłopoty. Jakby czytając w myślach, Harry dał o sobie znać.

- No, no, no – zaczął, chichocząc pod nosem. - Niezła z niego cicha woda. Ostra, krewka.

- Krewka może się zaraz polać, jeśli chcesz – warknął Tomlinson. - Przygotujcie się. Widzimy się rano.

Od tego incydentu, Louis nie wyszedł z apartamentu. Nikt z podwładnych nie chciał mu przeszkadzać podejrzewając, iż pewnie kontempluje nad swoją głupotą przy kieliszku wódki. Rzadko cokolwiek potrafiło wyprowadzić go z równowagi tak, jak jego facet. Lecz prawda była tak, że dla niego Tomlinson był gotów na wszystko.

Harry, mimo wszystko, nie próżnował. Nie szukał Louisa na marne, chciał w końcu coś osiągnąć. Cały czas pluł sobie w brodę za dzień, w którym wstąpił do brytyjskiego MI5. Zdradził nie tylko miłość swojego życia, ale także przyjaciół i rodzinę. A wszystko dla pieniędzy, które miał dostać za schwytanie najgroźniejszego przestępcy na świecie.

Kiedy przechodził przez posiadłość Louisa, nie mógł nadziwić się pięknym widokom, jakie oferowało Rio De Janeiro. Wciągając mocno powietrze do płuc, zachwycał się każdym, najmniejszym detalem. Błyskiem morskich latarni, śmiechem odurzonych alkoholem mieszkańców, odgłosem żeglujących na wodach statków.

Jego rozmyślania przerwała smuga światła, przedostająca się spod drzwi garażu na podwórko. Z ciekawości podszedł bliżej i zajrzał do środka, wychylając się zza masywnego żelaza. Przesunął wzrokiem po ciemnych ścianach i mnóstwie dziwnego sprzętu, aż zatrzymał się na tym, czego szukał.

Nad czerwonym Fastbackiem pochylał się Malik, usilnie walcząc z chłodnicą. Jego ciało lśniło od potu w bladym świecie żarówki, wiszącej nad jego głową. Mięśnie napinały się przy każdym, najdelikatniejszym ruchu, co odbierało Harry’emu oddech, kiedy wpatrywał się w muskulaturę Mulata skrytą pod ciasnymi rurkami z czarnej skóry i czerwonej bokserce.

- Masz zamiar tam tak stać czy wejdziesz? - odezwał się nagle, nie odrywając wzroku od silnika. Przez ciało Styles przeszedł dreszcz i ani drgnął, nie wiedząc, czy to na pewno do niego. - No, dalej, Harry Stylesie. Nie gryzę. Chyba.

{Sexy Movimiento}


Brunet uśmiechnął się i wreszcie przekroczył próg garażu. Malik wyprostował się i wytarł ręce w szmatkę zwisającą z tylnej kieszeni jego spodni. Następnie cisnął materiałem w ziemię i otarł wierzchem dłoni czoło. Harry oblizał wargi, praktycznie pożerając ciało niższego mężczyzny. Zwłaszcza, gdy ten posiadał w przeróżnych miejscach brudne ślady ze smaru.

- Szukasz czegoś konkretnego? - zapytał Zayn, na co Styles wzruszył ramionami. - Anglicy…

- Sam jesteś Anglikiem – wytknął mu Loczek, a tamten zaśmiał się cicho.

- Nie wiem, kim jestem, tak naprawdę – zaczął Malik. - Podobno jestem Anglikiem. Ale w moich żyłach płynie wschodnia krew, mam pakistańskie korzenie. Szkoda tylko, że gdy miałem ten rzekomy wypadek, wszyscy uznali mnie za martwego i nikt nawet nie próbował mnie znaleźć. Czuję, że mam gdzieś rodzinę… Sam tylko nie wiem, gdzie i czy w ogóle mam po co jej szukać.

Harry milczał. Nie miał pojęcia, co powiedzieć. Sam zostawił mamę i siostrę na rzecz niebezpiecznego życia. Louis odszedł sam, pozostawiając bliskich daleko za sobą. A Zayn… To nie był jego wybór. Nie miał wpływu na to, co się stało. W tym momencie Styles zrozumiał, czemu Tomlinson jest dla Mulata taki ważny – była to jedyna osoba, której mógł zaufać.

- Możemy spróbować ich znaleźć, jeśli tylko chcesz – zaczął niepewnie Harry, a Zayn ponownie podniósł na niego wzrok. - W każdej chwili mogę wykorzystać swoje kontakty w policji.

- Nie wiem, czy to dobry pomysł – brunet pokręcił głową, przeczesując palcami włosy. - Nie wiem, czy chcę poznać prawdziwego siebie. Tu jest mi dobrze.

- Ale twój dom jest gdzie indziej…

- Mój dom jest tu, przy Louisie – rzekł stanowczo Malik. - A ty? Czemu tu jesteś?

- Z tego samego powodu, co ty. Mój dom jest przy Louisie – odpowiedział Harry. - Ten gość jest żywcem wyjęty z Biblii. Krew, kule, gniew Boży. To jego styl.

- Wiesz, że tak łatwo się mnie nie pozbędziesz? Nie odejdę, póki sam mnie o to nie poprosi.

- Wiem. Ale ty też wiesz, że on nadal coś do mnie czuje, prawda?

- Staram się o tym nie myśleć – mruknął Zayn, odwracając się do samochodu i jednym ruchem zatrzasnął maskę. - Odpal.

Styles wsiadł za kierownicę i przekręcił kluczyk w stacyjce, trzymając stopę na sprzęgle. W garażu rozległ się piękni, niski głos silnika HEMI, co było muzyką dla uszu każdego kierowcy z zamiłowania. Na machnięcie dłoni, wyłączył go i wysiadł.

- Piękne brzmienie, amerykańska moc nie ma sobie równych – zachwycił się Harry. - Skąd masz to cacko?

- Podobno należało do mojego ojca – powiedział brunet, opierając się o drzwi, kiedy Styles wysiadł z samochodu. - Nie pytaj, nie wiem, co się z nim stało.

Styles zbliżył się do Zayna, kładąc dłonie po obu jego bokach, uniemożliwiając mu ucieczkę. Przysunął twarz tak, że ich oddechy praktycznie mieszały się ze sobą. Mężczyzna musnął usta bruneta, a ten zacisnął palce na koszulce Harry’ego.

- Po co to robisz? - zapytał cicho.

- Wiem, że tego chcesz – odpowiedział mu Loczek. - A ja zawsze daję innym to, czego chcą.

Żaden z nich nie powiedział już nic więcej. Zayn przyciągnął Stylesa do kolejnego, mokrego pocałunku. Wplątał palce w czekoladowe loki i jęknął głośno, gdy pełne wargi młodszego mężczyzny przywarły do jego szyi.

Walczyli o dominację, raz po raz popychając się, szczypiąc i przygryzając. Malik dawno nie czuł czegoś podobnego. Z Louisem zawsze był twardo zdominowany i nigdy nie mógł pozwolić sobie na zrobienie czegoś, czego tylko on chciał. Teraz miał wolną rękę i miał zamiar wykorzystać to w myśl powiedzenia: hulaj dusza, piekła nie ma.

Parę minut, a może sekund później, pchnął Stylesa na przeciwległą ścianę i zerwał z niego bluzkę. Przejechał językiem po jego torsie, na co tamten syknął, odrzucając głowę w tył. Zayn nie próżnował – od razu upadł na kolana i odpiął zamek spodni Harry’ego, a następnie zdjął je razem z bokserkami.

Miał wrażenie, iż brunet pisnął, kiedy włożył jego penisa do ust. Zassał mocno główkę, a tamten zacisnął palce w jego włosach. Malik zaczął ruszać głową w przód i w tył, wirując językiem dookoła trzonu. Kiedy czuł, że penis pomiędzy jego wargami zaczyna niebezpiecznie drżeć, wypuścił go i podniósł się na równe nogi, rozrywając swoją bokserkę.

Harry wydawał się adorować ciało Zayna, muskając palcami każdy pojedynczy mięsień i obdarzając najdrobniejszy tatuaż pocałunkiem. Malik westchnął ciężko, przymykając powieki, gdy brunet odpinał jego rurki.

Nim się obejrzeli, leżeli na starej, skórzanej pufie, a Harry zwijał się pod palcami Zayna, ciężko dysząc. To, co robili było niepoprawne i nieetyczne, ale obaj już dawno zgubili wszelkie wyrzuty sumienia. Liczył się tylko ten moment, nic więcej.

- Kurwa – stęknął Harry, gdy Malik wślizgnął się w niego jednym, gładkim ruchem.

Usta Mulata były wszędzie i Styles skłamałby mówiąc, że nie czuł się jak w niebie. Ich ciała ciasno splątane, wiły się w energicznych ruchach.

Głośne pojękiwania wypełniały pomieszczenie, lecz nie zwracali na to uwagi. W momencie szczytowania, kiedy Harry ucałował jego usta i szeptał niezrozumiałe słowa, Zaynowi w oczach błysnęły łzy.

Louis nigdy nie traktował go w taki sposób.


{Black And Yellow}


Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy w brazylijskiej dolinie ukrywało się sześć samochodów. Wszyscy uzbrojeni, czekali na konwój z narkotykami, który miał tu przejeżdżać lada moment. Harry długo rozmawiał o czymś z Louisem, lecz Zayn za żadne skarby nie mógł się domyślić. Widział tylko, jak twarz jego chłopaka zmienia się z minuty na minutę na bardziej zdenerwowaną i, Boże, miał nadzieję, iż to nie ma żadnego związku z nim.

Jego rozmyślania przerwał odgłos klaksonu samochodowego. Zadarł głowę w górę i dostrzegł w oddali, na szczycie wzgórza, opancerzony van z obstawą kilku innych wozów. Odpalił silnik i przygotował karabin, leżący na siedzeniu pasażera. Zerknął w kierunku pomarańczowego Challengera, za którego kierownicą siedział Louis.

- Czekamy, póki nas nie miną – zaczął Tomlinson. - Dopiero wtedy ruszamy i atakujemy ich od tyłu. Niebawem zaczyna się miasto, więc musimy zrobić to szybko i sprawnie.

Zespół był gotowy na wszystko. Broń czekała na odpalenie, a stopy nerwowo wisiały nad pedałem gazu. Liczyła się każda sekunda, najkrótszy moment zawahania mógłby doprowadzić do swoistej klęski.

Dolina Ladeira Dos Tabajaras była otoczona lasami, wszelkie dzielnice mieszkalne wyglądały na opuszczone i bardzo zaniedbane. Z reguły wszyscy unikali tej części Rio ze względu na kręcących się tu dilerów narkotykowych oraz ukrywających się zbiegów więziennych. Nikt przy zdrowych zmysłach nie przychodziłby tu w biały dzień, a co dopiero w nocy.

Louis wiedział, iż to miejsce jest doskonałym, by zacząć pościg za konwojem. Był niemal pewien, że jego przeciwnicy nie spodziewają się nikogo w tym miejscu, a co za tym idzie – będą nieostrożni i staną się łatwi do pokonania. Subtelny uśmiech wykrzywił wargi szatyna, gdy zaciskał dłonie na skórzanej kierownicy.

Chwilę później ryk silników nasilił się. Louis był w stanie wyczuć pył i piach, tworzące kłęby dymu, wydostając się spod samochodowych opon. Objął dłonią dźwignię hamulca ręcznego, a jego stopa delikatnie docisnęła pedał gazu.

Kiedy przed jego oczyma przemknęła czarna Toyota Supra, nie myślał dwa razy. Nacisnął klakson, dając swoim ludziom sygnał i ruszył z piskiem opon. Drużyna powtórzyła jego ruch, dzięki czemu natychmiast na pustej, z reguły, ulicy zrobił się tłok.

Każda minuta miała znaczenie, każda sekunda była na wagę złota. Nie wolno marnować czasu na planowanie i analizowanie, liczy się moment. Moment, w którym się znajdujemy i to, czy zechcemy zaryzykować. Louis zawsze powtarzał "nie ryzykujesz – nie zyskujesz’ – powtarzał to sobie niczym mantrę każdego dnia. Tak samo było i dziś, gdy siedział na tyłku swojemu przeciwnikowi.

Szybko zorientował się, że wrogów jest mniej. Zachichotał pod nosem, co jakiś czas kontrolując sytuację w lusterkach. Ciężarówka z towarem była po środku, ale nie mogli jej odbić bez pozbycia się obstawy. Już miał dobić do Toyoty jadącej przed nim, kiedy dostrzegł coś dziwnego.

Za nim jechały dwa, co najmniej, dziwne samochody. Wyglądały trochę jak bolidy z Formuły 1 – nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek widział coś podobnego. Przeklął pod nosem wiedząc, iż nie uda się mu zdobyć towaru tak łatwo.

- Musimy się rozdzielić – głos Tomlinsona rozległ się w CB Radio. - Oni są jak karaluchy. Trzeba je zdeptać, zanim się rozpełzną.

Ledwo zdążył dokończyć zdanie, usłyszał donośne “kurwa”, a następnie trzask i we wstecznym lusterku pojawiła się chmura dymu. Złapał za karabin i miał zamiar interweniować, kiedy odgłos się ponowił i znów ktoś oberwał.

- Rita i Cara odpadły – zawołał Liam, kiedy wjechali na główną drogę w dzielnicy Cobacabana. - Oberwały po tyłkach jakimiś krążkami hokejowymi!

- Używają chipów punktowych, by nas załatwić? Musimy coś zrobić! - krzyknął Harry. - Jeśli każdy z nas pozwoli, by trafili w nas tym chipem, padniemy nim cokolwiek zacznie się dziać.

- Opanuj cycki, Styles, nie jesteśmy amatorami – warknął w słuchawkę Zayn, wyrzucając za okno niedopałek papierosa.

- Ja ścigam Toyotę – zaczął Louis. - Liam, bierz konwój, nie możemy zgubić go z oczu.

- Tak jest, szefie! - obiecał Payne.

- Niech Harry weźmie na siebie Rovera, a ja ruszę za… - urwał Malik, gdy zobaczył śmieszny, bolido-podobny pojazd. - Tym czymś, cokolwiek to, kurwa, jest.

- Uważajcie na siebie – poprosił Louis, ładując magazynek i wystawiając karabin przez okno.

- Dwa razy nie musisz powtarzać – Harry uśmiechnął się pod nosem i docisnął pedał gazu.


{The Ruler & The Killer}


Sytuacja nie wyglądała na nic dobrego. Harry szybko wrzucił czwarty bieg i na ręcznym wszedł w najbliższy zakręt. Ledwo zmieścił się między jednym krawężnikiem, a drugim, lecz jego precyzja jeszcze nigdy go nie zawiodła. Wskazówka prędkościomierza rosła w górę, a ryk silnika był niemalże relaksującą muzyką.

Styles dawał z siebie wszystko, zawsze i wszędzie. Nie dawał za wygraną i nie poddawał się – choćby miał stracić życie, nigdy nie odpuszczał. Dlatego też znalazł się w Rio. Obiecał sobie, iż nie pozwoli tak po prostu zniknąć Louisowi. Kochał go, nawet jeśli ich związek był przekreślony.

No i był też Zayn. Harry wiedział o nim wiele rzeczy, lecz ten nie chciał go słuchać. Wiedział, że minie trochę czasu, nim Mulat mu zaufa i będą mogli naprawdę szczerze porozmawiać. Niemniej jednak, był wyraźnie zaskoczony przebiegiem minionej nocy. Nie spodziewał się tego, iż mężczyzna zdoła zdradzić swojego ukochanego, któremu przecież zawdzięcza życie.

Potrząsnął głową, odrzucając od siebie te myśli, a skupiając się ponownie na drodze. Czarny Range Rover co chwilę próbował mu zwiać i cała ta zabawa w kotka i myszkę zaczynała go już męczyć. Upewniając się, że nikt inny na niego nie poluje, złapał karabin i otworzył szybę, by wystawić broń na zewnątrz. Odblokował dźwignię i zaczął ostrzeliwać samochód. Rover stracił jedną gumę, przez co zaczęło nim miotać, jednak nie zjechał z drogi.

Brunet przeklął głośno, nie mogąc wybaczyć sobie takiego błędu. Mógł się domyślić, iż to nie będzie zwykły samochód, a poważnie ulepszona fura. W tym samym momencie uchyliła się tylna szyba i ktoś w kominiarce wycelował prosto w niego. Nim zdążył uskoczyć, srebrny krążek przykleił się prosto do jego lewej, przedniej lampy.

- Jasny chuj! - warknął, widząc znajome światełko. - Nie dam się, nie dam się!

Wiedział, że ma niewiele czasu, nim chip wybuchnie, unieszkodliwiając jego samochód. Rozejrzał się dookoła uważnie, nie chcąc zrobić sobie zbyt wielkiej krzywdy i nim tajemniczy punkcik mógł go zniszczyć, zahaczył lewym bokiem o stojący przy ulicy parkometr, w wyniku czego urwał reflektor, a wraz z nim pozbył się chipu.

- Wohoo! Styles jedzie, dziwki! - zawołał z uśmiechem na ustach, po czym ponownie wyjął karabin. - Chodźcie do tatusia, skarbeńki.

W tym samym czasie Zayn ścigał bliżej niezidentyfikowany mu obiekt na czterech kółkach. Był pod wrażeniem tego, z jaką prędkością i zwinnością kierowca panuje nad pojazdem. Nie, żeby wzięło go na takie myśli – w końcu musiał tego kogoś unicestwić. Niemniej jednak chciałby dowiedzieć się, kto tak dobrze jeździ. Tym bardziej, iż blachy oraz spawania w samochodzie wydawały mu się dziwnie znajome. Jakby już gdzieś, w jakimś warsztacie, widział podobną robotę.

Nie dawał się jednak omotać. Docisnął pedał gazu skręcając w ulicę Tonelero, nie spuszczając swej ofiary z oczu. Wiedział, że Louis ukręci mu jaja u samej szyi, jeśli spierdoli tę robotę. Podpadł u niego ostatnim wybuchem i miał wrażenie, iż jeszcze jeden wyskok, a pożegna się z życiem. Tomlinson nigdy nie żartował.

Wjechał do tunelu, ścigając bolid. Samochody zjeżdżały na bok i powoli robił się karambol. Zayn jednak nie zwracał na to uwagi, a jedynie mknął przed siebie. W pewnym momencie bolid wyprzedził jakąś ciężarówkę, przez co zniknął Mulatowi z pola widzenia. Ten przeklął głośno i przyspieszył.

Upewnił się, iż nie zabije się podczas wykonywania manewru i już miał zrobić to, co jego wróg, gdy ciężarowiec nagle zjechał z drogi i uderzył w ścianę tunelu. Nim Zayn zorientował się, co się właśnie stało, zauważył przed sobą swego wroga, stojącego przodem do siebie. Nie zdążył zahamować, przez co odbił się od rampy osłaniającej kierowcę bolidu i wyskoczył w powietrze. Samochód zrobił kilka koziołków, aż wreszcie wylądował dachem na asfalcie.

Zayn splunął krwią, dziękując Allahowi, iż nic poważnego mu się nie stało. Próbował odblokować drzwi i jakoś się wydostać, gdy bardzo powoli minął go jego wróg. Ostatnie, co zauważył, nim pojazd odjechał, to młodą dziewczynę o blond włosach, która puściła mu oczko. Następnie przed oczyma błysnęła mu broń, usłyszał strzał i swoje imię, przez nią wypowiedziane. Potem była ciemność.

{Breathe}


- Co. To. Kurwa. Było!? - wrzasnęła Rita, zrzucając ze stołu jakieś papiery. - Nie wierzę, że skopali nam tyłki. Po prostu, kurwa, nie wierzę!

- Uspokój się, do cholery – upomniała ją Cara. - Nie mogliśmy przewidzieć czegoś takiego. Przecież nikt nigdy nas nie pokonał.

Do pomieszczenia wszedł Liam, a za nim Louis i Zayn. Ten ostatni usiadł przy stoliku i nalał na kawałek gazy odrobinę spirytusu, po czym przyłożył do rany w barku, gdzie oberwał kulkę. Syknął z bólu, a następnie chwycił metalowe szczypce i zaciskając zęby, wsunął przedmiot w otwór, by wyciągnąć pocisk.

- Mamy problem, panie i panowie – zaczął Tomlinson. - Ta drużyna to nie przelewki. To nie zwyczajni dilerzy narkotyków i kryminaliści, z którymi mieliśmy do czynienia wcześniej. To dobrze zorganizowana grupa. Zlekceważyliśmy ich i o mało nie straciliśmy życia.

- Co chcesz zrobić? - zapytała Cara, narzucając na ramiona ciepłą bluzę.

- Musimy dowiedzieć się o nich wszystkiego. Dosłownie wszystkiego. Ale póki co, przeanalizujmy ich wozy. Co wiemy?

- Podrasowany silnik – zaczęła Rita. - Nie słychać zmiany biegów.

- Mhm, sekwencyjna, automatyczna skrzynia – dopowiedział Liam. - Jak turbo-diesel.

- I jeszcze te blachy, to nie jest robota zwykłego mechanika – zauważył Zayn. - Hydrauliczne, magnetyczne zawieszenie. Władowali w to kupę kasy.

Po tych słowach jęknął i wyciągnął podłużny pocisk, ubrudzony krwią. Przyjrzał mu się bliżej, a w tym momencie do środka wszedł Harry z kilkoma teczkami. Zerknął na przedmiot trzymany przez Malika, po czym westchnął ciężko.

- 5.45 na 18. Spitzerkugle. Pociski PSM, nieźle – powiedział, a Malik jedynie przytaknął, po czym zaczął bandażować ramię. - Cóż, pogrzebałem trochę w bazach danych i proszę, wystarczyło znaleźć nielegalnego dilera chipów, którymi próbowali nas zniszczyć. Nie uwierzycie, kto je zakupił.

- Kto to jest? - dopytywał się Louis, krzyżując ramiona na piersi. - Zabiję wszystkich.

- Cóż, nie chcę być ordynarny, ale to same dziewczyny. Ani jednego faceta w grupie – rzekł Harry, rzucając kolejno teczki na stół. - Edwards, Nelson, Lloyd, Pinnock, Thirwall, Lovato, Diamandis. Byłe działaczki Interpolu, CIA i MI5.

- Kobiety. Znające na pamięć każdą taktykę, cóż, mieliśmy rację – to profesjonalistki – rzekł Louis. - Co jeszcze wiesz?

- To cię zainteresuje – powiedział Harry i podał mu zdjęcie. Louis przyjrzał mu się, a następnie zerknął na Zayna i parsknął śmiechem.

- A to dobre – zrobił młynka oczami. Malik zmarszczył brwi, po czym nachylił się nad stołem i zerknął na fotografię.

- Cholera – szepnął, widząc na nim siebie, obejmującego i całującego wątłą blondynkę. - To laska, która mnie postrzeliła.

- Wyglądacie na szczęśliwie zakochanych – głos Liama kipiał jadem. - Zdrajco.

- Nie pamiętam jej – powiedział w obronie Zayn.

- Gówno-prawda – mężczyzna zacisnął dłonie w pięści. - Trzeba się go pozbyć, Lou, bo nas pogrąży. Jest na zdjęciu z laską, która nas załatwiła. Musi odejść.

- Jesteś tu mięśniakiem, Payne? Nie zmuszaj mnie, bym zrobił z ciebie cipę – warknął Zayn.

- Powiedział, że jej nie pamięta, więc nie pamięta – przerwał tę kłótnię Louis. - Uspokójcie się. To nie ma znaczenia. Ta banda dziewczyniątek prawie nas załatwiła, mają nasz towar. Co o tym myślicie?

- Jak dla mnie, to tacy nasi “źli bliźniacy” – rozległ się czyjś głos i wszyscy spojrzeli w stronę drzwi. Stał tam Niall, jakby gdyby nigdy nic przyglądając się fotografiom rozwieszonym na ścianie. - Mamy muskularnego Payne’a z cyckami i damską wersję Stylesa – wskazał kolejno Nelson i Lloyd. - Ta Diamandis jest po prostu boska, zupełnie jak ja. A ta malutka czarnulka? To ty, Zayn! - zaśmiał się, przyglądając się fotografii podpisanej Pinnock. - Och, Tommo! Kiedy zrobiłeś tę sesję zdjęciową? - dogryzł, przyglądając się dziewczynie o nazwisku Edwards. - Tylko się droczę. Jesteś jedyną, niebieskooką pięknisią – powiedział, na co szef pokazał mu środkowy palec.

- Co ty tu robisz, Horan? - zdziwił się Zayn. - Miałeś być na wakacjach.

- Byłem. Odwiedziłem znajomych w Irlandii i wtedy usłyszałem, że jakieś panienki szykują na was skok. Nie mogłem pozwolić, by skopały wam tyłki, gdy ja będę grzał dupsko na zawodach driftingu. Pogrzebałem tu i ówdzie, no i doszedłem do wniosku, że mogę się przydać.

- Jaki masz plan, Niall? - zapytał Louis, a blondyn uśmiechnął się arogancko.

- Czas na trening, panie i panowie. Trening w stylu Nialla Horana.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz