niedziela, 5 stycznia 2014

16

Louis nie zamierzał opuszczać więcej lekcji. Naprawdę chciał móc skończyć ten rok i czuł, że jeśli się przyłoży uda mu się to zrobić. Dlatego już następnego dnia ubrał się i zszedł rano na dół, gotowy do wyjścia. Zdziwiona Lindsay nie mogła w to wszystko uwierzyć. Cieszyła się widząc jak siada na podłodze, wciąga na stopy swoje czarne trampki, zakłada szarą czapkę, poprawia okulary i chwilę później czeka na nią opierając się o framugę drzwi.

- Zaskakujesz mnie każdego dnia. – powiedziała z uśmiechem patrząc w niebieskie tęczówki – Jadłeś coś skarbie?

- Mhm. – mruknął wesoło – Jedziemy już?

- Co ci się tak spieszy do tej szkoły. – zaśmiała się, a chwilę później zatrzymała się w pół kroku i odwróciła z powrotem do niego - No tak, jak mogłam wcześniej o tym nie pomyśleć. Harry.

- Słucham? – zmieszał się i lekko zarumienił, a Lindsay od razu się rozpromieniła. Trafiła w dziesiątkę.

- Harry, Harry, Harry. – pokręciła głową i chwyciła ze stołu swoją torebkę i klucze – Cieszę się, że go masz.

- Chwila, on nie jest mój. – zaprotestował szatyn, a w myślach westchnął bo niemiałby naprawdę nic przeciwko, gdyby było inaczej.

- Ale jego serce jest twoje. – mruknęła przechodząc obok, a Louis stał przez chwilę znieruchomiały, aż odwrócił się i wyszedł za nią bez słowa.

Jechali rozmawiając przez całą drogę do szkoły, na co Lindsay nie mogła przestać się uśmiechać. Pierwszy raz od bardzo, bardzo dawna była tak bardzo szczęśliwa. Louis w końcu sobie poradził, w końcu był sobą. Tym kochanym, wygadanym i zabawnym chłopakiem.

- Skarbie, pamiętasz o tym, że dzisiaj jest ta rozprawa? – zagadnęła ostrożnie, gdy zatrzymała się na parkingu, a on już miał wychodzić z samochodu. Spojrzał na nią.

- Tak, tak pamiętam. – uśmiechnął się słabo, a widząc jej zmartwione i zatroskane spojrzenie dodał – Wszystko w porządku, przysięgam. Nie masz się o co martwić. Będzie ciężko, ale dam sobie radę. Obiecuję.

- Oj… skarbie, wiem, że sobie dasz radę. Tak się cieszę, że wszystko z tobą w porządku. Kocham cię.

- Ja też cię kocham ciociu. – powiedział z pogodnym uśmiechem, a jego serce zabiło mocniej bo nie mógł uwierzyć, że jest w stanie być jeszcze szczęśliwy.

*

- Co to jest? – zapytał Louis podnosząc brwi, gdy dosiadła się do niego Eleanor i wyciągnęła w jego stronę paczkę chusteczek. Siedział na sali gimnastycznej, na trybunach i patrzył na grę. Sam nie mógł (i nawet nie chciał) brać w tym udziału. Nie chciał żeby inni zobaczyli jego blizny.

- To są mój drogi chusteczki higieniczne. – odpowiedziała wystawiając nogi na krzesełko przed sobą.

Louis przewrócił oczami.

- Do czego mi one potrzebne? – zapytał z rezygnacją, a gdy spojrzał na jej twarz już wiedział do czego zmierza. Chciał coś dodać, ale nie zdążył.

- Ślinisz się.

- Och nie zaczynaj. – pokręcił głową na co dziewczyna zaczęła się śmiać.

- Kiedy ty naprawdę się ślinisz! – parsknęła przenosząc swoje spojrzenie na Harry’ego, który właśnie rozgrzewał się do gry – Spójrz tylko jak ta koszulka układa się na jego ciele, jak spodenki delikatnie opinają mu tyłek, jak…

- Jak ja cię nienawidzę. – mruknął, a na jego twarzy pojawił się uśmiech, gdy zerknął na Harry’ego i zdał sobie sprawę, że rzeczywiście wyglądał kusząco – Jesteś najgorszą osobą na świecie El, wiesz o tym? – zapytał uśmiechając się delikatnie, a ona wzruszyła ramionami.

- A ty jesteś aspołecznym pustelnikiem. I osłem, który kocha go od dawna i to ukrywa. Obaj jesteście do dupy.

- Skąd ty wiesz, że ja go… Chwila, ty coś wiesz? Harry ci coś mówił, prawda? El, powiedz mi!

- Nic ci nie powiem. Cierp sam jak jesteś taki głupi. Na twoim miejscu już dawno bym mu powiedziała co do niego czuję. Obydwoje się kochacie i obydwoje jesteście na tyle głupi by… - urwała widząc otwarte usta swojego przyjaciela i zdała sobie sprawę, że już i tak za dużo powiedziała – Ups. – dodała chichocząc.

Tego dnia Louis nie mógł przestać o tym myśleć. To chodziło mu po głowie przez cały dzień i naprawdę bardzo chciał wiedzieć na czym stoją, ale… najnormalniej w świecie bał się wykonać pierwszy ruch. Próbował, naprawdę próbował kilka razy, ale to nie było łatwe. Po grze zagadnął Harry’ego, w przerwie na lunch lub na jednej z lekcji, gdy usiedli obok siebie. Żadna z tych prób nie skończyła się jednak powodzeniem. W końcu odpuścił. I tak nie miał już czasu na kolejne próby bo musiał się zwolnić z ostatniej lekcji - czekała go ta cała rozprawa. Zadzwonił dzwonek i wszyscy rozeszli się do klas, a on odkładał swoje książki do szafki, gdy obok niego pojawił się Harry.

Louis podniósł na niego wzrok i zamrugał. Przez to, że cały dzień chodziło mu po głowie to co chciał mu powiedzieć zaczął czuć się niezręcznie w jego towarzystwie, jakby chłopak miał odczytać jego myśli. Denerwował się, w jego żołądku coś się przewracało, a ręce lekko drżały. Nie mógł nad tym zapanować. Zmusił się do delikatnego uśmiechu i ledwo był w stanie utrzymać z nim kontakt wzrokowy.

- Dasz sobie radę? – zapytał Harry, lekko zmartwiony i poważniejszy niż zwykle.

- Mhm. – mruknął uśmiechając się i patrząc w zielone tęczówki, które były od niego oddalone o jakieś dziesięć centymetrów. Zrobiło się trochę niezręcznie. Przynajmniej dla Louisa bo Harry wyglądał na dość rozluźnionego. Jak zawsze z resztą.

- No dobrze. – Harry odwzajemnił uśmiech i przechylił lekko głowę na bok uważnie go obserwując.

- Ugh… hm… N-nie powinieneś być na lekcji? – zapytał cicho czując, że płonie.

- Powinienem.

- Och…

Powiedz mu teraz. Teraz, teraz, teraz, pomyśleli obydwoje.

- Wiesz… - zaczęli równocześnie. Louis zarumienił się, a Harry przeczesał swoje włosy i zaśmiał się.

- Mów pierwszy. – powiedział z szerokim uśmiechem i był tak spokojny, że Louis nie mógł tego znieść.

- Nie, ty mów pierwszy. – zmieszał się i natychmiast postanowił się wycofać. Nie da rady. Nie teraz.

- Louis

- Harry

- Louis

- Harry

- Boże… jesteś takim irytującym stworzeniem. – pokręcił głową i roześmiał się, a Louis w tym momencie dostał wiadomość od cioci, że czeka na zewnątrz – Idź. I trzymaj się. – westchnął.

Louis pokiwał głową, pożegnali się zwykłym „to hm, to pa” i nawet zrobił kilka kroków, ale nagle zatrzymał się i odwrócił. Harry wciąż stał w tym samym miejscu.

- Chcęcicośpowiedziećwieczorem. – wyrzucił z siebie, a Harry uśmiechnął się lekko i zrobił kilka kroków w jego stronę – Z-zobaczymy się? – wyjąkał Lou i odetchnął, gdy wyższy kiwnął głową zbliżając się do niego jeszcze bardziej – N-no dobrze. To… to do zobaczenia ee wieczorem? – mruknął nerwowym, wysokim głosem, a gdy Harry znów kiwnął głową odwrócił się i chciał odejść, ale poczuł, że ten łapie go za łokieć i delikatnie okręca znów w swoją stronę.

Wciągnął powietrze oszołomiony zielenią jego tęczówek i zanim zdążył cokolwiek powiedzieć Harry przyciągnął go do siebie i złączył ich wargi w małym pocałunku. Louis po raz kolejny chciał wciągnąć powietrze, ale wyszło na to, że rozchylił usta i pozwolił, by język Harry’ego spotkał się razem z jego. Oddał się tej przyjemnej chwili i przez chwilę zapomniał o otaczającym go świecie. Usta Harry’ego były takie miękkie i ciepłe, że ich dotyk wywoływał u niego motylki w brzuchu, a pocałunek miał w sobie coś innego niż zwykle. Był jakby obietnicą i w tym momencie obydwoje to czuli.

Gdy pocałunek dobiegał końca Louis powoli opuścił się na stopach w dół. Otworzył oczy, których nie pamiętał by zamykał i przez chwilę patrzyli sobie w oczy. Harry przejechał po jego policzku zewnętrzną stroną palca wskazującego.

- Do zobaczenia. – mruknął niskim tonem, a potem uśmiechnął się, odwrócił i odszedł zostawiając Louisa w całkowitym osłupieniu z walącym sercem.

*

- Mam nadzieję, że zdążymy wrócić przed szesnastą. O siedemnastej mam być w biurze, czeka nas konferencja. – westchnęła Lindsay, gdy jechali do Londynu, gdzie miała odbyć się rozprawa, a chwilę później pisnęła, gdy Tom zatrzymał samochód z piskiem opon. Mało brakowało, a wjechaliby w auto przed nimi.

- Cholera, przepraszam. – mruknął potrząsając głową i biorąc głęboki oddech – To przez tą całą rozprawę. – westchnął – Chcę żeby Louis miał to już za sobą, niech skażą tego świra na dożywocie i koniec.

- Chcesz żebym ja poprowadziła? – zapytała patrząc na męża ze zmartwieniem.

- Nie, jest okej. Przepraszam za to. W porządku Louis? – zapytał zerkając na niego w lusterku.

Louis mruknął coś pod nosem i wziął głęboki oddech czując, że zaczyna się stresować. Niecałą godzinę później siedział na sali sądowej i czekał, aż wprowadzą oskarżonego.

W rzeczywistości wyglądało to trochę inaczej niż na filmach. Bardziej nudno i odrobinę mniej emocjonalnie, a regułki, które mówił oskarżyciel lub ten drugi… zaraz… adwokat? Radca prawny? Nie ważne - to też było nudne i w pełni niezrozumiałe. Louis kompletnie się na tym nie znał i nie wiedział nawet czym się od siebie różnią te dwa zawody. Rozglądał się nerwowo, aż drzwi się otworzyły i dwóch policjantów wprowadziło oskarżonego.

A więc to ten mężczyzna zamordował jego rodzinę. James Dollings. Gdzieś już słyszał to nazwisko.

Lou przełknął nerwowo ślinę i spojrzał na niego od góry do dołu czując jak wnętrzności mu się wykręcają. To miał być morderca? Nie tak go sobie wyobrażał. Spodziewał się wielkiego osiłka pokrytego licznymi bliznami i tatuażami, z kilkudniowym zarostem i groźnym, mrożącym krew w żyłach spojrzeniem, ale zamiast tego zobaczył… normalnego, całkowicie zwyczajnego faceta. Szczupły, wysoki blondyn, z lekko umięśnionym ciałem. Nie krzyczał, że wszystkich pozabija, nie wyrywał się, nie przeklinał, ani nie płakał błagając o litość. Cholera, był po prostu normalny.

Jego ręce zaczęły drżeć, gdy zostało odczytane oskarżenie.

Była to tradycyjna sądowa regułka „Oskarżam Jamesa Dollingsa o…”, ale mimo tego Louis zobaczył wszystko oczami swojej wyobraźni bardzo dokładnie. Wyobraził sobie swoich rodziców i siostry, którzy pojechali na wycieczkę i niczego nie świadomi, wsiedli na łódkę, by popływać po jeziorze, gdy nagle wszystko zaczęło przeciekać, a silnik przestał działać i wtedy pojawił się on i zaczął podtapiać jego rodziców i…

- Louis? – wyrwało go z zamyśleń i podniósł głowę blady jak kartka papieru. Ktoś zapytał czy się dobrze czuje, ktoś zaproponował mu wody, aż w końcu zdał sobie sprawę, że został wyprowadzony i siedzi z jakąś nieznajomą kobietą na korytarzu.

- Nic mi nie jest. – powiedział i gdy tylko skończył to zdanie odwrócił się i wymiotował do kosza na śmieci. Jęknął.

Kilkanaście minut później jego ciocia wyszła do niego i usiadła obok dotykając go delikatnie. Mieli dziesięć minut przerwy przed ogłoszeniem wyroku i wyglądało na to, że wszystko jest w porządku. Mężczyzna w końcu przyznał się do winy.

- Jesteś pewien, że wszystko dobrze? – zapytała troskliwie Lindsay. Tego dnia usłyszał to pytanie po raz czterdziesty.

- T-tak, to były nerwy, czuję się dobrze. Cieszę się, że już prawie po wszystkim. – uśmiechnął się, a ona pogładziła go po głowie.

- Wyglądasz bardzo słabo kochanie. Dobrze, że nie musiałeś zeznawać. – dodała, a on kiwnął głową.

Kilka minut później przyszedł Tom, który również zaczął go pytać czy się dobrze czuje, aż w końcu wrócili na salę sądową. To było krótkie i bezdyskusyjne.

Mężczyzna dostał dożywocie za zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem.

*

Lekkość. To wszystko co w tym momencie czuł Louis. Nie przypuszczał, że zakończenie tej sprawy sprawi, że poczuje się jeszcze lepiej. To nie było tak, że wrócił do normalnego życia, że zapomniał o rodzicach i siostrach i że nagle wszystko zaczęło być wspaniałe. Nie. Po prostu to zrozumiał, poukładał sobie wszystko w głowie, przemyślał. Uwolnił się od tego co tak bardzo go męczyło.

Wyszedł z domu razem ze swoją ciocią, tyle, że ona pojechała do pracy na konferencje, a on poszedł na spacer. Swój pierwszy samotny spacer po Green Meadow. Potrzebował tego i zarówno Lindsay jak i Tom mu zaufali. Pozwolili mu iść.

Poszedł na cmentarz. To nie był cmentarz, na którym byli pogrzebani jego rodzice i siostry. Tamten był oddalony o dobre 190 mil, w Grimsby, ale mimo wszystko czuł, że musi tu przyjść. Usiadł na ławkę i siedział tak przez dobre pół godziny, aż zmarzł i postanowił wrócić do domu.

Szedł z uśmiechem na twarzy bo wiedział co powie Harry’emu. I już nie mógł się doczekać.

Otworzył drzwi i wszedł do środka zsuwając ze stóp trampki, a zaraz po tym zatrzymał się słysząc swojego wujka, który rozmawiał w kuchni przez telefon.

- …dobrze, że go przycisnęli bo jakby Dollings wszystko wyśpiewał poszedłbym siedzieć – powiedział, a Louis zmarszczył brwi kompletnie nie rozumiejąc o co chodzi. Mimo wszystko nie podobało mu się to. Nie podobał mu się ton głosu Toma. Zamarł - …tak. Jesteś pewny, że do końca nic nie wyśpiewa? …kiedy go załatwią? To dobrze. Byłoby źle, gdyby się wygadał, że to ja zapłaciłem za Jay i Marka. I tak spieprzył robotę bo dziewczynki miały żyć. Cóż, w takim razie czekam, aż dasz mi znać. Dzięki. Na razie. – zakończył rozmowę i odwrócił się, by wyjść z kuchni, gdy zobaczył stojącego tam Louisa.

Po prostu stał. Osłupiały, zszokowany, blady, z milionem pytań.

- Louis. – powiedział Tom zastanawiając się ile słyszał i ile zrozumiał. Czekał na jakąś reakcję, ale ona wciąż nie nastąpiła – A więc słyszałeś… wszystko. – dodał podchodząc do niego.

Louis zaczął kręcić na boki głową jakby chciał żeby to wszystko co usłyszał okazało się nieprawdą.

- T-ty? – zapytał ochryple, a jego głos brzmiał tak jakby należał do kogoś innego.

- Posłuchaj Louis… wiesz dobrze, że zawsze z Lindsay chcieliśmy mieć dzieci. – zaczął spokojnie zbliżając się do niego –Zawsze. Całe życie marzyliśmy o chociaż jednym, a nie mogliśmy ich mieć. Ja nie mogłem, rozumiesz? Wiesz jakie to trudne? Widziałem zawód na twarzy Lindsay, nie czułem się jak prawdziwy facet…

- N-nie adoptowaliście dziecka. – szepnął Louis cofając się i patrząc mu w oczy z rozpaczą. To wszystko co usłyszał tak mocno w niego uderzyło, że nie myślał nad niczym. Nie myślał o tym, że powinien uciekać.

- Oczywiście, że nie. – zaśmiał się – Lindsay chciała, ale ja powiedziałem, że nie ma mowy, że nie chcę. Dlaczego? Wtedy dowiedziałaby się, że byłem karany, a wtedy wszystko ległoby w gruzach. Zostałbym sam, rozumiesz to? Rozumiesz już dlaczego tak musiało się stać?

- C-co – Louis pokręcił przecząco głową, a do jego oczu zaczęły napływać łzy, gdy zaczął wszystko rozumieć. Zrobił krok do tyłu, a Tom kontynuował zbliżając się do niego.

- Tak. To ja wysłałem twoich rodziców na tę wycieczkę, to ja zorganizowałem ich wypad na łódce, nie przypuszczałem, że wezmą tam twoje siostry, a ten dureń Dollings źle mnie zrozumiał i załatwił wszystkich. Miałeś do nas trafić razem ze swoimi siostrami, ale zginęły. Byłem zły, ale kiedy zobaczyłem jak Lindsay cieszyła się na wiadomość, że to właśnie my się tobą zajmiemy wszystko odeszło w niepamięć. Kocha cię jak własnego syna, wiesz o tym? – zaśmiał się.

- T-to n-nie… n-nie… zabiłeś ich… t-ty… - jego głos się urywał i nie mógł złożyć normalnego zdania.

- No… nie do końca ja, ale jakby nie patrzeć brałem w tym udział. Zorganizowałem to.

Szatyn zatkał drżącą ręką usta, ale mimo wszystko nie udało mu się powstrzymać wymiotów. Zgiął się w pół głośno kaszląc. Tom podszedł do niego i przesunął dłonią po jego ramieniu.

- N-nie dotykaj mnie. – powiedział słabo, odsuwając się do tyłu – Jesteś mordercą…. Z-zabiłeś moich rodziców, m-moje siostry… j-ja muszę… j-ja tego nie zostawię…

- A co zrobisz Louis? – zapytał spokojnie łapiąc go za ramię i podnosząc do góry. Mimo protestów puścił go dopiero w łazience, gdzie zaczął szukać czegoś po szafkach – Pójdziesz na policję, hm? – zaśmiał się – Myślisz, że ktoś uwierzy biednemu, psychicznie choremu siedemnastolatkowi, który w ciągu ostatnich kilku miesięcy stracił swoich rodziców, siostry i najlepszego przyjaciela oraz trzy razy próbował się zabić?

- D-dwa razy. Uwierzą mi… wszystko… w-wszystko powiem…

Tom zaśmiał się głośno wyjmując plastikowe pudełeczko.

- Zdejmij bluzę Louis. – powiedział poważnie.

- C-co chcesz zrobić? Nie… n-nie rób tego. – zapłakał i cofnął się o krok do tyłu – N-nie rób tego.

- Nie chcę tego robić, ale sam widzisz… nie mam wyjścia. Teraz wszyscy cię mają za zdrowego, mogliby ci uwierzyć i rozpocząć sprawę, a wtedy miałbym kłopoty. Gdy po raz trzeci targniesz się na swoje życie nikt nie będzie nawet słuchał tego co mówisz tylko automatycznie wylądujesz w domu wariatów bez możliwości kontaktu z innymi ludźmi. Ba, nawet jak nic nie będziesz mówić to i tak tam wylądujesz. To w końcu twoja trzecia próba samobójcza. – uśmiechnął się – Ale nie martw się. Przeniesiemy cię z Lindsay do prywatnej kliniki i będziemy odwiedzać, a potem pozwolą ci wrócić do domu. Będziesz pod stałą opieką do końca życia.

- Proszę nie…

Tom nie słuchał go więcej. Podszedł i sam zdjął z niego bluzę, którą rzucił gdzieś w kąt, a Louis nawet nie protestował. Nie miał siły, był w szoku i dla niego to wszystko nie działo się naprawdę. Syknął z bólu, a po jego twarzy polały się łzy, gdy żyletka przejechała po jego skórze. Nie chciał tego. Po kilku chwilach nie miał już nawet siły by płakać, krew spływała mu po rękach i skapywała na ziemię brudząc wszystko wokół, a on bladł z minuty na minutę coraz bardziej. Nie wiedział ile nowych cięć pojawiło się na jego rękach bo nic nie widział spod kałuży krwi i zamglonych oczu. Wszystko było we krwi.

- Przykro mi Louis. – usłyszał, gdy Tom zmusił go, by usiadł na podłodze i wcisnął mu do ręki żyletkę, rozcinając tym skórę na jego palcach – Ale spokojnie skarbie, nie musisz się bać. Zadzwonię zaraz po karetkę, tylko najpierw pokażę im, że naprawdę tym razem chciałeś się zabić. – dodał zatykając wentylację i odkręcając gaz – Nic ci nie będzie, obiecuję. Po prostu dzisiejsza rozprawa wyciągnęła z ciebie zbyt wiele, wymiotowałeś, zasłabłeś, wszyscy w sądzie widzieli, że musiałeś zostać wyprowadzony i to wszystko cię przerosło. Wróciłeś ze spaceru, zacząłeś krzyczeć, płakać, wpadłeś w szał, znów wymiotowałeś, a potem zamknąłeś się w łazience krzycząc, że się zabijesz. Nie poradziłeś sobie z tym wszystkim i dlatego po raz kolejny targnąłeś się na swoje życie. Tak mi przykro kochanie, rozczarowałeś nas wszystkich.

Niedługo po tym wyszedł zamykając za sobą drzwi kluczem od drugiej strony. Louis siedział na podłodze, oparty plecami o ścianę, co jakiś czas ruszając delikatnie głową, która z minuty na minutę bolała go coraz bardziej. Z upływem czasu czuł pieczenie w oczach, które powoli zaczynały łzawić i mrugał nie mogąc patrzeć na rażące go światło. Jego oczy jeszcze bardziej zaszły mgłą, a mimowolne skurcze mięśni atakowały co jakiś czas jego ciało. Czuł się osłabiony i oszołomiony, aż w końcu dopadły go duszności. Znów wymiotował, a może tylko mu się tak wydawało. Niedługo po tym osunął się na ziemię i stracił przytomność.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz