poniedziałek, 6 stycznia 2014

Paryż. Miasto miłości, romantycznych zaułków, stolica światowej mody i sztuki oraz spełnienie marzeń dla wielu ludzi. To tutaj można spotkać wiele wypielęgnowanych ogródków, które swoim urokiem zapierają dech w piersi, to tutaj zaciszne parki sprawiają, że człowiek może się zrelaksować i odpocząć i to tutaj znajduje się najwięcej eleganckich i nastrojowych lokali, które idealnie nadają się na spędzenie romantycznej kolacji ze swoją drugą połówką. Stolica Francji, która zachwyca, inspiruje, a nawet uwodzi. Jej zalety tak naprawdę można wymieniać bez końca bo miasto rzeczywiście posiada w sobie tę magię, którą oczarowuje ludzi, ale ma również swoje ciemniejsze strony, o których szczegółach wiedzą tylko nieliczni.

Shakespeare and Company była zdecydowanie ulubioną księgarnią Louisa w całym Paryżu. To w tym miejscu czuł się jak w raju, to to miejsce sprawiało, że zapominał o całym otaczającym go świecie, to właśnie to miejsce było dla niego odskocznią od szarej, paskudnej rzeczywistości, z którą spotykał się każdego dnia. To było jego miejsce, do którego zawsze wracał. Miejsce, gdzie mógł być prawdziwym sobą. Miejsce, gdzie zupełnie nikt nie wiedział czym się zajmuje. Najbardziej znana anglojęzyczna księgarnia, budynek historii literackiej, o którym krążyły już mity był wyjątkowym miejscem. Na zewnątrz stały porozkładane stoliki, gdzie można było napić się kawy i pogrzebać w stosach tomów, które były wystawione przed budynkiem, a w środku, na każdym możliwym centymetrze, aż po sam sufit znajdywały się książki, które można było sięgnąć za pomocą przesuwanej drabiny. Tak, książki były wszędzie. Na ścianach, schodach, parapecie, ziemi, wszędzie. Ciekawostką było to, że Shakespeare and Company spełniała również rolę noclegowni dla pisarzy. To dlatego na piętrze znajdywało się trzynaście łóżek, które w ciągu dnia służyły odwiedzającym jako miejsce, gdzie mogli wygodnie usiąść i poczytać książki, które nie były na sprzedaż. Słynne miejsce przyciągało niestety nie tylko zainteresowanych sztuką, a również turystów, którzy po prostu chcieli zobaczyć jakieś znane miejsce. To wiązało się z ruchem jaki panował w środku. Była to największa wada tego miejsca i okropne utrudnienie dla ludzi, którzy przychodzili tam poczytać książki. Mimo wszystko na szczęście znalazły się dni, gdy księgarnia świeciła pustkami. Może nie dosłownie bo w środku zawsze ktoś był – choćby gruby kot, który kleił się do wszystkich czy stary właściciel w śmiesznych okularach.

Jak prawie każdy wolny poniedziałek niebieskooki szatyn siedział na piętrze, na jednym z łóżek i czytał komedię Szekspira „Wszystko dobre, co się dobrze kończy”. Mimo tego, że był poniedziałek, pierwszy dzień tygodnia, który zazwyczaj wiązał się z mniejszym przepływem osób, tego dnia do środka przyszło dużo ludzi, którzy pozajmowali wolne łóżka i kąty. Turyści, jak rozpoznał Louis. Byli jak dzwoniące telefony, które zakłócają fale radiowe. To przez nich nie można było skupić się na czytaniu bo bezustannie do siebie gadali. Szatyn podniósł na chwilę wzrok znad książki, a później ponownie na nią spojrzał i czytałby dalej, gdyby nie rozmowa dwóch dam, które stały kilka metrów od niego. Wyglądały bardzo elegancko, a w rękach trzymały po kilka książek, które pewnie zamierzały kupić. Starał się je ignorować i skupić na czytaniu, ale to co zaczęły mówić sprawiło, że krew w jego żyłach zaczęła się gotować.

- …wiesz co, idąc tutaj znów widziałam tych dwóch pedałow, którzy bezwstydnie całowali się na ławce za rogiem. Obrzydlistwo, przysięgam. Nie ma nic gorszego na tym świecie niż tacy ludzie. – skrzywiła się co tylko dodało jej kilka lat – Nie chciałabym mieć z nimi nic wspólnego. – mówiła, nawet nie ściszając głosu, a kilka osób przyglądało jej się z pogardą, chociaż nikt nie zamierzał tego komentować. Do tej pory Louis myślał, że Francja jest dość tolerancyjnym krajem, ale czegoś takiego jeszcze tu nie spotkał. Ponownie podniósł głowę znad książki, a jego niebieskie oczy przybrały odcień wzburzonego morza. Zacisnął górne zęby na dolnej wardze.

- Ja również kochana. – przytaknęła druga, wysokim i wyniosłym tonem – Wszystko co ma z nimi związek powinno spłonąć. Każdy najmniejszy przejaw pedalstw…

- Przepraszam, po co panie tutaj przyszły? – zapytał spokojnie bo już nie mógł wytrzymać, a chwilę później wstał, zamykając książkę i podchodząc do nich. Kilka osób wychyliło się by na niego spojrzeć. Może wyczuli, że lada moment powstanie z tego wielka kłótnia, może nawet coś w stylu drugiej wojny światowej, ale jeśli tak było to mylili się bo szatyn nie miał w zwyczaju i naprawę nie zamierzał się z nimi kłócić. W normalnych okolicznościach nawet by się nie odezwał, po prostu przemilczałby sprawę, ale teraz, kiedy czuł się tak jakby mówiły prosto do niego nie mógł tak sobie siedzieć i tego słuchać. Za dużo przykrości spotykało go w pracy by mógł pozwolić żeby opanowały również jego miejsce, jego azyl, gdzie czuł się dobrze. Może nie zamierzał się kłócić, ale musiał bronić tego miejsca, które dostarczało mu jedynych przyjemnych chwil w jego żałosnym życiu.

- Jak to po co? – zapytała oburzona już kobieta – Przyszłyśmy tutaj by kupić kilka dzieł Szekspira, to chyba oczywiste? Co to w ogóle za pytanie proszę pana? – dodała wyniośle, trzepocząc długimi rzęsami jakby była psychicznie chora. Louis podniósł brwi. Ewidentnie próbowała zachowywać się jak paryska damulka, a możliwe nawet, że razem ze swoją towarzyszką weszły do tej znanej księgarni tylko po to by się tu pokazać. Westchnął.

- Powiedziała pani, że nie lubi pani homoseksualistów, a wszystko co z nimi związane powinno spłonąć.

- Tak, tak powiedziałam i tak uważam. – odpowiedziała głośno i pewnie, by wszyscy w środku mogli ją usłyszeć.

- Z tego co mi wiadomo w stu dwudziestu sześciu sonetach William Szekspir adoruje pięknego młodzieńca, więc z całym szacunkiem, ale… czego do diabła pani tutaj szuka, skoro uważa pani, że wszystko co ma związek z homoseksualistami powinno spłonąć? – warknął ze złością, a kobieta w jednej chwili oblała się szkarłatnym rumieńcem. Louis prychnął, patrząc prosto w jej oczy ze złością. Zazwyczaj był miły, nawet nie klął i potrafił przepraszać, gdy było trzeba ale w tym wypadku nie mógł ukryć złości. Miał wrażenie, że zaraz wyrwie jej serce, nienawidził homofobii. Czuł na sobie wzrok mężczyzny stojącego w rogu przy oknie, ale nie odwracał się. Kilka osób zachichotało pod nosem na jego słowa, a kobieta zaczęła się jąkać i tłumaczyć, ale Louis nie zamierzał jej słuchać. Za bardzo już zepsuła mu dzień, dlatego pokręcił głową i zszedł schodami do kasy, a chwilę później zobaczył jak dwie kobiety pospiesznie opuszczają księgarnię.

Westchnął w duchu, a niedługo później sam wyszedł przed budynek. Poprawiał właśnie swoją koszulkę, powoli idąc przed siebie, gdy usłyszał za sobą dźwięk rozbijanego szkła. Odwrócił się i zobaczył, że reklamówka jednej z tych irytujących kobiet rozerwała się i wszystkie zakupy wypadły na podłogę. Miał ochotę się roześmiać, gdy zaczęły do siebie krzyczeć i obwiniać się o to, że nie wzięły dwóch reklamówek. Przygryzł wewnętrzną część policzka, ale nie wahał się ani chwili, dlatego ruszył w jej kierunku i bez słowa pomógł pozbierać rozsypane rzeczy. Widział ich zdziwione miny, ale nie rzuciły już żadnym komentarzem. Nawet, gdy Louis wyprostował się, podał im to co pozbierał i spojrzał w oczy jednej z nich zobaczył w nich skruchę. Później odwrócił się, nawet nie łudząc się, że mu podziękują i ruszył w swoim kierunku, rzucając krótkie „miłego dnia” na odchodne.

Rzucił okiem na księgarnię i zauważył, że z pierwszego piętra ktoś mu się przygląda. Szyba jednak była zbyt brudna i zastawiona książkami, by mógł zastanowić się czy to czasem nie ktoś z jego klientów, dlatego po prostu odwrócił się i odszedł, by udać się na spacer po parku i korzystać z wolnego dnia, których miał naprawdę bardzo mało. Szybko znalazł wygodne miejsce na zielonej ławce i pogrążył się w lekturze, odłączając od reszty świata.

Następne dni – choć były bardzo męczące i okropnie pracowite – minęły bardzo szybko i ani się obejrzał, a przyszedł piątek. Około piętnastej – jak każdego dnia, w którym pracował, wszedł do pięknej i drogiej kamienicy znajdującej się w jednej z najbogatszych dzielnic Paryża. Wszystko w niej było czyste i idealnie do siebie pasowało, a każda najmniejsza rzecz znajdująca się w środku była droga i błyszcząca. Louis przywitał się z Robyn – kobietą, która odbierała telefony w holu i pisała grafiki, a następnie ruszył w kierunku lśniących, drewnianych schodów ze złotą poręczą. Wyszedł do góry i szarpnął za klamkę pierwsze drzwi, wchodząc do biura swojego szefa.

- Yhh – jęknął z obrzydzeniem, wycofując się, gdy zobaczył, że pomiędzy jego nogami ktoś klęczy. Zamknął drzwi i oparł głowę o ścianę naprzeciwko, patrząc w sufit i czekając, a przy tym próbując wyrzucić ten obraz z głowy.

Kilkanaście minut później ze środka wyszedł Aiden, jego kolega. Miał potargane włosy, rumieńce na twarzy i patrzył na Louisa przepraszająco. Był zawstydzony i na pewno chciał, by szatyn tego nie komentował.

- Nigdy mu się nie dam, tak? – powiedział z rezygnacją Louis i pokręcił głową z niedowierzaniem.

- Musiałem Lou. – odpowiedział, wycierając usta, a później odszedł bez słowa, zostawiając go samego.

Westchnął, a następnie nacisnął klamkę i wszedł do środka, gdzie przy biurku z papierosem w ręku siedział sobie Nick. Uśmiechnięty i usatysfakcjonowany. Louis zamknął za sobą drzwi i oparł się o komodę stojącą przy ścianie, a następnie spojrzał w jego zadowolone oczy.

- Powiedz mi Louis – zaczął Nick, tym swoim jadowicie spokojnym głosem – Kiedy w końcu nauczysz się pukać?

- Kiedy ty nauczysz się zamykać drzwi na klucz. – odpowiedział bezczelnie, ale gdy tylko to zdanie wyszło z jego ust skarcił się w myślach. Dobrze wiedział, że Nicka lepiej nie denerwować. I tak nie miał z nim najlepszych kontaktów, a wręcz przeciwnie. Nie dogadywali się najlepiej. W ogóle się nie dogadywali.

- Nie bądź bezczelny bo to się dla ciebie źle skończy. – mężczyzna wyprostował się na krześle i zgasił papierosa w popielniczce. Na szczęście Aiden poprawił mu humor, więc zignorował to co powiedział wcześniej Louis – Na wieczór i w ogóle całą noc mam dla ciebie nowego klienta, który po zobaczeniu zdjęć sam o ciebie poprosił.

- Świetnie.

- Masz go u nas zatrzymać, rozumiesz? Potrzebujemy więcej takich klientów jak on i tylko tego od ciebie oczekuję, dlatego masz robić co ci każe. Będzie chciał cię zgnoić to dasz mu się zgnoić, słyszysz? – zapytał poważnie – Nie powiedział co lubi najbardziej dlatego sam się musisz dowiedzieć. Tutaj masz adres, a za godzinę przyjdź jeszcze do mnie to powiem ci szczegóły, teraz nie mam na to czasu. Tylko nie spóźnij się do cholery tak jak zawsze, potem rano chcę cię tu widzieć.

*

Apartament był ogromny i bardzo piękny. Wszystko w nim było urządzone w stylu paryskim, a białość była dominującym kolorem co razem z jasnymi panelami dawało ciepły i przytulny efekt. Na środku, odwrócone do okien stały kanapy i stolik, pod którym leżał ładny dywan, a przy ścianie obok stał duży, biały kominek, na którym leżał drogo wyglądający zegar, kilka książek i parę ramek ze zdjęciami. Kanapy odwrócone były w stronę okna, a wielka szklana ściana z widokiem na wieżę Eiffla sprawiała, że całość była znakomicie uzupełniona. Louis widział już bardzo wiele bogatych i nowoczesnych wnętrz, ale to zdecydowanie najbardziej mu się podobało. Było cudowne i tak bardzo paryskie, że aż nie mógł w to uwierzyć. Rozejrzał się i dostrzegł jeszcze coś w rodzaju korytarza, hol z którego właśnie wyszedł i trzy pary drzwi. Chwilę wcześniej wszedł do środka, wpuszczony przez jakiegoś mężczyznę, który chwilę później zniknął, a potem ruszył przez salon ze wzrokiem wpatrzonym w panoramę Paryża. Zatrzymał się na środku, oglądając wnętrze i dostrzegł, że duże białe drzwi do pomieszczenia obok są otwarte, a przy oknie, tyłem do niego, opierając się rękami o biały parapet stoi pan Styles. Głowę miał delikatnie opuszczoną, a cała jego sylwetka mówiła, że jest czymś zestresowany lub zaniepokojony. Louis wziął głęboki oddech i ruszył w jego stronę, lustrując dokładnie jego perfekcyjną sylwetkę. Ucieszył się, gdy zdał sobie sprawę, że mężczyzna ma zdecydowanie mniej niż trzydzieści lat. Zazwyczaj „obsługiwał” nieco starszych biznesmenów.

- Pan Styles? – zapytał, zbliżając się do niego powoli, mężczyzna drgnął odrobinę, a jego głowa przechyliła się i spojrzał gdzieś w prawo, wciąż jednak się nie odwracając. Kiwnął głową bez słowa, a Louis pokonał jeszcze kilka metrów znajdując się tuż za nim.

Nie zraziło go to, że nic nie powiedział. Miał dużo takich klientów, którzy po prostu chcieli żeby się nimi zajął i ten najwyraźniej do takich należał. Nie przeszkadzało mu to. Podniósł rękę i delikatnie przejechał nią wzdłuż jego umięśnionego ramienia, a druga w tym czasie gładziła jego kark i plecy. Jego ciało było spięte i Louis zamierzał go rozluźnić. Chwycił dół jego koszulki i zaczął podciągać ją do góry, zahaczając opuszkami palców o jego skórę, a mężczyzna pomógł mu, zdejmując ją z siebie i odwracając się. Wtedy Louis spojrzał do góry i aż zdusił w sobie westchnięcie, gdy został całkowicie oszołomiony intensywną zielenią jego tęczówek, które przyglądały mu się uważnie i przez trzy długie sekundy był całkiem zamrożony. Dopiero po tym sięgnął ręką do jego twarzy i zewnętrzną stroną palców przejechał po jego policzku, aż na szyję i obojczyk, a gdy jego ręka dotarła na umięśniony tors mężczyzny, zaczął kierować go w stronę białego łóżka z dużym zagłówkiem. Pan Styles usiadł na pościeli, pozwalając by Louis nim instruował, a szatyn wgramolił się za niego i usiadł na swoich kostkach tuż za jego plecami, tak, że mężczyzna znajdował się teraz między jego kolanami. Zaczął dotykać opuszkami palców jego plecy, a później złożył mały pocałunek, gdzieś nad jego lewą łopatką. Słyszał jak mężczyzna wciąga cicho powietrze i nie wiedział tego, ale był niemal pewien, że ma zamknięte oczy. To była miła odskocznia i dotykanie go sprawiało Louisowi przyjemność. Był młody i przystojny, a do tego pięknie pachniał. Gdyby każdy jego klient mógł taki być jego praca byłaby o wiele przyjemniejsza. Ulokował swoje dłonie na jego ramionach, które bardzo powoli zaczął masować. Usłyszał mały pomruk, a chwilę później poczuł jak całe jego ciało się rozluźnia. Nachylił się, muskając ustami jego szyję, przez co mężczyzna przechylił głowę w prawo, by ułatwić Louisowi dostęp do całej jej długości, a potem przez dłuższą chwilę kontynuował całowanie jego ramion i pleców, zaciągając się przy tym jego świeżym zapachem.

Gdy poczuł, że ciało mężczyzny jest całkowicie rozluźnione zdjął swoją koszulkę, a potem zszedł z łóżka klękając na ziemi, między jego nogami. Zaczął rozpinać mu spodnie, które później powoli zsuwał w dół i czuł, że zielone tęczówki patrzą prosto na niego. Nie podnosił jednak wzroku, dopóki bokserki mężczyzny również nie zostały zdjęte, a on chwytał w dłonie twardego członka. Nachylił się przejeżdżając językiem po całej jego długości i wtedy spoglądając do góry, na twarz mężczyzny. Nie wstydził się, wiedział, że sprawia mu przyjemność. Widział jak zielone oczy wciąż na niego patrzą, pożądliwie. Gdy dotarł językiem do główki jego członka uchylił szerzej usta i chwilę później pochłonął go całego. Zamknął oczy, a wszystko co robił, robił bardzo wolno i delikatnie, czując jak ciało mężczyzny pod którym klęczał zaczyna reagować. Jego ręce zacisnęły się na białej pościeli, głowa odchyliła odrobinę do tyłu, a z lekko otwartych ust wydobyło się krótkie, stłumione westchnięcie.

Louis przerwał swoją czynność, czując, że mężczyzna jest wystarczająco pobudzony, a następnie zdjął dolną część swojego ubrania i całując jego dół brzucha, brzuch, tors, a potem szyję nakierował jego ciało na łóżko, tak, że mężczyzna teraz leżał, a Louis znajdował się na nim. Przerwał całowanie jego szyi i wyprostował się, zakładając na członka mężczyzny prezerwatywę, a następnie podniósł się na kolanach, sięgnął ręką do tyłu i nakierował go na swoje wejście. Patrzył prosto w zielone tęczówki, kiedy powoli się na niego wbijał, nie przerywając kontaktu wzrokowego, gdy zaczął się poruszać. Najpierw powoli, bardzo powoli, do przodu i do tyłu, a później trochę szybciej. Patrzyłby dalej w zielone oczy leżącego pod nim mężczyzny, gdyby nie to, że sam je zamknął, odchylając głowę do tyłu. Ręce mężczyzny przesunęły się po udach Louisa, aż powędrowały do jego bioder i objęły je, by mieć nad jego ruchami jakąś kontrolę. Szatyn zwolnił, gdy ręka mężczyzny zaczęła pociągać go na swoje ciało, a potem wylądowała na dole jego pleców, dociskając go do swojego ciała, by wejść w niego jeszcze głębiej. Westchnął trochę głośniej, gdy Louis znów zaczął całować jego szyję. Oddychał coraz szybciej, a gdy Louis chciał przyspieszyć ruchy swoich bioder ten niespodziewanie podniósł się do pozycji siedzącej, przez co znów znaleźli się w pionie. Louis objął lewą ręką jego szyję, by móc dociskać ją do swoich ust, gdy z drugiej strony wciąż ją całował, gdy nagle mężczyzna podniósł się do góry trzymając swoje ręce na plecach i pupie Louisa, wciąż w nim będąc. Wstał i położył go na łóżko tak, że teraz to on leżał na nim i ku zdziwieniu Louisa sam zaczął całować jego szyję.

Szatyn sapnął głośno, czując, że w tym momencie traci nad wszystkim kontrolę, a jego ręka zatopiła się w miękkich lokach mężczyzny, który wykonywał mocne i wolne pchnięcia. Louis jęknął, zagryzając mocno swoją wargę i zaciskając oczy. Nie mógł dojść wcześniej niż on, absolutnie nie mógł sobie na to pozwolić. Nick by mu tego nie darował – gdyby się dowiedział, że Louis doszedł przed swoim klientem – ale to w tej chwili było takie trudne, że nie mógł już wytrzymać. Mężczyzna nie powinien go w ten sposób dotykać ani całować. Tak nigdy nie było i nie był na to przygotowany. Jęknął jeszcze głośniej. Czuł, że zaraz dojdzie, mimo tego, że ani razu nie dotknął swojego członka, który pocierał się jedynie o brzuch mężczyzny. Chciał mu jakoś powiedzieć, żeby zwolnił, ale nie mógł wydusić z siebie ani słowa, było mu zbyt dobrze.

Kolejne mocne i stanowcze pchnięcia sprawiły, że Louis nie wytrzymał, a jasny płyn wystrzelił z jego członka zlepiając razem ich brzuchy. Mężczyzna doszedł chwilę po tym, całując dół szyi Louisa, a potem odchylił się spoglądając w jego – najprawdopodobniej zamglone już – oczy. Louis otworzył usta, wciągając powietrze i gdy już chciał coś zrobić – sam nie wiedział co, może przeprosić, że doszedł pierwszy, mężczyzna położył palec na jego ustach i pokręcił głową dając mu do zrozumienia by nic nie mówił. Wysunął się z niego powoli, a jego głowa opadła na ramię leżącego pod nim szatyna. Wciąż na nim leżał i Louis czuł jak szybki i ciepły oddech muska dół jego szyi. Przez dłuższą chwilę leżeli tak, próbując uspokoić swoje oddechy, aż zielonooki mężczyzna podniósł się do góry i delikatnie pociągnął Louisa za sobą w stronę łazienki, gdzie razem wzięli ciepły prysznic, a Louis obmywał wodą ich ciała. Po wszystkim wrócili do sypialni, a że Louis miał zostać na całą noc, położyli się nago do łóżka i w bardzo krótkim czasie obydwoje zasnęli.

Łóżko było tak wygodne, że Louis spał wyjątkowo długo, a gdy zaczął się budzić czuł, że naprawdę nie chce z niego wstawać. Mógłby zostać w nim na zawsze. Przeciągnął się z cichym jękiem, czując się wyjątkowo wypoczęty i zdał sobie sprawę, że leży sam, ale nawet nie spodziewał się, że będzie inaczej. Tak właśnie postępowali jego bogaci klienci u których zostawał na noc – wychodzili wcześnie, zostawiając pieniądze na stoliku i tak tym razem postąpił pan Styles. Louis wyszedł z łóżka, ubierając się i poprawiając włosy, a potem chwycił ze stolika pieniądze, których po przeliczeniu uznał, że jest dużo więcej niż powinno. Nie wolno mu było jednak brać żadnych napiwków. Nick zabraniał, dlatego odliczył właściwą sumę, a resztę zostawił i ruszył do drzwi. Gdy tylko wyszedł z sypialni, dostrzegł mężczyznę, który poprzedniego dnia wpuszczał go do apartamentu. Był ładnie ubrany, a jego głowa uniesiona do góry.

- Dzień dobry panu. – odezwał się uprzejmie, a Louis spojrzał na niego bez wyrazu, uznając, że to coś w rodzaju ironii. Jego miła natura nie pozwoliła mu jednak skomentować tego w jakiś chamski sposób, dlatego jedynie zamruczał coś niezrozumiałego pod nosem. Chciał iść do drzwi, ale wtedy mężczyzna ponownie się odezwał – Pan Styles musiał wyjść, ale prosił upewnić się, że zanim pan wyjdzie zje pan śniadanie. – powiedział, a Louis był przekonany, że albo źle usłyszał, albo ma halucynacje. Zamrugał i zanim się odezwał odczekał kilka sekund, by dać mu szansę na głośne roześmianie się. Tak się jednak nie stało.

- S-słucham? – zapytał, patrząc na elegancko ubranego mężczyznę, ale ten jedynie uśmiechnął się i skinął uprzejmie głową.

- Proszę za mną. – powiedział, a Louis po prostu to zrobił, idąc za nim przez szklane drzwi na wielki taras z widokiem na wieżę Eiffla. Z samego rana widok okazał się być równie cudowny jak wieczorem.

Na końcu znajdował się czarny, okrągły stolik z dwoma pasującymi krzesłami, a na nim było przygotowane pięknie zastawione śniadanie. Louis nawet dostrzegł malutki kwiatek w szklance. To musiał być jakiś żart, prawda? Spojrzał na mężczyznę, który odsunął mu krzesło i czekał, aż usiądzie.

- Pan chyba źle zrozumiał pana Stylesa. – wyjąkał – Na pewno nie miał na myśli, yhh, tego.

- Zapewniam pana, że dobrze zrozumiałem. Pracuję dla niego już pięć lat. – uśmiechnął się, a Louis po dłuższej chwili kiwnął głową, rad, że mężczyzna nie próbuje go oceniać. Po prostu patrzył na niego i traktował go jak normalnego człowieka. Dla niego nie był ekskluzywną prostytutką. Przynajmniej tak myślał.

Usiadł i podziękował, gdy ten podsunął mu krzesło, a potem znów podziękował, gdy nalał mu kawy, pytając wcześniej na co ma ochotę. Po wszystkim odszedł mówiąc, że, gdyby Louis czegoś potrzebował ma dać znać. Wtedy szatyn rozejrzał się, odrobinę oszołomiony. Jeszcze nigdy nie spotkał się z taką uprzejmością i było to bardzo, bardzo miłe. Zdał sobie sprawę, że są dwa wyjścia na taras – jedno z salonu, a drugie z sypialni, w której spędził noc. Stolik umiejscowiony był właśnie przed wyjściem z sypialni, przez co Louis widział jak elegancko ubrany mężczyzna ścieli po nim łóżko. Wziął głęboki oddech i spojrzał na jedzenie. Co powinien zrobić? Chyba może trochę zjeść, prawda? W końcu to nie przestępstwo, a skoro pan Styles tego sobie życzył… W końcu miał spełniać zachcianki swoich klientów.

Sięgnął po kanapkę i wpakował ją sobie do ust, powoli przeżuwając i patrząc na cudowną wieżę Eiffla. Tak, Paryż był piękny, a ten apartament był idealny dla kogoś kto codziennie chciał podziwiać jego piękno. Louis westchnął odpływając myślami, a wyrwał go z nich dopiero mężczyzna, który po jakimś czasie zapytał czy dolać mu kawy.

- Nie, bardzo panu dziękuję. Myślę, że na mnie już czas. – powiedział, z niewiadomego powodu czując się odrobinę zmieszany. Było mu najnormalniej w świecie wstyd, że jest dziwką bo ten miły facet na pewno o tym wiedział, a mimo wszystko był dla niego miły. To nie było normalne. To zdecydowanie nie było normalne, a wręcz przykre i okropnie upokarzające. Louis czuł, że piecze go twarz, a wszystkie jego mięśnie spinają się nerwowo. Chciał uciec stamtąd jak najszybciej.

- Jest pan pewien?

- Tak, tak muszę już iść. – wymamrotał wstając, a mężczyzna odprowadził go do drzwi.

- Do widzenia panie Tomlinson. – powiedział otwierając mu je i Louis już kompletnie nie wiedział co się dzieje. Pokiwał głupio głową.

- Jeszcze raz dziękuję. – mruknął – Do widzenia i miłego dnia. – dodał i tym razem to on zobaczył zdziwienie na twarzy mężczyzny. Cóż, chyba nie spodziewał się, że zwykła dziwka również może mieć jakieś maniery.

Elegancki mężczyzna odpowiedział mu uśmiechem, a Louis wyszedł kierując się do windy. Pan Styles był zdecydowanie najdziwniejszym klientem jakiego kiedykolwiek miał. I to nie było złe, nie. Nie narzekał bo uważał, że spędził naprawdę udaną noc, ale wszystko było takie inne, dziwne. Ciężko mu było w jakikolwiek sposób to nawet określić. Odchylił się pod ścianą windy i oparł o nią głowę, wypuszczając z ust trochę powietrza. Patrzył przez chwilę na lampę, aż pozwolił sobie zamknąć oczy i jeszcze raz przywołać do głowy wydarzenia ostatniej nocy.

Niecałą godzinę później stał już przed kamienicą, w której pracował. Normalna osoba nazwałaby ją po prostu drogim domem publicznym, ale Louis – chodź dobrze wiedział, że tak jest – nigdy, nawet w swojej głowie tak o niej nie myślał. Było to po prostu jego miejsce pracy, do którego przychodzili bogaci klienci, którzy byli na przykład sportowcami, biznesmenami czy sławnymi ludźmi show biznesu, a on po prostu dotrzymywał im towarzystwa i sprawiał, że czuli się lepiej.

Wszedł do nowoczesnej kamienicy i przeszedł przez duże, brązowe drzwi znajdując się w przestronnym pomieszczeniu z kanapami i bardzo wysoko zawieszonym sufitem. Wszystko było jasne i do siebie pasowało.

- Dzień dobry. – powiedział do Robyn siedzącej za biurkiem, a ona uśmiechnęła się do niego pogodnie.

- Cześć Louis. – powiedziała wesoło, gdy do niej podchodził.

- Jest Nick?

- Tak, jest na górze. Godzinę temu pytał czemu cię jeszcze nie ma. – powiedziała, a gdy Louis ruszył w kierunku schodów zawołała za nim – Uważaj na niego, jest dziś w wyjątkowo złym humorze. Nie wiem o co mu chodzi.

- Och, to jakaś nowość? – zakpił, uśmiechając się blado, a potem zniknął na schodach. Dla niego Nick i tak zawsze był niemiły, więc było to dla niego bez różnicy.

Wszedł na górę i zatrzymał się pod drzwiami do pokoju swojego szefa. Podniósł rękę by zapukać, ale ze środka usłyszał podniesione głosy i krzyki, a chwilę później wyszedł stamtąd jego przyjaciel, z którym mieszkał. Niall, którego oczy były czerwone ze złości bez słowa minął Louisa i ruszył w kierunku pomieszczenia, w którym zawsze siedzieli z innymi chłopakami czekając na klientów. Louis westchnął i wszedł do środka, postanawiając, że porozmawia z blondynem w domu.

- Nick. – przywitał się, a zadowolony i pewny siebie mężczyzna spojrzał na niego zza biurka, odpalając papierosa i zaciągając się. Odezwał się dopiero, gdy wypuścił chmurę dymu w stronę Louisa, który miał ochotę zacząć kaszleć.

- Louis. – powiedział łagodnie, chociaż Louis dobrze wiedział, że tylko gra – Miałeś być godzinę temu, powiedz mi, czy za każdym razem musisz się spóźniać? – zapytał i nie czekając na odpowiedź dodał – Jak się spisałeś z tym nowym klientem?

- W porządku.

- Mam nadzieję, że był z ciebie zadowolony bo umówiłem się z nim na dużą kwotę. – powiedział, przeglądając jakieś kartki – Jesteś moją najdroższą dziwką Louis. – dodał na co szatyn wbił w ręce paznokcie. Wiedział, że Nick go prowokuje. Uwielbiał sprawiać mu przykrość i uświadamiać go, że gdyby nie on byłby nikim. Zerem.

- Nie mów tak do mnie Nick. – odpowiedział cicho, kręcąc głową i patrząc mu w oczy. Nick świetnie się bawił, a Louis wiedział, że jeśli zostanie z nim dłużej będzie kłótnia, która nigdy nie kończyła się dla niego dobrze. Wyjął pieniądze, które zostawił dla niego pan Styles i położył je na biurku, a Nick znów dmuchnął do góry dymem.

- Będę do ciebie mówił jak mi się podoba Louis. – rzucił zadziornie, a potem chwycił pieniądze ze stołu i odliczył Louisowi część, która mu się należała – Pracujesz wieczorem. – dodał, a Louis zdenerwował się bo Nick zawsze mu to robił. Najpierw mówił, że ma wolne, a później wychodziło na to, że musi pracować.

- Co? Miałem mieć wolne Nick! – powiedział podniesionym głosem, a mężczyzna jedynie wzruszył ramionami patrząc na niego wyczekująco i delektując się smakiem papierosa – Kto? – zapytał w końcu, a on uśmiechnął się jakby tylko czekał na to pytanie.

- Malik. – mruknął z uśmiechem.

- Nie!

- Bez dyskusji Louis.

- Dlaczego zawsze mi dajesz największe szumowiny, które wyładowują na mnie swoje problemy? – zdenerwował się – Powiedz mi, o co ci chodzi, czy ty masz jakiś…

- To on zawsze o ciebie prosi i na twoim miejscu bym nie narzekał bo słono za ciebie płaci. – przerwał mu Nick i przeczesał ręką swoje włosy.

- Z czego i tak dostaję marne dwadzieścia procent, które ledwo wystarczają mi na opłacenie rachunków. – prychnął – Mam tego dość Nick, wyślij go do kogoś innego, mam dość jego klapsów i poniżania. Mówiłem ci, że ten facet ma nie po kolei w głowie i że kręci go mieszanie mnie z błotem.

- Nie. – Nick uśmiechnął się szeroko – Wysyłam go do ciebie i powiedziałem ci bez dyskusji. Nie katuje cię więc przestań zachowywać się jak panienka. Jeden klaps jeszcze nikomu nie zaszkodził. – powiedział, odchylając się na oparcie skórzanego krzesła. Louis zamilkł na krótką chwilę.

- Dlaczego to robisz? – zapytał w końcu – Payne zawsze dostaje normalnych klientów, których sam pieprzy. Wytłumacz mi więc, dlaczego zawsze starasz się udowodnić mi, że jestem zwykłym śmieciem? Uwziąłeś się na mnie i uwielbiasz sprawiać, że czuję się jak…

- Oj, nie szukaj drugiego dna Louis. – parsknął śmiechem, ale Louis wiedział, że to i tak prawda. Nick po prostu musiał mu zawsze udowadniać, że jest zerem – To nie moja wina, że masz taką śliczną buźkę i każdy chce cię pieprzyć. O Payna pytają inni klienci, którzy sami lubią być poniżani, a Liam nadaje się do tej roli idealnie. Wybacz, ale ciebie niestety nie widzę w tym scenariuszu.

- To nie jest w porządku Nick. Dobrze wiesz, że nienawidzę być źle traktowany. Nie chcę tego.

- Nie obchodzi mnie to. Pracujesz dla mnie, a to twój pieprzony obowiązek robić co ci każę. Dlatego czeka cię dziś Malik. No… chyba, że chcesz mnie jakoś przekonać bym znalazł ci kogoś innego? Tak jak zrobił to Horan. – powiedział zadowolony, a Louis patrzył chwilę na niego z obrzydzeniem, aż w końcu wyszedł bez żadnego słowa.

Wszedł do kuchni, gdzie siedziało kilku chłopaków i nic nie mówiąc usiadł na krzesło chowając twarz w dłoniach. Nie żeby płakać. Był po prostu zły. Miał tego serdecznie dość. Miał dość tego cholernego „ekskluzywnego” burdelu, miał dość Nicka i jego skurwysyństwa. Miał dość wszystkiego.

- Widzę, że ciebie też Nick nie oszczędził. – mruknął Josh, podsuwając mu papierosy. Louis pokręcił przecząco głową. Nie lubił palić i nienawidził dymu.

- Nie oszczędził. – syknął, odsuwając ręce od twarzy – Boże, tak bardzo go nienawidzę. Umówił mnie z Malikiem, wiecie? Znowu. – wyjaśnił, a stojący obok Luke wciągnął powietrze z małym świstem. Pokręcił głową, wzdychając ciężko i założył ręce na piersi.

- Masz u niego na pieńku Lou. – westchnął Liam, nalewając sobie kawy i sięgając po drugi kubek dla Louisa – Mówiłem ci żebyś się z nim przespał, a trochę by ci odpuścił. Ile to ma jeszcze trwać? Wiesz, że on i tak wygra.

- Prześpię się z nim tylko w tedy, gdy przyjdzie do mnie jako klient i mi za to zapłaci. – powiedział zawieszając wzrok na marmurowym blacie.

- Wiesz, że tego nie zrobi. – odezwał się Luke – Jezu, to jest przecież Nick, wiesz Lou? Jesteś chyba jedyną osobą, która z nim nie spała. Zrób to, a przestanie ci za każdym razem udowadniać, że ma nad tobą kontrolę.

- Po moim trupie. – chłopcy westchnęli, gdy Louis wstał i poszedł pod balkon – Nie dam mu tej satysfakcji.

- Uparty jak zawsze. – zaśmiał się Josh – Zobaczysz, że to nie prowadzi do niczego dobrego. Nick będzie ci przydzielał samych klientów w stylu Malika, ale jak chcesz. A właśnie, jak tam ten nowy klient? Był w porządku? Z tego co wiem Nickowi bardzo na nim zależało. Chciał żebyś go zatrzymał, podobno jest właścicielem jakiejś dużej spółki, ma kupę kasy.

- Był okej. – odpowiedział krótko, znów siadając i natychmiast spuścił wzrok, przypominając sobie wszystkie wydarzenia. W kuchni nagle zrobiło się cicho i on już dobrze wiedział, że chłopcy wszystko z niego wyciągną. Za dobrze go znali, a on nie umiał nigdy niczego ukrywać. Poczuł, że pieką go policzki. Ani się ważył podnieść wzroku.

Słyszał jak Liam odsuwa krzesło obok niego i siada, opierając ręce o oparcie. Wiedział, że się na niego patrzy, może nawet z tym swoim przeklętym uśmieszkiem, mówiącym, że wszystkiego się domyśla.

- Louis? – zaczął powoli – Chcesz nam o czymś powiedzieć?

- N-nie. – zająknął się, a, że chłopcy za nic w świecie nie chcieli odpuścić dodał – Ugh… n-no, ja… tak jakby… - zaczął odwracając się i sprawdzając czy za drzwiami nikogo nie ma – Doszedłem pierwszy.

- Co? – powiedzieli wszyscy równocześnie, a on zaczął żałować, że to w ogóle powiedział. Zrobiło mu się gorąco.

- Naprawdę nie wiem jak to się stało. – szepnął zarumieniony, ale nawet nikt się z niego nie śmiał. Reakcja była odwrotna. Chłopcy uśmiechnęli się, wymieniając spojrzenia i zaczęli pytać go o szczegóły bo to, że doszedł pierwszy mogło oznaczać tylko jedno.

- Podoba ci się?

- Ugh t-tak, jest młody, przystojny i ma piękne ciało, myślę, że każdemu by się spodo…

- Był zły, że doszedłeś pierwszy? – przerwał mu Liam, uśmiechając się jak dziecko.

- Nie. Chyba n-nie. Chciałem coś powiedzieć, nie wiem, przeprosić, ale dał mi do zrozumienia bym tego nie robił. To wszystko przez to, że zaczął całować mnie po szyi i…

- Całował cię?! – wykrzyknął równocześnie Josh z Lukiem, a Louis przytaknął bez słowa. To było naprawdę żałosne, a on czuł się głupio. Powinien być profesjonalistą, a dał się ponieść… no właśnie, czemu dał się ponieść?

- I myślisz, że mu też się podobało? Zostawił ci napiwek? – wyrzucił z siebie Liam. Szatyn kiwnął nieśmiało głową – Ile? – zapytali wszyscy, znowu równocześnie, a gdy powiedział im ile wciągnęli głośno powietrze, a szczęki opadły im na podłogę. No tak, pan Styles zostawił mu naprawdę sporą sumę.

- Jasna cholera Lou. – szepnął Luke, chodząc po pomieszczeniu – Przecież za to mógłbyś…

- Nie wziąłem.

- Co?! – krzyknął Josh – Czy ciebie do reszty porypało? Jak mogłeś nie wziąć… jak…

- Normalnie Josh. – odpowiedział, podnosząc na niego wzrok – Nick by mnie zabił, gdyby się o tym dowiedział i wiesz o tym. Nie wolno nam brać żadnych napiwków.

- Nie dowiedziałby się! – syknął Liam – Ja prawie zawszę biorę i…

- Tobie wolno więcej Li. Poza tym ten gość był zbyt miły i bałem się, że Nick specjalnie kazał mu to zostawić by mnie sprawdzić. Wiesz, dobrze, że czasami to robi. Lubi nas sprawdzać. Pamiętasz jak wysłał kogoś, by śledził Aidena? No właśnie.

- W sumie… możesz mieć rację. – westchnął – Przekonamy się, gdy znów po ciebie zadzwoni.

- Zobaczymy. – westchnął Louis, podnosząc się na nogi – Dobra chłopaki, ja spadam do domu. Muszę wziąć prysznic i przygotować się psychicznie na to co czeka mnie wieczorem. Widzimy się później. – dodał, zbierając swoje rzeczy i wkładając pusty kubek po kawie do zmywarki. Zaraz po tym wyszedł.

*

Lubił Paryż. Wszystko było tutaj takie czyste, ładne i zadbane, a wzdłuż prawie każdej ulicy w równych odstępach rosły drzewa i kwiaty, które zawsze poprawiały Louisowi humor. Tak jak tym razem, gdy zły na Nicka po raz kolejny odpłynął myślami w kierunku poprzedniej nocy. To naprawdę było dla niego bardzo miłą odskocznią. Gdyby tylko wszyscy klienci mogli być tacy jak Harry Styles wszystko wyglądałoby lepiej, a on naprawdę mógłby polubić swoją pracę. No, może nie do końca polubić bo nie było to coś z czego mógłby być dumny, ale na pewno byłoby mu przyjemniej.

Westchnął.

Od kiedy zaczął pracować dla Nicka zauważył, że pieniądze prawie każdemu klientowi uderzyły do głowy. Bo to naprawdę nie mógł być zbieg okoliczności, że tych bogaczy łączyła właśnie ta jedna rzecz. Lubili upokarzać i bić, a Louisowi trafił się kiedyś taki, który porozrzucał po całym pokoju pieniądze i kazał mu je zbierać na kolanach. Nazywał go przy tym tanią dziwką, a później pieprzył, mówiąc, że jak dobrze się spisze dostanie duży napiwek. Buc – to właśnie przychodziło Louisowi na myśl, gdy tylko o nim myślał. Oczywiście nie wziął od niego żadnych dodatkowych pieniędzy. Nie chciał dać mu tej satysfakcji, a wiedział, że facet tylko czeka, aż je weźmie. Mimo wszystko i tak nie narzekał bo wiedział, że zawsze mogło być gorzej. Luke’a na przykład upatrzył sobie pewien świrnięty zbok, który kazał mu się przebierać w seksowne, damskie stroje i malować czerwoną szminką, a Josh trafił raz na geja-homofoba, który przez cały czas mówił mu, że wybije mu to pedalstwo z głowy. Gość poturbował go tak mocno, że nawet niewrażliwy zazwyczaj Nick powiedział mu, że nie chce go więcej widzieć. Facet trafił na czarną listę i żaden z nich już nigdy go nie zobaczył.

Skręcił do sklepu, myśląc o Niallu i zastanawiając się czemu jego przyjaciel i jednocześnie współlokator był taki zły i czy to co powiedział Nick to prawda. Blondyn teraz pewnie zamknął się w ich mieszkaniu, to był jego ulubiony sposób radzenia sobie z problemami. Louis kupił mu bułki i parę innych rzeczy, a potem przebiegł na drugą stronę ulicy, machając przepraszająco do taksówki, która omal go nie rozjechała, gdy nagle wyskoczył na ulicę. Chwilę później znalazł się w wąskiej uliczce prowadzącej do starej kamienicy, w której mieszkał razem ze swoim przyjacielem. Tak, starej i brzydkiej. Wbrew pozorom nie stać ich było na nic lepszego. Mimo tego, że byli towarzystwem dla bogaczy wcale nie dostawali za to dużo pieniędzy. Ledwo wystarczało im na życie w stolicy i opłacenie wszystkich rachunków. To Nick zgarniał wszystko dla siebie, mówiąc, że powinni być mu wdzięczni za to, że w ogóle mogą dla niego pracować i że bez niego skończyliby jak brudne uliczne dziwki stojące pod latarnią i oddające się za dziesięć euro.

Otworzył kluczem stare, skrzypiące drzwi i musiał kopnąć je butem bo zawsze się trochę przycinały. Potem wyszedł na trzecie piętro po obdartych schodach i wszedł do niezbyt ładnego mieszkania. Rzucił klucze na szafkę i pierwsze co zrobił to przeszedł przez malutki salon do pokoju Nialla. Zapukał trzy razy, a gdy nie uzyskał odpowiedzi po prostu wszedł do środka.

- Ni? – mruknął, widząc, że ten leży zwinięty i cicho szlocha – W porządku? Kupiłem ci bułki, zrobić ci śniadanie? – zapytał na co chłopak pokiwał bez słowa głową. Louis wyszedł i wrócił kilka minut później podając mu na małej tacy śniadanie. Nie chciał pytać go o szczegóły bo dobrze wiedział, że chłopak nie ma teraz ochoty o tym rozmawiać.

- Nienawidzę go. – szepnął, pocierając pięściami wilgotne oczy.

- Wiem. Ja też. – westchnął Louis, dotykając go po policzku – Ale nie przejmuj się, będzie dobrze, tak? Zawsze jest. – dodał pocieszająco, a blondyn powoli zaczął się uspokajać. Porozmawiali chwilę, aż Niall usnął, a Louis poszedł do łazienki by wziąć długi prysznic, podczas którego myślał o zielonych oczach pana Stylesa.

Im bliżej było wieczoru, tym gorszy miał humor. Dobrze wiedział czego może się spodziewać i właśnie dlatego jego samopoczucie zaczęło sięgać dna. Bankowiec Zayn Malik mieszkał w dużym, domu na skraju Paryża i Louis miał okazję parę razy tam być, chociaż dojazd był naprawdę fatalny. Zazwyczaj spotykali się w apartamencie, który wynajmował, ale tym razem znów zażyczył sobie by Louis przyjechał do jego domu. Lou wiedział, że nawet metrem nie było to blisko, dlatego wyszedł odpowiednio wcześniej, ale na jego nieszczęście spóźnił się całe dziesięć minut.

Okropnie zdenerwowany i zdyszany przez to, że biegł wpadł pod jego drzwi i nacisnął dzwonek, z trudem oddychając. Kilka chwil później drzwi otworzyły się i stanął w nich wysoki mężczyzna, ciemnej karnacji, z małym zarostem. Założył ręce na klatce piersiowej i oparł się o framugę. Czekał. Czekał, aż Louis zacznie go przepraszać.

- Przepraszam za spóźnienie, strasznie mi przykro. – powiedział szybko, patrząc mężczyźnie w ciemnobrązowe oczy – Wyszedłem wcześniej, ale były jakieś problemy w metrze i…

- Mam w dupie to dlaczego się spóźniłeś. – usłyszał i natychmiast zamilkł, przełykając ślinę – Nie po to wynajmuję taką drogą dziwkę jak ty żeby na ciebie czekać, rozumiesz? – warknął i Louis chcąc nie chcąc pokiwał głową, spuszczając wzrok i w myślach powtarzając sobie jak bardzo go nienawidzi.

Pan Malik odsunął się w drzwiach pozwalając mu wejść do środka, a później kazał iść do sypialni. I Louis poszedł, pamiętając gdzie to było, a następnie usiadł na łóżku czekając. Kilka minut później drzwi ponownie się otworzyły i Zayn wszedł do środka.

- Nie przypominam sobie żebym pozwolił ci siadać na łóżku. Na kolana. – rzucił, a szatyn bez słowa zsunął się z pościeli, gryząc swój policzek i pragnąc, by to wszystko się już skończyło. Mężczyzna podszedł do niego i chwycił go za włosy, tak mocno, że Louis musiał zacisnąć zęby z bólu. Podniósł mu głowę, która teraz znajdywała się na wysokości jego krocza tak, by spojrzał mu w oczy – No dalej, na co czekasz? – zapytał, wciąż ściskając jego włosy – Rób to w czym jesteś najlepszy.

Louis sięgnął rękami do jego paska i powoli go odpiął, a później delikatnie rozpiął jego spodnie i zsunął w dół, gdzie przez bokserki dostrzegł twardego już członka. Przejechał po materiale ręką i zaczął delikatnie dotykać, na co Zayn zacisnął mocniej pięść na jego włosach i przyciągnął jego głowę do swojego krocza mówiąc, że właśnie do tego się nadaje. Gdy poluzował uścisk na jego włosach Louis w końcu odchylił jego bokserki i chwycił go w dłonie, nachylając się i przejeżdżając po nim językiem, a później biorąc go całego do ust.

- Jesteś taki beznadziejny. – usłyszał nad sobą – Ledwo obciągać potrafisz, co z ciebie za dziwka? Weź go głębiej. – syknął dociskając jego głowę i Louis czuł, że zaraz zacznie się krztusić. Zaparł się dłońmi o jego biodra, próbując się odrobinę odsunąć, a Zayn puścił mu głowę, pozwalając, by uwolnił swoje usta – Taki beznadziejny. – powtórzył, pozwalając mu na krótkie złapanie oddechu, a później uderzył go lekko w twarz i znowu kazał mu go ssać. Chwilę później jęknął, po raz kolejny go do siebie dociskając, a później, gdy czuł, że jest wystarczająco pobudzony, odrzucił go do tyłu, tak, że Louis wpadł na łóżko.

Szatyn wytarł z twarzy ślinę i podniósł wzrok na Zayna, który właśnie się nad niego nachylał. Chciał coś powiedzieć, ale wolał nie ryzykować, dlatego milczał, słuchając kolejnego potoku obelg. I tak był silny bo jeszcze kilka miesięcy wcześniej po prostu zwinąłby się w kulkę i rozpłakał. Teraz nauczył się jakoś sobie z tym radzić.

- Chyba nie myślisz, że będę cię pieprzył na łóżku, co? – zapytał mulat, ciągnąc go na środek pokoju i popychając twarzą do ziemi – Będę cię pieprzył na podłodze, tak jak na to zasługujesz.

Louis spróbował się podnieść na rękach, ale został ponownie popchnięty na ziemię, a później poczuł jak jego spodnie zostają zsunięte do połowy ud. Wziął drżący oddech, czując pod sobą cienki dywan i próbując się rozluźnić. Zdusił w sobie cichy krzyk, gdy poczuł na pośladkach mocnego klapsa, a później jeszcze jednego. To było mocne, ale tak naprawdę nie było bolesne. Raczej upokarzające.

- Gdybyś był mój biłbym cię codziennie. – usłyszał nagle przy uchu. Zayn położył się na nim, nakierowując swojego członka, a później wchodząc w niego bez sprawdzenia czy się rozluźnił – Słyszysz co mówię? Biłbym cię każdego dnia za to jak beznadziejny jesteś. Twoi rodzice muszą być z ciebie dumni, wiesz? Za to, że zrobiłeś ze swojej dupy hotel.

Z ust Louisa wyrwał się nagle żałosny dźwięk i dopiero wtedy zdał sobie sprawę, z tego, że cicho szlocha. Nabrał powietrza i starał się nie myśleć o tym co mówi Zayn. Próbował się wyłączyć, ale to wcale nie było takie łatwe. Nie, gdy cały czas przy uchu słyszał obelgi i inne przykrości. Przez cały wieczór.

Następnego dnia miał kłopoty ze wstaniem. Bankowiec Zayn jak zwykle go nie oszczędził, dlatego teraz bolało go całe ciało. Wrócił w środku nocy, upokorzony i pijany bo nie mógł w drodze powrotnej nie wstąpić do baru na kilka drinków, gdzie wydał połowę swoich pieniędzy. W innym wypadku rozpamiętywałby każde słowo, które powiedział mu mężczyzna, każdą upokarzającą obelgę, a tego by chyba nie zniósł. Po prostu by się załamał. Dlatego wstał późnym popołudniem i z ogromnym kacem wszedł do Nicka by dowiedzieć się czy dzisiaj pracuje.

- Ktoś tu miał ciężką noc. – zaśmiał się złośliwie, ale Louis zignorował to. Odespał swoje pijaństwo, napił się herbaty i teraz naprawdę czuł się dobrze. Bolała go jedynie głowa, ale wziął jakieś leki, więc był niemal pewien, że wkrótce mu przejdzie – Nie usiądziesz?

- Postoję.

- Och, widzę, że pan Malik zajął się twoim drogim tyłeczkiem tak jak należy. – powiedział wstając i obchodząc go – Podobało ci się? – szepnął mu do ucha, tuż nad jego ramieniem, a Louis zagryzł policzek czując jak suwa ręką po jego pośladkach. Nie odezwał się jednak. Ze wzrokiem wbitym gdzieś przed siebie odczekał, aż Nick skończy go upokarzać. To naprawdę było jego ulubione zajęcie i robił to przy każdej możliwej okazji bo uwielbiał się nad nim znęcać. Psychicznie oczywiście. Louis wiedział, że gdyby się z nim przespał wszystko wyglądałoby inaczej, Nick traktowałby go o niebo lepiej, jak innych chłopaków, a nie tak jak teraz. Ale Louis nie zamierzał się na to zgadzać. Nigdy. Gdy Nick skończył, zrobił dwa kroki i oparł się tyłem o biurko przed Louisem. Szatyn przełknął ślinę, ale posłusznie milczał, patrząc gdzieś w dół i z każdą chwilą czując się coraz gorzej. Nic nie warty i beznadziejny.

– Widzę, że tak. Musiał porządnie cię wypieprzyć. – ciągnął dalej Nick. Louis nie chciał tego słuchać. Skupił się na liczeniu swoich oddechów – Spuścił ci się na twarz, prawda? To ja mu powiedziałem, że bardzo, bardzo to lubisz, ty mała dziw…

Nie dokończył bo otwarta dłoń Louisa zderzyła się z jego policzkiem. Uderzenie nie było w ogóle mocne, raczej ostrzegawcze, ale wystarczające by wyprowadzić z równowagi Nicka. Zamachnął się i uderzył Louisa trzy razy mocniej przez co szatyn uderzył w ścianę, omal nie upadając na ziemię. Złapał się za bolący policzek, ale odwrócił i spojrzał na Nicka.

- Przepraszam, przepraszam nie chciałem.– powiedział szybko bo naprawdę żałował, że to zrobił, a Nick popchnął go jeszcze raz na ścianę, nachylając się nad nim.

- Chyba nie muszę mówić, że od dzisiaj dostajesz tylko takich? – syknął prosto w jego twarz, a potem odsunął się i wrócił za biurko patrząc na niego z satysfakcją. Louis wiedział na co czeka. Czekał, aż podejdzie do niego, zacznie przepraszać, a potem pod nim klęknie, obciągnie mu i pozwoli się pieprzyć, ale nie. On nigdy nie zamierzał tak bardzo się zniżyć.

Wciągnął powietrze i odsunął rękę od twarzy, a Nick uśmiechnął się szeroko.

- Miałem ci dać wolne dzisiaj, ale biorąc pod uwagę okoliczności zajmiesz się naszym uroczym panem ambasadorem. Przyjdzie o dziesiątej. – dodał, a Louis odwrócił się by wyjść, gdy ten jeszcze go zawołał. Spojrzał na niego, a Nick szturchnął monitor z kamerami, który miał za sobą – Będę się dobrze bawił patrząc jak ten grubas cię pieprzy.

Louis otworzył usta, ale nic nie powiedział. Wyszedł bez słowa i chwilę później wszedł do kuchni, chwytając ze stołu paczkę papierosów Josha i zyskując tym uwagę wszystkich. Odpalił i nawet się zaciągnął, ale natychmiast zaczął się krztusić, więc odłożył go do popielniczki i oparł głowę o rękę, czując na sobie wzrok chłopaków. Nikt jednak nie zamierzał pytać o to co się stało. Czerwony policzek wszystko wyjaśniał.

*

Kilka dni później Louis ponownie stał przed apartamentem pana Stylesa. Nick chciał wysłać mu kogoś innego, ale podobno chodziło mu tylko o Louisa, więc chcąc nie chcąc musiał się zgodzić. Tym sposobem Louis po raz kolejny został wpuszczony do środka przez eleganckiego mężczyznę witającego się z nim uprzejmie, a gdy szedł do sypialni czuł jak jego nogi drżą, a serce przyspiesza. Nie wiedział co się z nim działo. Czuł się jak dziecko, jak nastolatek idący na pierwszą randkę i… cieszył się. Po raz pierwszy w tej okropnej pracy z czegoś się cieszył.

Przeszedł przez otwarte drzwi, czując przyjemny zapach delikatnych perfum, jednak w środku nikogo nie było. Zatrzymał się pod szklanymi drzwiami na taras i zamyślił, spoglądając na stolik przy którym całkiem niedawno jadł śniadanie. Usłyszał kroki i chwilę później jego oczom ukazał się przystojny mężczyzna o nieziemskich zielonych oczach i lśniących lokach zaczesanych do tyłu. Miał na sobie czarne rurki i czarną marynarkę, spod której wystawała rozpięta prawie do połowy ciemna koszula. Wyglądał seksownie. Bardzo seksownie. Louis przełknął ślinę, gdy ich spojrzenia się spotkały.

- Panie Styles. – powiedział, kiwając uprzejmie głową, a jego głos zadrżał na myśl o tym co zaraz będą robić, choć zupełnie nie wiedział czemu. Przecież robił to już setki razy. Mężczyzna przechylił lekko głowę, przyglądając mu się przez dłuższą chwilę, aż powoli zdjął z ramion marynarkę, którą powiesił na oparciu krzesła i ruszył w jego kierunku zatrzymując się tuż przed nim. Przez chwilę jedynie patrzył na oczy Louisa i po całej twarzy, aż sięgnął ręką i odgarnął mu kosmyk włosów z czoła.

- Harry – powiedział nagle, niskim, odrobinę ochrypniętym głosem. Louis czuł jak jego skóra płonie.

- N-nie wolno mi zwracać się pana po…

- Od dzisiaj wolno. – przerwał mężczyzna spokojnym głosem, przejeżdżając kciukiem po jego policzkach i potem ustach. Louis zaczął drżeć i wciągnął głośno powietrze, gdy Harry nachylił się i zassał skórę na jego szyi.

Zrobił krok do tyłu, czym oparł się o szklane drzwi na taras, a potem jęknął, gdy Harry delikatnie go do nich przycisnął. Zamknął oczy, odchylając głowę do tyłu, a jego ręka wsunęła się w jego włosy, odrobinę się na nich zaciskając. To było przyjemne, bardzo przyjemne i czuł się fantastycznie, a jego serce kołatało mu w piersi. Nie wiedział co się z nim dzieje i nie umiał zapanować nad własnym ciałem. Usta mężczyzny powędrowały w górę jego szyi, aż do ucha, a później zaczęły całować jego szczękę, co było tak podniecające, że Louis musiał oddychać ustami by złapać oddech. Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała w zawrotnym tempie i był pewien, że Harry dobrze wie do jakiego stanu właśnie go doprowadza. Odwrócił głowę na bok, gdy ich usta omal się nie spotkały. Nie mógł na to pozwolić. Nigdy nie całował się z klientami. Nigdy. To była jego granica bezwzględna i nie zamierzał jej przekraczać pod żadnym pozorem. Harry spróbował drugi raz, ale Louis był nieugięty, odwrócił głowę na bok, spuszczając wzrok i nie patrząc mu w oczy. Nie pozwolił się pocałować, dlatego wyższy westchnął cicho i odpuścił, chwytając dół jego koszulki i powoli przeciągając ją przez jego ciało.

Tym razem było trochę inaczej bo Louis od razu się poddał, pozwalając by to Harry się nim zajął i robił z nim co tylko chciał. A to co robił sprawiało, że niższy miał ochotę krzyczeć, wić się i jęczeć. I to właśnie robił, mimo tego, że zawzięcie próbował to w sobie zduszać. Po raz kolejny doszedł jako pierwszy, na ich brzuchy, ale tym razem miał otwarte oczy i patrzył prosto na Harry’ego, który uważnie obserwował jego twarz. Po wszystkim Louis zobaczył jak kącik ust mężczyzny unosi się do góry, gdy odgarniał mu spocone kosmyki włosów z twarzy, ale było to tylko chwilowe i możliwe, że szatyn tylko to sobie wyobraził. Starał się uspokoić swój szybki oddech i nawet nie zauważył, gdy zamknął na chwilę oczy.

- Chcę się z tobą wykąpać. – usłyszał cichy szept tuż przy swoim uchu, a następnie poczuł tuż obok ciepłego i bardzo delikatnego całusa. Jego żołądek zaczął skakać, a serce natychmiast przyspieszyło.

Otworzył oczy i pokiwał bezwiednie głową, nie mogąc zdobyć się na żadną normalną odpowiedź. Poczuł kolejny pocałunek i chwilę później usłyszał ciche „chodź”, dlatego wstał i na nogach jak z waty wszedł za Harrym do jego dużej i pięknej łazienki, którą zdobiły perłowe płytki i białe szafki. Duża wanna bardzo szybko została napełniona ciepłą wodą z pachnącym płynem i bąbelkami. Harry wszedł do środka, siadając na dnie wanny i Louis chciał usiąść za nim, by móc go umyć i składać pocałunki na jego plecach, ale Harry pokręcił przecząco głową mówiąc mu by usiadł przed nim, więc Louis po prostu go posłuchał. Usiadł, czując na karku ciepły oddech, a chwilę później zamknął oczy, gdy mężczyzna zaczął go tam całować. Nie chciał żeby przestawał, jeszcze nigdy nie czuł się tak dobrze. Był okropnie zmęczony, wręcz wyczerpany, a to co robił Harry było niesamowicie rozluźniające i relaksujące. To nie było czymś co robił bez swojej woli, z przymusu bo taka jest jego praca. Siedział w tej wannie i wiedział, że to jest coś czego właśnie w tej chwili pragnie. Tego chciał. Czuł jak miękka gąbka przesuwa się po jego plecach i ramionach i nie mógł zrozumieć tej całej sytuacji bo to przecież on miał sprawiać mu przyjemność, a nie odwrotnie. Mimo wszystko nie powiedział nic. Potrzebował tego. Po tym wszystkim jak jego klienci go traktowali potrzebował dokładnie czegoś takiego. Dzięki temu nie czuł się jak bezużyteczna zabawka, którą trzeba bić i gnoić.

- Twoja skóra jest taka miękka i gładka. – usłyszał po swojej lewej stronie i poczuł jak Harry wodzi po niej nosem – Mógłbym dotykać jej przez cały dzień. – mruknął bardziej do siebie i Louis nie mógł się powstrzymać i uśmiechnął się lekko, ale Harry nie mógł tego zobaczyć.

Gdy wyszli z wanny byli zbyt zmęczeni by robić cokolwiek, dlatego po prostu położyli się do łóżka. Louis leżał na boku, odwrócony do Harry’ego i przyglądał się motylowi jakiego miał wytatuowanego pod swoją klatką piersiową. Był piękny i Louis zastanawiał się czy ma jakieś znaczenie. Patrzył tak bardzo długo, aż podniósł wzrok na Harry’ego, przekonany, że ten już śpi. Jednak jego oczy spotkały się z jego spojrzeniem i przez kilka długich sekund patrzyli na siebie bez słowa, aż Harry sięgnął dłonią do jego twarzy i przejechał po niej palcami zatrzymując się na ustach, na które długo patrzył. Louis nic nie powiedział, po prostu zamknął oczy i pozwolił sobie odpłynąć we śnie.

Rano zamruczał sennie, przewracając się na drugi bok i wtulając w ciepłą poduszkę. Znowu było mu tak dobrze i cudownie, że najchętniej nigdy by się stąd nie ruszał. Uśmiechnął się do siebie myśląc o Harrym i o tym jak ten go dotykał i zamyślił się. Nagle otworzył szeroko oczy, zdając sobie sprawę z tego, że ciepła poduszka oddycha i odsunął się zarumieniony, gdy zdał sobie sprawę z tego, że Harry nie śpi.

- Nie przeszkadzało mi to. – usłyszał nad sobą przez co zarumienił się jeszcze bardziej.

- Panie Styles…

- Harry. – przerwał mu, biorąc głębszy oddech, a Louis podniósł się i chciał chwycić swoje bokserki z ziemi, gdy poczuł jak Harry łapie go delikatnie za rękę. Wciągnął powietrze, czując, że jego serce znowu zaczyna wariować i odwrócił się patrząc na niego ze smutkiem bo w końcu powoli zaczęło do niego docierać to co się dzieje – Nie wychodź jeszcze. – poprosił, patrząc mu w oczy.

- Muszę.

- Nie musisz.

- Muszę, mój szef jest… - urwał zdając sobie sprawę co właśnie chciał powiedzieć – Muszę. Mam być u niego o dziewiątej i naprawdę nie powinienem się spóźniać.

- Zadzwonię do niego. – powiedział Harry, nie spuszczając z szatyna wzroku.

- N-nie, lepiej nie. – Louis sięgnął po swoje bokserki i usiadł na łóżku wciągając je na siebie.

- Odwiozę cię.

- To nie będzie konieczne panie Styles. – odpowiedział, a Harry podniósł się, nachylając nad jego ramię. Louis wciągnął głośno powietrze, czując się jeszcze bardziej bezradnie niż zwykle.

- Dlaczego uciekasz? – usłyszał cichy głos, a ciepły oddech musnął jego skórę. Miał ochotę płakać, nie mógł tam dłużej zostać, tego było za dużo i działo się za szybko. Po prostu musiał to przerwać. Teraz, natychmiast.

- Przepraszam, naprawdę muszę już iść. – wyrzucił z siebie, wciągając na siebie spodnie i ubierając koszulkę.

Wstał, słysząc jak Harry wciąga cicho powietrze, a następnie kucnął, wciągając na stopy swoje buty. Ruszył do drzwi.

- Louis…

- Do widzenia panie Styles. – nie pozwolił mu skończyć i szybko znalazł się za drzwiami, oddychając szybko.

Mężczyzna w eleganckim ubraniu otwierał usta by coś powiedzieć, ale on nie pozwolił mu nawet zacząć. Szybkim krokiem przemierzył duży salon i sam otworzył sobie drzwi żegnając się z nim niezrozumiale. Nie czekał na windę tylko zbiegł po schodach i wybiegł przez drzwi obrotowe z nowoczesnego budynku. Skręcił w lewo i ruszył przed siebie czując, że ma kłopoty z oddychaniem i nie może się uspokoić.

Nie zakocha się w nim. Nie ma takiej możliwości. On po prostu do tego nie dopuści bo to by go złamało. Nie może pozwolić na to by ktoś znowu zawładnął jego sercem, a później tak po prostu wyrzucił je do śmieci. Nie zakocha się. To przecież jego klient, chodzi mu tylko i wyłącznie o seks, o nic więcej. Co z tego, że jest miły.

Było dość wcześnie rano, więc wiał chłodny wiatr, który mierzwił mu włosy. Owinął się cieplej swoją kurtką, zmierzając w kierunku przystanku i obiecał sobie, że następnym razem ubierze skarpetki. Szybkim krokiem dostał się na koniec ulicy , gdy nagle zdał sobie sprawę, że nie wziął ani swojego portfela, ani kluczy od mieszkania, ani pieniędzy dla Nicka.

- Cholera – powiedział rozpaczliwie, zatrzymując się i odwracając. Co ma robić? Wrócić? Nie może teraz tego zrobić, nie da rady. Postanowił, że pójdzie tam później, gdy Harry’ego pewnie nie będzie, a tymczasem musiał iść na nogach przez dobrą godzinę bo nie miał nawet pieniędzy na autobus czy metro.

Dochodziła dziewiąta trzydzieści, gdy wszedł do kamienicy, zdając sobie sprawę z tego, że nikogo nie ma w holu. Ruszył schodami w stronę biura Nicka i zdenerwowany, że spóźnił się pół godziny chwycił za klamkę.

- Nick przepraszam ja… - urwał, gdy w środku zobaczył Harry’ego, który odwrócił głowę w jego stronę i spojrzał mu prosto w oczy. Poczuł jak jego serce przyspiesza, nie był na to gotowy.

Zamarł i całkowicie odebrało mu mowę. Harry jak zwykle wyglądał seksownie. Zabawne, że w tak krótkim czasie zdążył wstać, wykonać poranne czynności, ubrać się i tu przyjechać.

- Witaj Louis. Kiedy w końcu nauczysz się pukać? – odezwał się Nick, a z jego fałszywie uprzejmego tonu głosu Louis wywnioskował, że jest wściekły – Zostawiłeś u pana Stylesa swoje rzeczy przez co musiał ci je tutaj specjalnie przywozić. – powiedział znacząco, wypalając swoim wzrokiem dziurę w ciele szatyna.

- Przepraszam. – odezwał się cicho, patrząc gdzieś w dół, ale zaraz po tym usłyszał głos Harry’ego.

- Właściwie to nie specjalnie. – powiedział, a gdy Louis podniósł swoje spojrzenie z podłogi zobaczył, że mężczyzna wciąż na niego patrzy – Przejeżdżałem tędy. – dodał, ale nie wiadomo czy była to prawda.

- Mimo wszystko Louis powinien myśleć, dlatego bardzo pana przepraszam.

- Nie ma za co przepraszać. – Harry spojrzał na Nicka, do którego kiwnął uprzejmie głową – Wszystko jest w porządku. – dodał – Do widzenia.

- Do widzenia. – powiedział Nick, a Harry zatrzymał się obok Louisa patrząc mu prosto w oczy. Louis czuł, że przestał oddychać i że nie jest w stanie nawet mrugnąć. Był sparaliżowany, a jego nogi miękkie jak gąbka.

- Do zobaczenia Louis. – odezwał się mężczyzna zanim chwycił za klamkę.

- Do widzenia panie Styles. – wydostało się z ust Louisa, a chwilę później sylwetka Harry’ego zniknęła za drzwiami.

Odwracał się właśnie w stronę Nicka, gdy został uderzony w twarz. Pisnął cicho bo kompletnie się tego nie spodziewał, a potem podniósł wzrok na swojego szefa.

- To za to, że nie myślisz. – syknął, a potem poprawił mu z drugiej strony – A to za to, że się ciągle spóźniasz.

*

Spotkania z Harrym stały się rutyną i za każdym razem wyglądały bardzo podobnie. Nie rozmawiali prawie w ogóle, a raczej to Louis starał się unikać rozmów. Najpierw się kochali – bo nawet nie można tego co robili nazwać seksem – później brali razem prysznic lub kąpiel, a później kładli się do łóżka. Louis wymykał się rano, gdy ten jeszcze spał, ale za którymś razem Harry obudził się wcześniej i nie pozwolił mu wyjść. Tym sposobem wylądowali razem na tarasie, siedząc naprzeciwko siebie i jedząc śniadanie.

- Dlaczego nie jesz? – zapytał Harry, gdy Louis wbijał wzrok w swój talerz. Był zmieszany i nie wiedział jak ma się zachowywać. Zdał sobie sprawę z tego, że takie właśnie sytuacje są dla niego bardziej zawstydzające niż na przykład nagość. Czuł się niekomfortowo – Nie smakuje ci? Jeśli masz ochotę na coś innego to powiedz.

- N-nie… ja, ja po prostu… - zmieszał się, ale urwał, gdy podniósł wzrok i zobaczył, że Harry na niego patrzy.

- Tak? – zachęcił go, przez co Louis wciągnął głośno powietrze. Denerwował się.

- Dlaczego to tak wygląda? – zapytał cicho, a jego wzrok natychmiast ponownie wbił się w stół.

- Jak?

- Dlaczego zostaję na noc? Dlaczego jemy razem śniadanie? Dlaczego jesteś… przepraszam, jest pan dla mnie taki miły i delikatny? J-ja… ja nie przywykłem do takiego traktowania, to…

- Harry. – powiedział wyższy, patrząc mu prosto w oczy i całkowicie zignorował resztę. Louis westchnął.

- Nie rozumiem tego. – mruknął ze zrezygnowaniem.

- Lubię spędzać z tobą czas. Jesteś uroczy i interesujący. – odpowiedział Harry jak gdyby nigdy nic, nalewając sobie herbaty. Szatyn spojrzał na jego filiżankę, patrząc jak powoli napełnia się wodą. Zamrugał.

- Nie jestem interesujący. – zaprzeczył po krótkiej chwili, podnosząc wzrok i patrząc jak kącik jego ust unosi się powoli ku górze – Uroczy też nie. – dodał szybko i uśmiech na ustach mężczyzny jeszcze bardziej się powiększył. Spojrzał na niego.

- Jesteś. – uśmiechnął się, podnosząc do ust porcelanową filiżankę i nie spuszczając wzroku z niebieskich tęczówek. Szatyn wciągnął powietrze, przyglądając się jak odkłada na stół naczynie – Chciałbym cię zabrać na kolację i lepiej poznać. – dodał nagle i Louis poczuł jak jego serce podskakuje mu wysoko do gardła.

- T-to nie jest możliwe. Nie wolno mi spotykać się z…

- Z klientami bez wiedzy szefa, ponieważ pomyśli, że dorabiasz na boku. Rozumiem. W takim razie mu zapła…

- Nie.

- Nie ty o tym decydujesz. – uśmiechnął się, ale Louisowi naprawdę nie było do śmiechu.

- Proszę nie. – powiedział cicho.

- Czego się boisz?

- Nie boję się. – skłamał w swój talerz.

- Dobrze. – westchnął z rezygnacją Harry – Nie zrobię tego, ale zamierzam jeszcze wrócić do tej rozmowy.

Dni mijały i wszystko wciąż wyglądało tak samo, do czasu, aż Louis znów musiał spotkać się z Zaynem Malikiem. Przez częste spotkania z Harrym zdążył zapomnieć jak to jest być upokarzanym i rzucanym po meblach. Po prostu się od tego odzwyczaił. Mężczyzna narobił mu siniaków, zwłaszcza na plecach, gdy o coś uderzył. To jednak nie było najgorsze bo nie robił tego bardzo mocno i Louis był w stanie znieść trochę bólu. Najgorsze było to co mówił mu na ucho, że jest zwykłą, nic nie wartą dziwką, że każdego dnia powinien być bity, że nikt nigdy nie zechce takiej brudnej dziwki i że powinien być wdzięczny, że ktokolwiek jeszcze go dotyka. To było najgorsze, ale już nie dlatego, że były to przykre obelgi, a dlatego bo Louis wiedział, że to prawda.

Zmęczony i upokorzony bez słowa zaniósł Nickowi pieniądze i chciał wyjść, jechać do domu, rzucić się na łóżko i przespać, a może nawet upić przed snem, gdy okazało się, że ma jeszcze jechać do Harry’ego.

- Musisz to odwołać. – pokręcił głową, patrząc na Nicka – Ja nie jestem w stanie już nic dzisiaj robić, wszystko mnie boli. – dodał, patrząc na niego błagalnie. Ledwo stał na nogach, jak do diabła miał jeszcze pracować?

- Nie mogę już tego odwołać, poza tym mówiłem ci sto razy, że nie przepuszczę takiej kasy jaką daje za ciebie Styles. – usłyszał zadowolony głos Nicka. W jego oczach widział satysfakcję.

- Nick proszę cię. – spróbował Louis. Jego głos był cichy i już po samej jego twarzy widać było, że jest kompletnie wyczerpany, że ledwo stoi, ale Nick był nieugięty.

- Nie Louis. – odpowiedział z uśmiechem, a szatyn poczuł gulę goryczy w gardle. To był jeden z tych dni, w których miał ochotę usiąść i się rozpłakać. Był gotowy go prosić, ale najnormalniej w świecie nie miał na to siły.

Wyszedł bez słowa i godzinę później znajdował się pod pięknym apartamentem Stylesa, który tak dobrze już znał. Wjechał windą na górę i zadzwonił do drzwi, dziwiąc się lekko, gdy drzwi otworzył mu sam Harry.

- Spóźniłem się, przepraszam. – westchnął na przywitanie, nie patrząc mu w oczy, a mężczyzna kiwnął krótko głową, wpuszczając go do środka i zamykając za nim drzwi. Louis zatrzymał się na środku, zawieszając wzrok na wieży Eiffla, którą doskonale widać było z salonu. Za wszelką cenę starał się powstrzymać drżenie dolnej wargi, ale to nie było łatwe po tym co wcześniej przeszedł. Wmawiał sobie, że da radę, że Harry przecież nie zgnoi go tak jak Zayn.

- Louis? – usłyszał za sobą odrobinę zmartwiony głos, więc odwrócił się w stronę Harry’ego, który przyglądał mu się pytająco. Szatyn nie chciał rozmawiać, dlatego pokonał kilka kroków, znajdując się tuż przed nim i zaczął całować jego szyję, przejeżdżając opuszkami palców po jego koszulce. Harry westchnął, czując jak niższy chłopak ściąga z niego górne ubranie, a następnie delikatnie całuje dół jego szyi i klatkę piersiową. Coś było nie tak – Louis, wszystko w porządku? Coś się… - nie dokończył bo poczuł palec na swoich ustach, a potem nie mógł się powstrzymać i zamknął oczy, gdy poczuł jak niższy całuje jego obojczyki i delikatnie popycha go do sypialni.

Louis cieszył się, że Harry nic nie mówi bo tym razem nie dałby rady się odezwać. Jego oczy wciąż co jakiś czas szkliły się niebezpiecznie, ale do tej pory żadna łza jeszcze z nich nie wypłynęła. Starał się jak mógł, by nie myśleć o tym co mówił mu pan Malik.

Harry położył go na łóżku, zdejmując z niego koszulkę, a później delikatnie położył się na jego ciele. Tym razem to on całował obojczyki drobniejszego chłopaka i jego klatkę piersiową. Louis mruczał cicho, ale gdy Harry wsunął rękę na jego plecy i zaczął przyciągać go do siebie zacisnął z bólu oczy i przygryzł dolną wargę, ledwo powstrzymując się od żałosnego pisku. Wyższy natychmiast się odsunął bo oczywiście nie mógł tego nie zauważyć. Znał wszystkie reakcje Louisa na swój dotyk, a ta była mu kompletnie obca. Coś ewidentnie było nie w porządku.

- Co się dzieje? – zapytał z niepokojem, przyglądając mu się uważnie i ściągnął odrobinę brwi.

- N-nic, przepraszam. – wyjąkał Louis i chciał przyciągnąć go do siebie z powrotem, ale Harry nie pozwolił mu na to. Wyprostował się.

- Odwróć się. – powiedział spokojnie i zmarszczył brwi, gdy niższy pokręcił przecząco głową – Louis… odwróć się. – powtórzył, ale szatyn ani drgnął. Patrzył gdzieś w bok i to ani trochę nie podobało się Harry’emu. W końcu sam chwycił go za biodra i lekko przewrócił na bok, a jego oczom ukazał się ciemny siniak na skórze w miejscu nerek, małe zadrapanie i jeszcze kilka malutkich, bladych siniaków. Wciągnął głośno powietrze.

- To nic takiego. – powiedział Louis, przewracając się z powrotem na plecy i starając uspokoić nerwy – Dam radę dalej…

- Nie. Nie zamierzam nic z tobą robić, jesteś cały poobijany. Kto ci to zrobił?

- Spadłem ze schodów.

- Czy twój szef wie, że klienci cię biją?

- Powiedziałem, że spadłem ze scho…

- Porozmawiam z nim.

- Nie, proszę… - Louis podniósł zrezygnowany wzrok i spojrzał w zielone oczy – On wie o tym.

- Tak myślałem. – powiedział Harry podnosząc się z łóżka. Louis wziął głęboki oddech, a brunet wyszedł na chwilę do łazienki. Gdy wrócił miał w ręce lekko zmoczony ręcznik i jakąś maść - Połóż się na brzuchu, posmaruję ci to.

- Naprawdę nie trzeba. – mruknął Louis, ale posłuchał i przewrócił się z powrotem na drugą stronę. Z jego oczu wypłynęło kilka łez, ale szybko je wytarł, by Harry tego nie zobaczył. Poczuł ulgę, gdy wyższy przyłożył na chwilę do siniaka chłodny ręcznik, a później zaczął delikatnie wsmarowywać w to miejsce jakąś maść.

- Poleż tak chwilę, niech to trochę wchłonie. – usłyszał nad sobą, a gdy szepnął ciche dziękuję poczuł jak Harry kładzie się obok i przejeżdża dłonią po jego włosach. I robił to tak długo, dopóki Louis nie usnął.

Od tego zdarzenia Harry codziennie „wykupywał” Louisa, czego szatyn kompletnie nie mógł zrozumieć. Nie wiedział dlaczego to robił. Płacił za niego, a nic nawet nie robili. Następnego dnia na przykład usiedli na dużej kanapie i przez kilka godzin oglądali jakieś głupie komedie romantyczne, a Louis pozwalał by Harry bawił się jego włosami. Kolejnego śmiali się w kuchni gotując obiad, który spłonąłby gdyby nie Daniel – ów elegancki mężczyzna, który podawał im zawsze śniadanie i otwierał Louisowi drzwi, a następnego Harry zabrał Louisa do słynnego Disneylandu, gdzie przez cały czas śmiali się jak dzieci jedząc watę cukrową. Oprócz tego po prostu leżeli godzinami, nic nie mówiąc, układali jakieś głupie puzzle lub po prostu rozmawiali, ale mimo wszystko Louis wciąż unikał niebezpiecznych tematów, romantycznych sytuacji lub całowania w usta. Nie chciał żeby to zaszło za daleko, zwłaszcza, że już czuł, że się do niego za bardzo przyzwyczaił. To wszystko co robił dla niego Harry sprawiało, że czuł się odrobinę nie w porządku bo przecież cały czas dostawał za to pieniądze. Dostawał pieniądze za nicnierobienie i choć to nie do końca wydawało mu się w porządku Harry’emu to w ogóle nie przeszkadzało.

- Louis – zaczął kiedyś Harry, gdy po południu leżeli na łóżku ucinając sobie krótką drzemkę. Wokół nich na pościeli były rozsypane puzzle, których nawet nie pozbierali.

- Słucham? – zamruczał sennie, otwierając na sekundę swoje oczy.

- Zabieram cię dzisiaj na kolację, dobrze? – zapytał, a Louis znów otworzył oczy, patrząc na niego z niepewnością.

- J-jesteś pewien, że tego chcesz? – szepnął ochryple i Harry roześmiał się.

- Chcę tego od dawna i mówiłem ci to już kilka razy. Cały czas czekam tylko na twoją zgodę. – uśmiechnął się, dotykając jego różowego policzka. Louis wziął głęboki oddech. Wiedział, że to zły pomysł i wiedział, że nie powinien się zgadzać, ale nic nie poradził na to, że… chciał.

Odwzajemnił delikatnie uśmiech i kiwnął krótko głową na co Harry rozpromienił się jeszcze bardziej.

Wieczorem wyszli razem z apartamentu Harry’ego i gdy tylko znaleźli się w taksówce Louis zaczął się stresować. Jechali w ciszy, aż dostali się pod prawie samą wieżę Eiffla, gdzie weszli do bardzo ładnej – i drogiej – restauracji. W środku było przepięknie i tak bardzo romantycznie, że Louis nigdy wcześniej nie pomyślałby, że kiedykolwiek ktoś zabierze go do takiego wspaniałego miejsca. Zamurowało go, gdy tylko przekroczył próg i nawet nie zauważył, gdy Harry poprowadził go do stolika, który wcześniej zarezerwował.

W sali, której ściany pokryte były lśniącym drewnem panował półmrok. Stoliki były nakryte białymi obrusami, a drewniane krzesła obszyte czerwonym, zamszowym materiałem, który idealnie pasował do również czerwonego dywanu. Przez wysokie po sam sufit okna widać było cudownie oświetloną wieżę Eiffla, a zapalone na każdym stoliku świeczki były niczym wisienka na torcie, które sprawiały, że całość jeszcze bardziej nabierała romantyzmu.

Louis prawie głośno westchnął, gdy zajęli stolik, a po chwili kelnerka przyniosła menu. Harry uśmiechnął się do niej uprzejmie, a następnie poprosił o butelkę czerwonego wina, otwierając kartę i zastanawiając się co zamówić. Szatyn z każdą chwilą czuł, że jest coraz bardziej przerażony. Jego ręce się trzęsły, przez co niezdarnie przewracał kartkami, a szybko bijące serce w niczym mu nie pomagało. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że to nie była zwykła kolacja ze zwykłym klientem. Na zwykłe kolacje nie chodziło się przecież do takich miejsc. To była randka i Louis to wiedział.

- Na co masz ochotę? – usłyszał nagle, ten spokojny, opanowany i cholernie seksowny głos Harry’ego. Podniósł wzrok, czując się jakby był małym chłopcem, który właśnie zgubił się w ciemnym lesie i spojrzał na niego niepewnie, starając się zapanować nad swoim dziwnym zachowaniem, które ciężko było ukryć.

- Nie wiem. – wymamrotał szczerze, czując, że cały płonie. Opuścił wzrok bo nie mógł znieść tego przeszywającego, zielonego spojrzenia, a później ponownie na niego spojrzał. Przepraszająco.

- Nie wiesz na co masz ochotę? – uśmiechnął się siedzący przed nim brunet, a Louis miał ochotę zapaść się pod ziemię. Było mu tak strasznie głupio i wstyd, sam nie wiedział dlaczego, ale było i miał wrażenie, że Harry dobrze wie, że jest zdenerwowany, zestresowany, przerażony, zawstydzony i w ogóle, że wie o wszystkim. Jego wzrok był tak przenikliwy, że Louis czuł się tak, jakby Harry zaglądał mu w głąb duszy, jakby czytał z niego jak z książki – Mogę wybrać coś za ciebie? – zapytał po krótkiej chwili, na co szatyn pokiwał głową, z wdzięcznością.

Chwilę później podeszła do nich kelnerka i Harry zaczął składać zamówienie, a Louis, ze wzrokiem utkwionym w stół gryzł ze zdenerwowania wewnętrzną stronę swojego policzka. Nie chciał nawet myśleć o tym ile będzie kosztowało to co właśnie zamówił Harry i szczerze mówiąc nie wiedział nawet co to było bo miało taką dziwną nazwę, że nie potrafił jej nawet powtórzyć. Rozejrzał się, gdy kobieta oddaliła się od ich stolika. Nie mógł skłamać nawet przed sobą, był całkowicie oczarowany tym miejscem. Jego wzrok po raz kolejny obiegł wnętrze, aż zaczął przyglądać się ludziom. Wszyscy wyglądali tak ładnie i elegancko, że czuł się fatalnie. Miał wrażenie, że kompletnie tutaj nie pasuje, mimo tego, że sam nie wyglądał najgorzej. Co prawda nie miał na sobie garnituru, tylko bordową koszulkę, marynarkę, czarne jeansy i vansy, ale Harry również go nie miał, więc to trochę podnosiło go na duchu. Mimo wszystko nawet to nie pomogło mu w opanowaniu nerwów. Nic nie poradził na to, że po prostu czuł, że to miejsce nie jest dla niego. Odpłynął myślami tak bardzo, że nawet nie zauważył Harry’ego, który przez cały czas mu się przyglądał.

- Wszystko w porządku? – usłyszał nagle jego zachrypnięty głos i drgnął, odwracając twarz w jego stronę.

- Zamyśliłem się. – wymamrotał, czując się jak kompletny idiota. Nie mógł zdobyć się nawet na to, by spojrzeć mu w oczy.

- To nie jest odpowiedź na moje pytanie. – usłyszał w odpowiedzi i w końcu podniósł wzrok, patrząc na siedzącego przed nim mężczyznę. Uśmiechał się delikatnie, patrząc na niego bez mrugnięcia okiem. Louis wciągnął cicho powietrze.

- J-ja… ja po prostu… chyba tutaj nie pasuję. – odpowiedział cicho i zaraz po tym znowu spuścił wzrok. Naprawdę oddałby w tej chwili wszystko, by móc być teraz z nim w łóżku. Tam nie czuł się niekomfortowo. Przynajmniej wiedział czego się spodziewać i jak się może zachowywać, a tutaj? Czuł się jak prawdziwy dzikus. Jak mieszkaniec afrykańskiej wioski, który został wywleczony ze swojego domu z liści, patyków, gliny i krowiego łajna i wrzucony w sam środek Manhattanu. Kompletnie nie wiedział co ma robić, mówić, jak ma się zachowywać. To wszystko było mu obce i dopiero teraz to wszystko sobie uświadomił.

Z jego ust wydobył się niski dźwięk pełen zaskoczenia, gdy Harry nachylił się nagle i delikatnie podniósł palcem jego twarz, tak, by móc zajrzeć w jego oczy. Jego ciało natychmiast przeszły dreszcze, gdy poczuł na skórze jego dotyk, którego – jak sobie właśnie uświadomił – tak bardzo pragnął.

- Nigdy tak nie mów. – powiedział poważnie, gdy Louis zdecydował się ponownie na niego spojrzeć, a następnie odsunął rękę, prostując się.

- Jestem…

- Jesteś wspaniałą osobą. – powiedział Harry, a szatyn zarumienił się. Chyba nigdy wcześniej tego nie słyszał – Nie wiem dlaczego w to nie wierzysz. Szanuję cię i nie obchodzi mnie czym się zajmujesz. – uśmiechnął się, cicho wzdychając i wciąż patrząc prosto w niebieskie tęczówki. Louis znieruchomiał na kilka długich sekund.

- Dziękuję. – mruknął w końcu bo nic innego nie mógł wymyśleć. Poczuł ulgę i odetchnął, chociaż jego oddech był nieco drżący.

- Ale… chciałbym wiedzieć o tobie więcej. – dodał Harry, dotykając palcami jego dłoni, która spoczywała na stole. Louis spojrzał na nią, a jego serce zabiło mocniej. Nie cofnął ręki – Jaki jest twój ulubiony kolor? – usłyszał i nie mógł się powstrzymać. Zachichotał cicho, rozluźniając się odrobinę. Wiedział, że Harry do tego właśnie zmierzał.

- Poważnie? – zapytał, a Harry z całą powagą kiwnął krótko głową – Dlaczego nie zapytasz mnie o moje zainteresowania? Gdzie spędzam czas, co czytam… - westchnął, gdy Harry nie odpowiadał – Zielony. – szepnął po chwili, patrząc mu w oczy – A twój?

- Niebieski. – odpowiedział Harry, uśmiechając się i Louis uznał, że to najpiękniejszy uśmiech jaki w życiu widział. Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale w tym momencie kelnerka przyniosła przystawki i wino, które zaczęła nalewać im do kieliszków. Louis obserwował przez chwilę jak napełnia jego kieliszek, aż podniósł wzrok na Harry’ego, który z kolei patrzył prosto na niego, z małym uśmiechem. Zarumienił się, przygryzając nerwowo dolną wargę.

Kobieta odeszła i Harry sięgnął widelcem do swojej sałatki, która wyglądała naprawdę apetycznie. Louis zmrużył oczy.

- Nie chcesz wiedzieć co lubię robić? – zapytał, patrząc jak Harry podnosi na niego wzrok. Może z góry założył, że to oczywiste? Może myślał, że Louis lubi tylko seks, skoro jest prostytutką?

- Lubisz dużo czytać, większość wolnego czasu spędzasz na świeżym powietrzu, w parku, nad rzeką lub na Rue de la Bucherie 37, gdzie godzinami czytasz książki. Jesteś miły, szczery i nie boisz się powiedzieć co myślisz, nawet jeśli wiąże się to z nieprzyjemną wymianą zdań. Oprócz tego jesteś inteligentny, wszystko cię ciekawi i interesuje, wzruszasz się na komediach romantycznych, chętnie uczysz się nowych rzeczy i uparcie dążysz do celu jak wtedy, gdy całą noc układałeś puzzle. – zakończył, wzruszając ramionami, a Louis otworzył szeroko usta, mrugając.

W końcu się ruszył i mimo tego, że Harry czekał na jego komentarz, sięgnął ręką po wino, upijając spory łyk, a odezwał się dopiero wtedy, gdy kieliszek ponowie stanął na stole.

- Skąd wiesz gdzie spędzam czas wolny? – zapytał, biorąc wcześniej krótki wdech.

- Bo sam spędzam swój tak samo. – powiedział wzdychając – W każdy poniedziałek widziałem cię w księgarni, kompletnie pochłoniętego książkami. No, prawie każdy.

- Nie poznaliśmy się w księgarni. – szepnął Louis, wbijając wzrok w talerz – Skąd wiedziałeś czym się zajmuję?

- Szukałem.

- Szukałeś?

- To nie jest wcale trudne dla kogoś takiego jak ja. – dodał i Louis westchnął, podnosząc na niego swój wzrok.

- I zamiast spróbować mnie poznać postanowiłeś skorzystać z… z moich usług. – powiedział, czując, że robi mu się naprawdę smutno. Po co kogoś poznawać, skoro w takiej sytuacji można wybrać łatwiejszą drogę, by dobrać się do jego spodni, prawda? Harry najwyraźniej zorientował się do czego to wszystko zmierza bo chciał sięgnąć rękę Louisa, gdy nagle kelnerka przyniosła jedzenie.

Louis odwrócił na bok wzrok, chociaż Harry wciąż na niego patrzył, a nawet dostrzegł zbierające się łzy w kącikach jego oczu. Kobieta odeszła, a Harry sięgnął jego ręki. Spodziewał się, że Louis ją odsunie, ale tak się nie stało.

- Nie spodziewałem się, że to się tak potoczy. – powiedział cicho, pocierając kciukiem jego knykcie – Proszę, spójrz na mnie. – dodał i Louis posłuchał bo chwilę później popatrzył w zielone tęczówki i ich spojrzenia się spotkały – Chciałem to zrobić, chciałem z tobą porozmawiać, ale wtedy na ciebie spojrzałem i… Boże, jestem tylko człowiekiem, a ty byłeś taki cudowny, że nie potrafiłem tego zatrzymać. Zwłaszcza jak zacząłeś mnie dotykać. Przykro mi. – dodał szczerze i Louis uwierzył.

- W porządku.

- W porządku?

- Tak. – westchnął, kiwając głową i spoglądając na palce Harry’ego, które wciąż dotykały jego dłoni. Po chwili znowu podniósł wzrok – Czyli wiesz o mnie wszystko?

- Większość. – Harry spuścił wzrok, a Louis westchnął po raz drugi.

- Dlaczego chciałeś się ze mną spotkać, wiedząc, czym się zajmuję?

- Bo czułem, że jesteś kimś wartościowym. – powiedział – I nie myliłem się. – dodał, na co Louis uśmiechnął się blado. To było miłe – Miałem w planie odezwać się do ciebie w księgarni, ale wtedy pojawiły się te dwie kobiety, którym powiedziałeś, że w stu dwudziestu sześciu sonetach William Szekspir adoruje pięknego młodzieńca. Potem szybko wyszedłeś, a ja nie zamierzałem już czekać do kolejnego poniedziałku, wystarczająco długo siedziałeś mi w głowie. – uśmiechnął się, sięgając po sztućce i zachęcając Louisa, by sam zaczął jeść.

Szatyn patrzył na niego chwilę, aż również się uśmiechnął i sam zaczął jeść. Prawdą było, że nawet nie wiedział co je, ale było to bardzo, bardzo smaczne, wiec zdecydował, że nie będzie pytać. Nagle zaczął chichotać, a Harry spojrzał na niego pytająco.

- Jesteś fatalny w te klocki Harry. Najpierw uprawiasz ze mną seks, a później zabierasz na randkę? – zapytał rozbawiony i Harry również zaczął się śmiać.

- Nigdy nie byłem dobry w podrywie. – wzruszył przepraszająco ramionami.

- Ja też nie. – westchnął cicho szatyn, uśmiechając się szczerze i przez chwilę patrzyli sobie w oczy. Do czasu.

- Harold Styles. – usłyszeli nagle, a gdy Harry podniósł głowę uśmiechnął się szeroko. Wstał by się przywitać.

- Witaj Zayn, cześć Perrie. – powiedział, a krew w żyłach Louisa zamarzła, teraz już wiedział skąd znał ten głos. Nie chciał się odwracać, naprawdę nie chciał go widzieć, nie po tym jak go zgnoił, ale najwyraźniej to było nieuniknione – To Louis. – przedstawił go Harry, więc podniósł głowę i chcąc nie chcąc spojrzał Zaynowi w oczy. Wyraz jego twarzy zmienił się w ułamku sekundy – Louis to Zayn, mój dobry przyjaciel, a to jego żona Perrie. – powiedział Harry, a on miał ochotę płakać. Zayn patrzył prosto na niego, prosto w jego oczy, ze złością i pogardą.

Wstał, gdy Zayn wyciągnął rękę w jego kierunku i omal nie jęknął, gdy mocno ją ścisnął. Opuścił wzrok, a później lekko uścisnął dłoń Perrie, zmuszając się do małego uśmiechu. Kobieta spojrzała na niego tak ciepło, że przez kilka sekund zrobiło mu się jej strasznie żal. Wyglądała na wspaniałą kobietę. Gdyby wiedziała, że jej mąż ją zdradza, a do tego z mężczyzną. I dziwką.

- Cóż, nie będziemy wam przeszkadzać. – powiedziała wesoło Perrie, a Zayn przytaknął.

- Miłego wieczoru. – powiedział – Do zobaczenia Harold, musimy się w końcu spotkać. Ostatnio nie miałeś za wiele czasu. – dodał do Harry’ego, ale Louis wiedział, że było to też do niego – Louis. – skinął głową na pożegnanie i odszedł.

Szatyn przeprosił na chwilę Harry’ego i szybko wyszedł do łazienki. Tam oparł się o ścianę i zaczął oddychać szybko, czując jak jego ręce i nogi drżą. Zrozumiał, że najnormalniej w świecie się przestraszył, spanikował.

- Spokojnie – powiedział sobie szeptem, ale nie łatwo mu było się uspokoić. Wziął głęboki oddech i wrócił do stolika jeszcze raz przepraszając Harry’ego, który oczywiście zaczął pytać czy wszystko w porządku.

Gdy tylko Harry zaczął mówić rozluźnił się i nawet udało mu się zapomnieć o całym zajściu. Rozmawiali o sobie, dowiadując się różnych rzeczy, aż wyszli, zmierzając w stronę wieży, która wieczorem była pięknie oświetlona.

- Dziękuję. – szepnął nagle Louis, a gdy Harry podniósł głowę zobaczył, że szatyn wpatruje się w ziemię.

- Ja też. – odpowiedział i pozwolił sobie objąć go delikatnie w pasie. Louis nie protestował, ale wzrokiem wciąż błądził gdzieś po chodniku. Harry zatrzymał się nagle, stając przed nim i podniósł dłońmi jego twarz, spoglądając mu w oczy – Te rumieńce są urocze. – szepnął, dotykając jego policzków kciukami – Ale naprawdę nie musisz czuć się zmieszany w moim towarzystwie.

Louis nic nie powiedział. W tej chwili mógł jedynie patrzeć w te cudowne, zielone oczy, które były jakieś dziesięć centymetrów od jego własnych. Wiedział, że Harry chce go pocałować, ale na szczęście nie zrobił tego. Jedynie spojrzał na jego usta i przejechał kciukiem po dolnej wardze. Potem uśmiechnął się delikatnie i westchnął.

- Zrobiło się chłodno. – mruknął Harry zdejmując kurtkę i ubierając ją Louisowi na ramiona. Była za duża, śmiesznie za duża, ale ten gest sprawił, że Louis poczuł się ważny. Poczuł, że naprawdę go obchodzi. Spojrzał na jego profil, gdy szli w kierunku taksówki i uśmiechnął się delikatnie.

- Harry? – mruknął cicho.

- Hm? – zapytał wyższy, odwracając głowę w jego stronę.

- Nie jesteś wcale taki zły… w te klocki. – dodał, z małym rumieńcem, dostrzegając wesoły błysk w oku Harry’ego. Odpowiedział mu uśmiechem i objął go bardziej w pasie, prowadząc do taksówki, a niedługo później znaleźli się z powrotem w apartamencie Harry’ego.

Tam wykąpali się razem, a później leżeli nago w łóżku odwróceni do siebie i patrzyli sobie w oczy szczerze rozmawiając. Harry powiedział mu, że w Paryżu mieszka od niedawna i że przeprowadził się tutaj z Londynu, a Louis westchnął, mówiąc, że bardzo chciałby tam kiedyś jechać i móc zobaczyć kilka rzeczy, a w tym słynny Szekspirowski teatr i chociaż jedną z jego sztuk, najlepiej tą najbardziej znaną. Gdy Harry przyznał, że kilka z nich widział Louis poczuł ukłucie zazdrości, a jednocześnie Harry zaintrygował go jeszcze bardziej. Wychodziło na to, że mają całkiem podobne zainteresowania, dlatego przez następną godzinę ich głównym tematem była sztuka, Szekspir i książki. Później Louis opowiedział Harry’emu całą swoją historię zaczynając od tego, że urodził się w Wielkiej Brytanii, gdzie mieszkał przez kilka lat, a później razem z rodzicami przenieśli się do Francji, do małego miasteczka położonego dziewięćdziesiąt kilometrów od Paryża. To dlatego tak dobrze znał oba języki. Potem jakimś cudem rozmowa potoczyła się jeszcze w innym kierunku i rozmawiali o związkach, a Louis zaczął opowiadać o wszystkim co przeżył.

- Pierwszy chłopak, którego kochałem miał dziewiętnaście lat. Miałem wtedy szesnaście i poznałem go w szkole na próbie przedstawienia. Grali wtedy Poskromienie złośnicy i byłem całkowicie oczarowany tym jak dobrze to wykonali. Ten chłopak zrobił sobie wtedy przerwę i zszedł do mnie. Tak się zaczęło. Był dla mnie miły i codziennie mówił, że mnie kocha, że mu zależy. Po dwóch miesiącach bycia razem powiedział mi, że powinienem mu udowodnić, że go kocham. Nie chciałem, ale powiedział, że ma swoje potrzeby i że nie będzie czekał wiecznie. – westchnął, gdy Harry suwał palcami po jego dłoni – Zrobiliśmy to, a tydzień później mnie zostawił. Bez żadnego słowa. Kolejny był taki sam. Moja mama mówiła, że przyciągam tych najgorszych, do czasu, aż spotkałem Davida. Był przystojny i to on namówił mnie na wyjazd do Paryża. Mówił, że tu jest lepsze życie, a mnie zawsze fascynowało to miasto. Pojechaliśmy tu na studia. Zamieszkaliśmy razem, aż pewnego dnia wróciłem z uczelni, a go nie było. Zostawił mi kartkę. Zdradzał mnie od kilku tygodni i zostawił mnie tu bez niczego. Nie potrafiłem sam się utrzymać. Chciałem skończyć studia, bardzo, ale musiałem z tego zrezygnować bo bez pracy wylądowałbym na ulicy. Znalazłem prace w barze, ale i szybko zorientowałem się ze nie wyrabiam. Nie potrafiłem się utrzymać, Paryż nie jest tani. – westchnął, czując jak jego głos zaczyna drżeć. Harry nie przerywał mu, ale chwycił mocniej jego dłoń, a Louis kontynuował – Tam poznałem Liama, który powiedział ze jego przyjaciel szuka współlokatora. Niall okazał się być uroczym i bardzo przyjaznym chłopakiem. Do dzisiaj z nim mieszkam, przyjaźnimy się. Zazdrościłem mu że sobie radzi finansowo, gdy mnie ledwo było stać na cokolwiek. Powiedział, że może mi pokazać czym się zajmuje i gdy z nim poszedłem byłem w szoku. Chciałem stamtąd wybiec, ale wpadłem na Nicka, który mnie zatrzymał i zaczął uspokajać. Zrobił mi prawdziwe pranie mózgu. Powiedział, że byłbym zwykłym chłopakiem do towarzystwa i że nigdy nie będę musiał robić czegoś czego nie chcę. Nie wiedziałem, że chodziło o prostytucję, cały czas mówił tylko o rozmowach z klientami i spędzaniem z nimi czasu. Zgodziłem się i już pierwszy z nich pokazał mi jak bardzo się myliłem. Potraktował mnie jak rzecz. Płakałem całą noc. Potem się przyzwyczaiłem.

Harry patrzył na niego przez chwilę nic nie mówiąc i gładząc opuszkami palców jego rękę.

- Zasługujesz na coś lepszego. – powiedział w końcu.

- To nie jest tak, że marzyłem o tym od zawsze. Tak po prostu wyszło. – westchnął Louis, spuszczając na chwilę wzrok na tatuaże na klatce piersiowej Harry’ego – Uwierz mi, że można się przyzwyczaić, do wszystkiego. Ale najgorsze jest to, że ludzie traktują cię jak śmiecia i w końcu zaczynasz w to wierzyć. Że jesteś zwykłym, nic nie wartym karaluchem, który stoczył się tak bardzo, że teraz można go rozdeptać bo odrobina upokorzenia i tak mu nie zaszkodzi. – mruknął, znów przyglądając się jego tatuażom.

- Rzuć to wszystko. – szepnął nagle Harry, chociaż obydwoje wiedzieli jaka będzie odpowiedź.

- Nie mogę. Podpisałem umowę, jestem własnością Nicka.

- Umowy można zerwać.

- Tych niepisanych nie można. – dodał bardziej do siebie. Nie mógł odejść, od Nicka się nie odchodziło.

Harry westchnął.

- Wszystko można zostawić jeśli się tego bardzo chce. Pomógłbym ci.

- Nie możesz mi pomóc.

- Wiesz, że mogę. – powiedział, a Louis zamilkł. Harry patrzył na niego, chociaż on sam już dawno uciekł wzrokiem – Czego się boisz? – szepnął podnosząc mu twarz – Nie zostawiłbym cię.

- Proszę przestań.

- Dlaczego? Louis ja…

- Harry proszę.

- Chcę cię pocałować.

- Nie całuję się z…

- Nie jako twój klient. – szepnął, dotykając jego policzka i patrząc mu w oczy – Ty też tego chcesz. – dodał przysuwając się. Jego oczy błagały o pozwolenie – Nie uciekaj ode mnie.

- Harry n-nie. – wyszeptał Louis, gdy ich usta były zaledwie kilka centymetrów od siebie. Nie odsunął się jednak, dlatego chwilę później ich wargi spotkały się ze sobą.

Harry całował go bardzo delikatnie, jakby był najważniejszą istotą na całej ziemi. Jego wargi delikatnie obejmowały i zasysały wargi Louisa, niemo prosząc o pozwolenie na dalszy ruch. Louis zamknął oczy, a Harry czuł na swojej klatce piersiowej jego drżącą dłoń. Wsunął rękę na jego kark i powoli obrócił ich tak, że był teraz nad nim. Odsunął się na dwa centymetry, tylko po to by spojrzeć w teraz zagubione, niebieskie oczy, a potem znów zacząć go całować. Szatyn niepewnie i powoli odwzajemnił pocałunek, czując jak jego serce mocno bije w klatce piersiowej i nie protestował, gdy język Harry’ego rozchylił jego wargi i wdarł się do jego ust. Przesunął palcami po tyle głowy Harry’ego i zamknął oczy, gdy jego ciepłe wargi zaczęły muskać jego szczękę, a potem szyję i obojczyki. Tak delikatnie i czule, że całe jego ciało drżało.

Dłoń Harry’ego przesunęła się po jego żebrach na biodro i udo, gdy całował jego brzuch. Gdy Louis jęknął cicho usta Harry’ego znów spotkały się razem z jego i znów złożyły na jego szczęce kilka pocałunków. Harry podniósł się, a potem oparł na łokciu, tak, że teraz leżał całkiem na nim. Ich erekcje ocierały się o siebie, a Louis zaczął oddychać trzy razy szybciej, gdy Harry podniósł jego biodra do góry, sięgnął po prezerwatywę i lubrykant, a potem powoli w niego wszedł i również powoli zaczął się w nim poruszać. Louis przesunął dłońmi wzdłuż jego pleców wyginając się tak, by Harry mógł zagłębić się w nim jeszcze bardziej i mruczał cicho z przyjemności jaka zawładnęła całym jego ciałem. Ich ciała idealnie do siebie pasowały, a ruchy były idealnie zsynchronizowane, tak jakby znali siebie na pamięć. Harry zawsze obchodził się z nim delikatnie, ale tym razem był jeszcze bardziej delikatny niż zwykle. Wszystko co robił było wolne, doprowadzające Louisa do szaleństwa i do tego, że miał ochotę błagać o więcej. Gdy dochodzili Louis pisnął w ucho Harry’ego jego imię, a po wszystkim pozwolił by ten namiętnie go pocałował.

Obudził się wcześnie rano, gdy Harry jeszcze spał. Nie mógł uwierzyć w to co się stało. Patrzył na jego twarz, która była pogrążona we śnie i opuszkami dotykał swoich ust. Naprawdę pozwolił mu się pocałować. Miał ochotę płakać bo wszystko co sobie obiecywał legło w końcu w gruzach.

Zakochał się.

Najciszej jak potrafił wyszedł z łóżka, a potem ubrał na siebie bokserki, zebrał z ziemi ubranie i wyszedł do salonu by się ubrać. Musiało być bardzo wcześnie bo nigdzie nie było nawet Daniela. Ubrał się, zabrał swoje rzeczy i po prostu wyszedł.

Długi spacer o szóstej rano okazał się dla niego najlepszym lekarstwem bo mimo tego, że był rozerwany na kawałki nie płakał. Nie wiedział co myśleć, po prostu był. Kupił kawę i usiadł na ławce w parku, zastanawiając się co ma robić. Został zraniony już tyle razy, że nie wiedział czy będzie w stanie znieść kolejne złamanie. Bał się bo wiedział, że Harry to przecież tylko jego klient. Klient, który zabrał go do Disneylandu i klient, który całował go w usta. Może rzeczywiście powinien spróbować? Dać kolejną szansę? I być może znów pozwolić by ktoś złamał jego serce?

Harry tego nie zrobi, podpowiedziała mu podświadomość i… uwierzył jej.

*

- Ktoś tutaj ma dzisiaj wyjątkowo dobry humor. – zachichotał Josh, gdy siedział z nim i Niallem w kuchni, w kamienicy, w której pracowali – Czyżby szanowny pan Styles znów zadzwonił? – zapytał, a widząc rumieńce na twarzy Louisa dostał swoją odpowiedź – Farciarz. Też bym chciał rozkochać w sobie kogoś takiego jak on. Dzwoni po ciebie prawie codziennie, przez co nie musisz spotykać się z tymi starymi zbokami z głupimi fantazjami, a do tego nie zawsze się pieprzycie. Może ma brata bliźniaka?

- Nie ma. – zaśmiał się Louis kręcąc głową.

- Nasz mały Lou się rumieni. – zanucił Niall, siadając na blacie i odpalając papierosa – Tutaj słyszę jak twoje serce wali. – uśmiechnął się – Cieszę się, to może być twoja szansa by się z tego wszystkiego wydostać.

- Dobrze wiesz, że nie…

- Oczywiście, że możesz. I nie szukaj powodów by tu zostać bo nic cię tu nie trzyma. Każdy z nas chciałby się stąd wyrwać, myślisz, że będziemy tu pracować – powiedział biorąc to słowo w cudzysłów z palców – do końca życia? Lou, Styles to twoje koło ratunkowe, jest dla ciebie miły, widać, że mu zależy bo nikt normalny nie zamówiłby, przepraszam, dziwki na całą noc i oglądał z nią filmów czy układał puzzle. Ty też go kochasz i nie próbuj nawet mówić, że jest inaczej.

- Dokładnie. – wtrącił Josh – Bierze cię prawie codziennie, na całą noc i pół dnia, byleby tylko inni cię nie dotykali. To przecież widać, że się w tobie zakochał. Niall ma rację Lou.

- Cholera, wziął cię nawet na romantyczną kolację, całował cię w usta Louis… nie odrzucaj swojej szansy. Kochasz go i nie ukrywaj tego. – dodał Aiden – Marzę o tym, by i mnie takie coś spotkało. – westchnął, podając Joshowi papierosa – Idę bo w dwójce czeka na mnie ten obleśny grubas. Pieprzony polityk. Gdyby w rządzie wiedzieli, że lubi jak się do jego penisa mówi maluszku…

Wyszedł, zamykając za sobą drzwi, a Louis zaczął chichotać. Po kilku minutach i Josh wyszedł, dodając, że on spędza dziś wieczór z tym śmierdzącym wojskowym i Louis zamyślił się. Westchnął, rozglądając się po nowoczesnym wnętrzu i parsknął śmiechem. To wszystko było zrobione za pieniądze, które oni zarobili, a on sam mieszkał z Niallem w prawdziwej dziurze. Nie dostawali nawet połowy tego co zarobili bo Nick zgarniał prawie wszystko. Ile można się na to godzić?

Pociągnął łyk herbaty i uśmiechnął się bo doszedł do wniosku, że jest gotowy na to by z tym skończyć. I jeśli Harry chce mu w tym pomóc, jeśli rzeczywiście się dla niego liczy i jest dla niego kimś ważnym to pozwoli mu na to. Pozwoli sobie być szczęśliwym.

Drogę do apartamentu Harry’ego przeszedł pieszo, mimo, że zajęło mu to prawie godzinę. Chciał jeszcze raz nad wszystkim się zastanowić, być pewien, że nie zmieni zdania w ostatniej chwili, ale naprawdę nie zamierzał go zmieniać. Wiedział czego chce. Drzwi jak zawsze otworzył mu Daniel, ale tym razem od razu pożegnał się i wyszedł. Louis ruszył do sypialni czując jak jego serce tak jak zawsze zaczyna przyspieszać. Przeszedł przez próg i zobaczył plecy Harry’ego wyglądającego przez okno i opierającego się o szafkę dokładnie tak jak wtedy, gdy zobaczył go po raz pierwszy. Tyle, że tym razem trzymał w ręce papierosa, a obok jego ręki stała szklanka z jakimś drogim alkoholem.

- Harry? – zapytał cicho Louis, robiąc kilka kroków i zatrzymując się na środku pokoju.

Brunet odwrócił się, a Louis poczuł się jakby spadał, gdy zobaczył jak wygląda. W jego oczach dostrzegł smutek, który chował się za złością, tylko kompletnie nie rozumiał dlaczego. Cały czas patrząc w oczy Louisa jednym ruchem ręki przechylił szklankę i wypił całą jej zawartość, a potem mocno odstawił ją na parapet i ruszył w jego kierunku. Louis wciągnął głośno powietrze, gdy chwycił go za ramię i popchnął twarzą na ścianę, do której później go docisnął.

- Pan Styles. – warknął mu nad uchem, rozpinając spodnie, które później wylądowały na ziemi razem z bokserkami. Po tym szarpnął nim mocno, przez co Louis uderzył wargą w ścianę, omal nie wybijając sobie zębów.

Harry pociągnął go na łóżko, na które popchnął go na brzuch, a potem po prostu w niego wszedł. Nie był brutalny bo nie bił go i nie robił tego co inni, ale nie był też delikatny. Był po prostu zwykłym, zimnym i nieczułym klientem, który chciał zaspokoić swoją potrzebę, a na tle tego co robili wcześniej wszystko wydawało się być jeszcze gorsze.

- Byłem naprawdę taki głupi. – wysyczał, dotykając wargami jego ucha – Jak mogłem myśleć, że komuś takiemu jak ty może zależeć na czymś innym niż moich pieniądzach. – warknął, szarpiąc jego włosy tak, by twarz Louisa leżała na jednym policzku na pościeli – Dobrze się bawiłeś? – syknął, wchodząc w niego tak mocno, że Louis jęknął przez zaciśnięte usta – Fajnie jest manipulować kogoś uczuciami, prawda? – ciągnął dalej w ucho Louisa, patrząc na jego mocno zaciśnięte oczy – Twoja bajeczka o pierwszym razie była naprawdę wspaniała i urzekająca. Zaynowi też ją opowiedziałeś? – zapytał, ale Louis wciąż nie odpowiadał – Nadajesz się tylko do jednego. – rzucił między ostatnimi pchnięciami, aż doszedł.

Wstał, zapinając swoje spodnie, których nawet nie trudził się by zdjąć.

- Ubierz się i wyjdź. – dodał, rzucając mu na ziemię pieniądze, a potem znikając za drzwiami do łazienki.

Louis podniósł się z łóżka, ubrał swoje bokserki, spodnie i buty, a potem pozbierał z ziemi pieniądze i wyszedł. Dopiero, gdy znalazł się przed apartamentem wybuchnął histerycznym płaczem, krztusząc się i nie mogąc złapać oddechu. Płakał tak bardzo, że ludzie, którzy go mijali przyglądali mu się, a nawet odwracali, szepcąc coś do siebie. Szatyn nie był w stanie nawet iść, kompletnie nic nie widział przez łzy, którymi zaszły mu całe oczy. Co chwilę na kogoś wpadał lub kogoś szturchał, dlatego skręcił w jakąś boczną uliczkę i po prostu upadł na kolana obok jakiegoś śmietnika, gdzie trząsł się i mocno szlochał przez kilkanaście długich minut.

Gdy nie miał już siły by płakać, a na zewnątrz zrobiło się chłodno usiadł na kostkach pociągając nosem i potarł wargę, dostrzegając krew na ręce. Musiał rozciąć ją własnymi zębami uderzając o ścianę. Wytarł ją rękawem, tak by nie krwawiła, a potem podniósł się i ruszył w kierunku kamienicy, w której pracował. Jakiś czas później wszedł do środka, czując jak ponownie ogarnia go rozpacz, a gdy znalazł się na schodach z jego oczu znów zaczęły wylewać się łzy i nawet nie próbował tego powstrzymać. Chwycił za klamkę od pokoju Nicka, ale nie było go w środku. Znalazł go w kuchni. Siedział przy stole z chłopakami i popijał kawę, głośno się śmiejąc.

Kiedy tylko przekroczył próg wszystkie oczy zwróciły się w jego stronę i słyszał jak Josh zasysa głośno powietrze, a Niall zamiera, patrząc na jego zaczerwienioną i trochę rozciętą wargę. Rzucił wszystkie pieniądze przed Nicka i pociągnął nosem, ponownie wycierając rękawem wargę.

- Weź wszystko i nigdy więcej mnie do niego nie wysyłaj, r-rozumiesz? – powiedział, zalewając się łzami bo nie panował już nad tym – N-nigdy więcej do niego… n-nie pójdę. – wydyszał łamiącym się głosem, a potem odwrócił się idąc do wyjścia i ledwo widząc na oczy przez łzy.

- Louis – Niall zerwał się na nogi i zanim ten zdążył stamtąd wyjść został złapany i mocno przytulony.

Jego głowa opadła na ramię przyjaciela, a ręce zacisnęły się na jego koszulce i płakał jak dziecko. Po prostu się rozkleił. Niall przejechał dłonią po jego plecach i spojrzał nad jego głową na chłopaków, którzy przyglądali mu się ze smutkiem i niepokojem. Nikt nigdy nie widział Louisa w takim stanie.

- Niall zabierz go do mnie. – powiedział nagle Nick, wstając i ruszając w stronę wyjścia – A wy do pracy. – rzucił, patrząc na resztę i wyszedł.

Blondyn objął Louisa w pasie i pociągnął do biura Nicka. Tam znowu go przytulił, a potem puścił, gdy zobaczył, że Nick wyjmuje apteczkę i wylewa na gazę wodę utlenioną. Louis stał nieruchomo, a po jego policzkach co jakiś czas spływały łzy. Nie protestował, gdy Nick chwycił go za brodę, odwracając jego twarz, a potem przyłożył do jego rozciętej wargi gazę. Najwyraźniej wyglądał gorzej niż myślał. Poczuł pieczenie, a po jego policzkach spłynęła kolejna porcja łez, ale nie ruszył się z miejsca. Nick bez słowa odkaził mu ranę, a później wytarł zaschniętą krew, wyrzucając gazik do kosza. Gdy szatyn pociągnął cicho nosem, blondyn przejechał pocieszająco ręką po jego plecach, a Nick w tym czasie odciął kawałek plastra i zakleił rozcięcie na wardze Louisa. Gdy skończył podszedł do biurka zapalając papierosa i odwrócił się przodem do okna.

- Co się stało? – zapytał, ale Louis milczał – Zmusił cię do czegoś czego nie chciałeś? Nie wiem, używał zabawek, pobił cię czy jeszcze coś innego o czym powinienem wiedzieć? – ciągnął dalej. Niall chwycił dłoń Louisa, a ten pokręcił przecząco głową. Przez chwilę nic nikt nie mówił, aż Nick spojrzał na Nialla, zaciągając się mocno papierosem – Weź go do domu.

*

Cały następny dzień Louis spędził w swoim okropnym pokoju w mieszkaniu. Miał pracować, ale mimo tego co mówił do niego Niall nie wyszedł z łóżka. Dopiero kolejnego dnia rano pojawił się w biurze Nicka.

- Dlaczego cię wczoraj nie było? Musiałem świecić za ciebie oczami.

- Źle się czułem. – odpowiedział cicho, patrząc gdzieś w dół.

- Źle się czułeś. – powtórzył z pogardą Nick – Czekają cię pracowite trzy dni skarbie, może to cię czegoś nauczy.

Tak jak się spodziewał Nick nie liczył się z niczym i postanowił go ukarać. W ciągu trzydziestu jeden godzin nie spał ani minuty. Miał klienta za klientem, a ostatnim z nich okazał się Zayn, który jednym słowem mówiąc po prostu go dobił. I Louis płakał, ale nie do końca był pewien czy to przez Zayna.

Po wszystkim nie miał siły by wyjść po schodach, dlatego osunął się na ziemię na klatce schodowej, w kamienicy w której mieszkał z Niallem. Tam kilka godzin później znalazł go blondyn i zaniósł do ich mieszkania, gdzie położył go na łóżku i przykrył kołdrą.

- Lou? – szepnął, odgarniając mu włosy z czoła. Potrząsnął nim delikatnie chcąc go obudzić.

Szatyn otworzył na sekundę przekrwione oczy.

- Wszystko w porządku Niall. Zawsze wszystko jest w porządku. – powiedział słabo, a potem zamknął oczy i zapadł w sen.

Nick go nie oszczędzał. Pracował codziennie po kilkanaście godzin, tak, że mógł spać jedynie przez cztery. Cały kolejny tydzień był dla niego okropnie wyczerpujący i Louis czuł, że powoli ucieka z niego życie. Wszystko stało się szarą rutyną, a on czuł, że całkowicie się wyłączył, że działa jak robot, jak jakaś zabawka do seksu.

- W piątek idziesz do Stylesa. – powiedział któregoś dnia Nick, a Louis poczuł, że jego wnętrzności wykręcają się na wszystkie strony.

- Nie pójdę tam Nick. – odpowiedział cicho, patrząc mu w oczy.

- Pójdziesz. To twoja praca i masz robić co ci każę.

- Proszę nie. – szepnął bezradnie, czując, że oczy zachodzą mu łzami – Nie do niego Nick, proszę… proszę cię nie rób mi tego, błagam… Nick proszę…

- Przekonaj mnie. – usłyszał i już wiedział, że ma tylko jedno wyjście.

Stał chwilę nieruchomo, z załzawionymi oczami, aż odwrócił się i zamknął drzwi na klucz, a na twarzy Nicka pojawił się kpiący uśmiech, gdy podszedł do niego i klęknął między jego nogami. Drżącymi dłońmi rozpiął mu pasek a później zsunął spodnie i bokserki, biorąc do rąk jego penisa, którego zaczął dotykać.

- Na biurko. – rozkazał Nick, więc Louis zrobił co chciał, a jego szef rozpiął mu spodnie, które razem z bokserkami zsunął w dół. Potem uśmiechnął się triumfalnie, dotykając jego pośladki.

- Wiedziałem, że wcześniej czy później to dostanę. – powiedział, powoli wchodząc w niego bez uprzedzenia – Po co się tak zapierałeś, hm? – zaśmiał się poruszając się w nim i trzymając go za biodra – Zapamiętaj jedno Louis, bez względu na to do kogo cię wyślę zawsze będziesz moją dziwką. Należysz do mnie i to się nigdy nie zmieni bo z tej drogi się nie schodzi, pamiętaj o tym.

Te słowa Louis rozpamiętywał przez następne dwa dni. Myślał o nich, gdy uprawiał seks, gdy zasypiał, jadł, czy się budził. Nie mógł wyrzucić ich z głowy, aż pewnego dnia przypomniał sobie o tym co powiedział mu Harry.

Wszystko można zostawić jeśli się tego bardzo chce.

Z tą myślą w głowie spakował swoją torbę i tego samego dnia poprosił Nialla o pieniądze. Spodziewał się, że chłopak zacznie go przekonywać by tego nie robił, mówić, że Nick go znajdzie i że pożałuje, ale on po prostu wyjął z portfela wszystkie pieniądze jakie miał i mu je dał.

- Będzie mi ciebie brakowało. – powiedział, a Louis poczuł jak ściska mu się serce. Pokiwał głową i przytulił go, a gdy się odsunął blondyn zapytał dokąd się wybiera.

- Myślę, że bezpieczniej będzie jeśli ci tego nie powiem. – mruknął, a Niall pokiwał głową. Pierwsze co zrobiłby Nick gdyby się dowiedział, że Louis uciekł przyjdzie właśnie do niego. Zacząłby go pytać, a wtedy Niall na pewno by mu powiedział.

- Masz rację. – przytaknął – Kiedy jedziesz? – zapytał, przyglądając mu się ze zmartwieniem. Louis uśmiechnął się blado, by jego przyjaciel nie myślał, że to koniec świata, choć tak naprawdę to był koniec świata.

- Mam pociąg, dzisiaj o 23. – szepnął.

- Lou…

- Słucham?

- Nick wysyła mnie dzisiaj do Harry’ego zamiast ciebie. Chcesz żebym mu coś powiedział?

Że go kocham, pomyślał Louis, ale nie powiedział tego głośno. Pokręcił głową, a Niall przytaknął, przytulił go jeszcze raz i wyszedł, mówiąc, że Nick chciał by był wcześniej, ale szatyn wiedział, że tak naprawdę nie chce się z nim żegnać. Niall nie lubił pożegnań i on zresztą też, dlatego go rozumiał.

Louis westchnął, a później wyszedł by móc pożegnać się z pięknym Paryżem, do którego tak bardzo chciał kiedyś przyjechać. Wstąpił do kawiarni, do której zawsze chodził i do księgarni, w której czytał książki, później zrobił kilka rundek na polu marsowym, aż wieczorem wrócił do mieszkania, by wziąć torbę i pojechać na dworzec.

Tak jak umówił się z Niallem, wrzucił swoje klucze do starej skrzynki na listy, a potem po raz ostatni przeszedł przez próg okropnego budynku i nawet się nie odwrócił by spojrzeć na niego po raz ostatni. Pół godziny później stał na dworcu, gdzie czekał na swój pociąg prosto do Londynu, przez kanał la Manche.

Piętnaście minut przed odjazdem poczuł jak łzy napływają mu do oczu. Myślał o Harrym i choć nie wiedział co zrobił źle, nie miał mu za złe tego co się stało. Wręcz przeciwnie, był mu wdzięczny bo gdyby nie on nigdy nie ruszyłby do przodu. To dzięki niemu siedział teraz tutaj i jechał do kraju, który tak bardzo chciał zobaczyć bo chociaż urodził się w Anglii tak nigdy nic w niej nie zobaczył. Czuł, że może uda mu się zacząć od nowa. Przynajmniej spróbuje. Miał nadzieję, że uda mu się znaleźć jakąkolwiek pracę, jak nie w Londynie, to gdzieś na uboczu, w jakimś małym miasteczku lub wsi, a później może uda mu się odłożyć jakieś pieniądze na to, by móc zobaczyć jedną ze sztuk Szekspira.

Pięć minut przed odjazdem ogłoszony został komunikat, że pociąg zostanie opóźniony o dziesięć minut i Louis zaczął się denerwować, a jego myśli znów zaczęły mieszać mu w głowie. Na co miał nadzieję? Że będzie jak w filmach i że Harry przybiegnie i w ostatniej chwili powstrzyma go przed odjazdem? To przecież śmieszne.

Pociąg przyjechał i ludzie zaczęli wchodzić do środka. Louis poczuł jak samotna łza spływa mu po twarzy, chociaż wcale nie płakał, nie chciał płakać. Spojrzał na książkę z sonetami, którą trzymał w ręce i na tekst, który przed chwilą przeczytał. Łza spłynęła mu wzdłuż twarzy i skapnęła na żółty papier, a wtedy Louis wyrwał kartkę, zostawiając ją na krześle, a następnie zabrał swoją torbę i wsiadł do pociągu. Dziesięć minut później był już daleko.

*

I oto był. Londyn. Stolica Anglii, największe miasto w całej europie, pełne możliwości i nowych przygód. To tutaj ludzie żyli dwa razy szybciej, to tutaj lewostronny ruch wybijał turystów z rytmu i to tutaj ulice przepełnione były czerwonymi, piętrowymi autobusami, a czerwone budki telefoniczne czy czarne taksówki były symbolami miasta.

Louis wziął głęboki oddech i rozejrzał się, wychodząc z dworca. Naprawdę mu się udało, naprawdę tu był, tylko… co teraz? Wiedział, że musiał znaleźć jakiś nocleg, najlepiej najtańszy, byle nie marnować pieniędzy, które mu zostały, ale czy uda mu się coś takiego znaleźć? To przecież słynny, drogi Londyn. Idąc sam nie wiedząc gdzie, zatrzymał się w co najmniej pięciu księgarniach. Serce mu pękało, gdy widział książki, które tak bardzo chciał mieć. Mimo wszystko nie mógł sobie na nie pozwolić. Nie mógł sobie pozwolić kompletnie na nic, dopóki nie znajdzie jakiejkolwiek, nawet gównianej pracy i taniego hotelu.

Gdy szedł, kilka osób uśmiechnęło się do niego, witając go wesoło lub pytając co słychać i nawet nie czekając na odpowiedź. Na początku szatyn nie wiedział o co chodzi, a nawet było mu przykro bo odniósł wrażenie, że wszyscy po prostu wiedzą czym się zajmował, że ma to wypisane na twarzy. Dopiero później przypomniał sobie co słyszał o ludziach tutaj żyjących i odrobinę wyluzował. Tutaj po prostu była inna mentalność. Ludzie byli życzliwi i pomocni i było to całkiem normalne. Nikt nie myślał o podrywie, gdy pytał się w sklepie o plany na resztę dnia. To była zwykła uprzejmość, dlatego Louisowi udało się wyrzucić głupie myśli z głowy i uspokoił się.

Nie udało mu się jednak znaleźć miejsca do spania.

Szukał niemal wszędzie, naprawdę. Nawet zapytał kilka osób o tani nocleg, ale gdy dotarł na miejsce okazało się, że nie ma nic wolnego. To samo z miejscem pracy. Odwiedził kilka sklepów, a nawet jakieś biuro, które od początku wydawało mu się podejrzane, ale bez skutków. Nic nie znalazł i szczerze mówiąc nikt go nie chciał – nie miał w końcu żadnego doświadczenia. Bo przecież nie wpisał w cv, że w ciągu ostatniego roku był ekskluzywną paryską prostytutką. To wszystko nie zapowiadało się dobrze, a gdy zrobiło się już późno, a on odrobinę zmarzł, poczuł jak łzy napływają mu do oczu. Co on sobie myślał? Że tak po prostu tutaj przyjedzie i wszystkie drzwi będą przed nim otwarte? Pomylił się.

W ostateczności zdecydował się wejść do piętrowej kawiarni, przy dość ruchliwej ulicy i zamówić herbatę. Nie miał nawet telefonu, nic. Jedynie torbę z ubraniami i trochę pieniędzy. Usiadł na piętrze, przy oknie, znajdując stolik, który oddzielony był od reszty pomieszczenia rzędem drzewek w doniczkach. Jego ręce trzęsły się tak bardzo, że nie był w stanie podnieść kubka, ale nie było to wcale spowodowane zimnem. Oparł łokieć lewej ręki o stół i zasłonił oczy, pozwalając sobie uronić kilka łez. Gdy mu przeszło, a kawiarnia powoli zaczęła pustoszeć wyszedł. Nie miał gdzie iść. W nocy nawet większość parków była zamykana.

Usiadł na murku przy Tamizie i obserwował mosty, które były oświetlone tak ładnie jak i w Paryżu. Postanowił, że wyda trochę więcej pieniędzy i pójdzie do hotelu – nie chciał przecież spać na ulicy. Rano wymyśli co dalej. Tak zrobił i choć nie wyspał się za dobrze to wstał wypoczęty, z lepszym humorem i lepszym nastawieniem. Chodził po wszystkich mniej ruchliwych uliczkach i pytał o pracę, mówiąc, że jest w stanie pracować nawet za połowę pensji, byle by wystarczyło mu na opłacenie jakiegoś mieszkania. Znowu nic nie znalazł, ale nie załamywał się. Poszedł coś zjeść, a później przypadkiem trafił na antykwariat, do którego postanowił wstąpić i poczytać i wyszło na to, że zagadał się ze starą właścicielką. Była kochana i tak dobrze im się gadało, że ani się obejrzał, a minęło całe czterdzieści minut. Rozmawiałby z nią dalej bardzo chętnie, ale powiedział, że musi szukać pracy i wtedy stał się cud bo staruszka powiedziała, że od dawna szuka kogoś do pomocy i że jeśli tylko chce to chętnie go przyjmie.

- Naprawdę? – zapytał w szoku. Nie wiedział czy może się już cieszyć i skakać z radości, czy jeszcze nie, ale gdy kobieta potwierdziła, na jego twarzy pojawił się najszerszy na świecie uśmiech i zaczął jej dziękować, mówiąc, że się na nim nigdy nie zawiedzie.

Staruszka, która przedstawiła się jako Elizabeth poprawiła na twarzy okulary i odwzajemniła uśmiech, mówiąc mu, że również bardzo się cieszy i że jeśli szuka również miejsca do spania to może mu wynająć mały pokój. Co miał zrobić? Zgodził się, czując, że to jeden z najlepszych dni jego życia. Cieszył się, że mu się udało.

Dni miały, a on każdego dnia wstawał uśmiechnięty, chociaż wieczorami, przed snem, za każdym razem mocno płakał. Nie panował nad tym, za dużo się wcześniej wydarzyło a poza tym odczuwał w sercu ogromną pustkę i brakowało mu czegoś. Mimo wszystko wiedział, że sobie jakoś poradzi. Po prostu przysiągł sobie, że już nigdy nie dopuści nikogo do swojego serca. Będzie sam. Do końca życia bo najwyraźniej na nic innego nie zasługuje.

Gdy po miesiącu zarobił swoje pierwsze pieniądze nie mógł uwierzyć, że jest tego tak dużo. Wystarczyło mu na kupienie sobie nowych butów, kupieniu małego prezentu dla pani Elizabeth, a nawet na jego wymarzony bilet do teatru na sztukę, którą marzył, by zobaczyć.

Miał ochotę piszczeć z radości, gdy stał przed wielkim teatrem w samym centrum Londynu, a później jeszcze bardziej, gdy siedział na swoim miejscu i wszystko zaczęło się słynnymi słowami Być albo nie być. Cała sztuka, tak jak się spodziewał była długa i bardzo piękna. Aktorzy odgrywali swoje role niesamowicie dobrze i byli idealnie dobrani. Louis nie mógł w to uwierzyć i mimo tego, że znał treść bo czytał Hamleta już kilkakrotnie, a wszystko kończyło się dobrze to po policzkach popłynęły mu łzy. Płakał i nawet nie mógł tego ukryć.

- Dziękuję. – powiedział, gdy ktoś obok podsunął mu chusteczkę. Chwycił ją do ręki i szybko wytarł z policzków łzy, mając nadzieję, ze nikt więcej tego nie widział. Czuł się głupio i przeklinał w myślach to, że na wszystkim musi płakać.

- Nie ma za co. – usłyszał znajomy głos, który od razu rozpoznał i zamarł, patrząc na swoje kolana, z twarzą zakrytą włosami. Powoli podniósł głowę i chwilę później jego oczy spotkały się z zielonymi tęczówkami Harry’ego Stylesa.

- Harry? – wyszeptał ochryple, zapominając, że przecież na końcu chciał, by zwracał się do niego „pan Styles” – Co tutaj robisz, jak? – zapytał, nie spuszczając z niego wzroku. Nie zamierzał się z nim kłócić, ani być niemiły, mimo tego, że ten go zranił. To nie było w jego naturze, a on sam miał już naprawdę dość. Wciągnął powietrze bo przez chwilę nie oddychał i dopiero po kilku sekundach uświadomił sobie jak szybko jego serce zaczęło bić. Wciąż go kochał.

- Louis. – zaczął, a jego głos zabrzmiał odrobinę inaczej niż zwykle – Porozmawiamy? – zapytał, gdy ludzie zaczęli wstawać i ruszać w kierunku wyjścia. Szatyn siedział jeszcze przez chwilę, patrząc mu w oczy, aż kiwnął krótko głową.

Godzinę później powoli szli przez The Regent’s park, rozmawiając o przedstawieniu, które zrobiło na Louisie ogromne wrażenie. Nie było niezręcznie, wręcz przeciwnie, przyjemnie im się rozmawiało, aż temat w końcu się wyczerpał i Harry zatrzymał się, odwracając do siebie Louisa, który spojrzał na niego smutno. Wiedział, że to jest ten moment, w którym coś się wydarzy. Nie wiedział tylko co.

- Przepraszam. – powiedział wyższy, patrząc mu prosto w oczy i wciąż trzymając go za łokieć. Szatyn pokiwał głową nie chcąc tego przeciągać.

- W porządku. – odpowiedział, naprawdę nie mając mu niczego za złe. Harry westchnął cicho.

- Skrzywdziłem cię.

- Wiem, ale to nie ma już znaczenia Harry. Przyjmuję przeprosiny, nie musisz czuć się winny. – mruknął i zamrugał, gdy Harry zaczął kręcić przecząco głową.

- Nie Louis, nie. To właśnie ma znaczenie. Cały czas, wiesz? To cały czas ma znaczenie.

- Dlaczego? – szatyn zmarszczył brwi, nic z tego nie rozumiejąc. Przecież naprawdę o nic go nie obwiniał.

- Bo cię kocham. – usłyszał smutny głos Harry’go. Patrzył na niego i nie był w stanie nic powiedzieć, mimo tego, że wiedział, że Harry na to czeka – Louis. – szepnął, przejeżdżając dłonią po jego ramieniu, aż do dłoni – Przepraszam za to co zrobiłem, za to jak cię potraktowałem, nie powinienem, ja… Spotkałem się z Zaynem i powiedział mi kilka głupich rzeczy, w które uwierzyłem, powinienem o tym z tobą porozmawiać, tak mi przykro. – westchnął, robiąc długą przerwę. Louis wciąż na niego patrzył – W dzień twojego wyjazdu zamiast ciebie przyszedł do mnie twój przyjaciel, Niall. Zanim zdążyłem powiedzieć mu, że nie zamierzam nic z nim robić zaatakował mnie i przez tydzień miałem fioletowe oko. Nie wiem jak ktoś tak drobny jak on mógł zrobić coś takiego, ale pozostawię to bez odpowiedzi. – dodał z cichym westchnięciem, a kącik ust szatyna uniósł się delikatnie do góry – Walnął mnie, a później wykrzyczał mi parę rzeczy w twarz, które dały mi naprawdę dużo do myślenia. Zapytałem gdzie jesteś, a on powiedział, że o dwudziestej trzeciej masz pociąg i że nie wie nawet dokąd. Była dwudziesta druga czterdzieści coś, a ja poleciałem tam jak szalony. Nie zdążyłem, ale na ławce znalazłem to. – powiedział, wyciągając z kieszeni kartkę z osiemnastym sonetem, którą Louis wyrwał z książki. Kartka w kilku miejscach miała ciemniejszy kolor i każdy mógł się domyśleć, że to stare ślady łez, ewentualnie deszczu – Postanowiłem cię szukać i jak widzisz trwało to miesiąc.

- Skąd wiedziałeś gdzie będę?

- Nie wiedziałem. Po prostu czułem, że pojechałeś do Londynu, mówiłeś mi, że chciałbyś go kiedyś zwiedzić. – powiedział Harry, w dalszym ciągu trzymając jego dłoń i delikatnie dotykając ją swoimi palcami.

- A skąd wiedziałeś, że będę dzisiaj w teatrze?

- Byłem przekonany, że wcześniej czy później do któregoś z nich pójdziesz. W każdym z nich, w których grywają sztuki Szekspira zapłaciłem, by dali mi znać i zarezerwowali miejsce obok, gdy tylko ktoś wykupi bilet na twoje nazwisko na jakąś jego sztukę. – wyjaśnił i Louis miał ochotę się roześmiać. Sam nigdy nie wpadłby na cś podobnego. Spuścił głowę na swoje buty, a po kilku sekundach znów ją podniósł, patrząc na Harry’ego.

- Jesteś lepszy niż myślałem. – uśmiechnął się, a Harry znowu westchnął.

- Tęskniłem za tobą każdego dnia. – powiedział – Kocham cię. – wzrok Harry’ego był poważny, a głos niepewny. Zamilkł, czekając, aż Louis coś powie.

Szatyn patrzył mu w oczy i ruszył swoim palcem, w ręce, którą Harry wciąż dotykał.

- Ja też za tobą tęskniłem Harry. Każdego dnia. – odezwał się w końcu, ale Harry wciąż milczał. Szatyn uśmiechnął się, patrząc mu w oczy – I też cię kocham. Cały czas cię kochałem. – dodał co wywołało na twarzy Harry’ego ogromny uśmiech.

Harry zrobił krok do przodu i przyciągnął do siebie drobniejsze ciało Louisa, przytulając go mocno do siebie, a Louis objął go w pasie, oddychając jego zapachem, którego tak bardzo, bardzo mu brakowało.

- Chce być z tobą Louis. – usłyszał nad sobą i pokiwał głową w klatkę piersiową Harry’ego – I chcę żebyś ty był ze mną i… proszę cię bądź, a już nigdy więcej cię nie zranię.

- Będę. – odpowiedział, po raz kolejny kiwając głową i czując jak szczęście zalewa jego ciało.

Harry odsunął głowę do tyłu i pocałował go w czoło, a później jeszcze raz przytulił i stali tak przez kilka minut, aż odsunęli się i wyższy wyciągnął w jego kierunku dłoń.

- Więc… udało ci się już zwiedzić Londyn? – zapytał, gdy Louis ją chwycił. Szatyn pokręcił przecząco głową, mówiąc, że czasami spacerował jedynie wzdłuż Tamizy – A od czego chciałbyś zacząć?

- A co proponujesz? – uśmiechnął się.

- Może na początek romantyczną przejażdżkę London Eye?

- Brzmi całkiem romantycznie. – powiedział Louis, a Harry ścisnął wesoło jego rękę i chwilę później ruszyli razem przez park. Szczęśliwi.

Sonnet XVIII

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz