niedziela, 5 stycznia 2014

17

- …n-nie wierzę, że t-to znów zro-o-obił. Tom t-to moja w-wina… Jak mogliśmy mu uwierzyć? Jak? Jesteśmy tacy głupi, tacy n-naiwni… j-ja nie wierzę…

- Nikt w to nie wierzy kochanie, to niczyja wina. Widziałaś doktora Roversa? Wyglądał na kompletnie załamanego. Słyszałem, że może stracić pracę. Wszyscy jesteśmy załamani. Ufaliśmy mu i nikt się po nim czegoś takiego nie spodziewał. Ja sam byłem w szoku jak wrócił do domu i wpadł w szał. Zamknął się w łazience i krzyczał, że się zabije. Byłem przerażony. Nie wiedziałem co robi, ale od razu zadzwoniłem po karetkę. Całe szczęście, że się udało. Nie wiem co bym zrobił gdybyśmy go stracili.

- N-nie wierzę w to… j-ja w to n-nie wierzę, że L-Louis po raz kolejny… jak on mógł nam to zrobić? J-jak on mógł… Przecież rozmawiałam z nim, zapewniał, że wszystko jest dobrze, poszedł sam nawet na spacer… t-to się nie mogło stać, n-nie. Dlaczego on to z-zrobił Tom, dlaczego…

*

- …i badanie krwi na karboksyhemoglobinę wykazało, że nie doszło do niedotlenienia. Tak, że mózg Louisa nie został uszkodzony i nie zaszły w nim żadne nieodwracalne zmiany. To dobra wiadomość.

- Dzięki Bogu, bałam się, że… Czy to, czy t-to znaczy, że jak się obudzi będzie z nim wszystko dobrze?

- W tej chwili jest w śpiączce więc nie dowiemy się tego dopóki się nie obudzi. Co prawda jest mała szansa, że wystąpią jakieś powikłania… został bardzo szybko znaleziony przez co jego szanse się zwiększyły, ale może mieć problemy z układem nerwowym, pamięcią, mową, wzrokiem… Osoby zatrute tlenkiem węgla bardzo często mają później obniżony iloraz inteligencji i…

*

- Louis, słyszysz mnie? To ja Eleanor. Tak, powiedziałam Louis, nie przesłyszałeś się. Louis. Nie Pustelnik. Louis. Proszę otwórz oczy, a już nigdy do ciebie tak nie powiem, słyszysz? Już nigdy nie powiem do ciebie pustelnik. Louis do cholery. Proszę otwórz oczy, nie bądź jeszcze większym dupkiem niż jesteś, nie możesz mi tego zrobić, słyszysz? Nikogo nie mam oprócz ciebie, pamiętasz? Jesteśmy świrami tej pieprzonej szkoły. Musisz się obudzić Louis. Proszę otwórz oczy… Louis, błagam… nie rób mi tego. Proszę.

*

- …i sprawdź jeszcze czy nie ma za bardzo ściśniętej maski, ja wymienię bandaże bo te trochę przemakają. Biedactwo, naprawdę stracił bardzo dużo krwi. Mało brakowało, Bogu dzięki, że jego wujek był w domu i go uratował.

- Całe szczęście. Dobrze, że tak niesamowicie szybko zareagował. Zachował zimną krew. Gdybym to była ja pewnie zaczęłabym krzyczeć i panikować, a potem bym się przewróciła i zemdlała. To jego trzecia próba samobójcza, wiesz? Już stąd raczej nie wyjdzie… Jak się obudzi przeniosą go na psychiatryczny, słyszałaś o tym? Taki młody i ładny chłopak… jest w wieku mojego syna. Strasznie mi go żal, miał przed sobą całe życie, które teraz spędzi w zamknięciu…

*

Louis otworzył oczy i poruszał ręką, która – jak poczuł – była do czegoś podłączona.

- Gdzie ja jestem? – zapytał bardzo cicho i powoli zamrugał.

- W szpitalu. Próbowałeś się zabić. – odpowiedział mu jakiś głos, ale zanim się nad tym zastanowił zamknął oczy i znów odpłynął.

Kilka godzin później ponownie otworzył powieki i rozejrzał się, zastanawiając gdzie jest, aż uświadomił sobie, że dobrze zna to miejsce. Białe ściany, wszystko białe, specyficzny zapach, charakterystyczne pikanie gdzieś nad jego głową, eh, znów jest w szpitalu. Zmrużył powieki, gdy rażące światło dostało się do jego tęczówek. Wszystko było odrobinę zamazane bo nie miał na sobie swoich okularów. Bolała go głowa, a gdy próbował podnieść rękę jego ciało przeszedł ogromny ból. Jeszcze nigdy w życiu nie czuł się taki słaby. Poczuł, że jego serce pęka na kawałki, gdy pomyślał o tym co znowu zrobił, aż po chwili uświadomił sobie, że… nie zrobił nic. Nie próbował się zabić, nie pociął się, nawet nie myślał o tym by wyrządzić sobie jakąkolwiek krzywdę. To jego wujek, Tom, to on mu to zrobił. To on zamordował jego rodziców i siostry, a przynajmniej kazał to zrobić. To przez niego nie ma rodziny. Leżał patrząc w sufit, a po jego policzkach płynęły łzy. W końcu do środka weszła pielęgniarka. Louis miał wrażenie, że słyszał już wcześniej ten głos. Ucieszyła się, gdy tylko się obudził, a zaraz po tym zawołała Lindsay i Toma. Obydwoje zaczęli delikatnie go ściskać i mówić, że już dobrze, że teraz wszystko będzie dobrze.

Louis nie miał siły by się odezwać, nie zdołał powiedzieć prawdy. Był zbyt słaby, a poza tym widok Lindsay rozsadzał mu serce. Znów płakał.

- Skarbie, proszę. – powiedziała Lindsay gładząc go po głowie – Już dobrze, przysięgam. Od tej pory będziesz bezpieczny i już nic ci się nie stanie, kochanie, nie płacz, proszę. Nie czuj się winny, to nie jest twoja wina, jesteś chory i pomożemy ci, słyszysz mnie?

- Będziesz brał lekarstwa i wszystko będzie dobrze. – dodał Tom gładząc jego rękę. Jeszcze więcej łez polało się po policzkach szatyna. Dlaczego ten mężczyzna w ogóle go dotykał? On nie ma prawa, on nie…

Miał ochotę krzyczeć, szarpać się, uderzać pięściami, ale nie był w stanie zrobić nic. Nawet się odezwać. Przeniósł swój bezradny wzrok na oczy Toma, który patrzył prosto na niego, a potem je zamknął. Nie chciał na niego patrzeć. Nie chciał widzieć tej satysfakcji jaka malowała się w jego oczach.

Gdy minęło pół godziny znów otworzył oczy. W środku była jedynie Lindsay. Siedziała na krześle i czytała gazetę, a gdy dostrzegła, że Louis się poruszył spojrzała na niego. I Louis wiedział, że to jego jedyna szansa. Otworzył usta, ale nie wyszedł z nich żaden dźwięk.

- Potrzebujesz czegoś kochanie? – zapytała odrywając się od książki, a szatyn zamknął oczy i spróbował ponownie. I tym razem się udało.

- Tom to zrobił – powiedział słabo, a kobieta zbladła odrobinę – To przez niego nie żyją moi rodzice i siostry. – dodał Louis, a z jego oczu znów wylały się łzy. Pociągnął cicho nosem.

- Skarbie co ty mówisz, pomyliło ci się. – odpowiedziała łagodnie, ale jej oczy zaszkliły się lekko. Louis już widział ten zmartwiony i zatroskany wzrok i wiedział, że nie wierzy w ani jedno jego słowo.

- On mi to zrobił – wyszeptał ochryple, mimo, że nie miał już siły, czuł, że zaraz straci przytomność, ale próbował dalej – Przysięgam, on mi to zrobił. Zabił ich, on ich zabił… przysięgam, że on ich…

- Louis, uspokój się, kochanie.

- O-on ich zabił. – powtarzał w kółko, aż niewiadomo jakim cudem zaczął krzyczeć i płakać, a w końcu z jego nosa puściła się krew. Wystraszona Lindsay natychmiast zawołała lekarzy, a Louis zaczął płakać jeszcze bardziej. W przypływie adrenaliny zaczął szarpać się jak tylko mógł, wiercić i kopać.

Nie wiedział nawet kiedy do środka wpadło dwóch lekarzy, którzy chwycili jego kończyny, a potem wstrzyknęli mu zastrzyk, przez który całkowicie opadł z sił. Uspokoił się, a jego umysł stał się jedną wielką pustką. Kompletnie nie myślał, czuł się jakby pływał w wielkiej białej chmurze.

Mówili do niego, ale nawet nie chciał reagować. Odpłynął, przypominając sobie wszystkie ostatnie wydarzenia i rzeczy, które chciał zrobić. Zaczął zastanawiać się kiedy przyjdzie do niego Harry. Bo przyjdzie, prawda?

Nie przyszedł.

Następnego dnia również go nie było i kolejnego również. Przychodziła tylko Lindsay, Tom i Eleanor, a raz wydawało mu się, że widział Liama. Ale w ogóle z nimi nie rozmawiał. Nie miał siły, nie chciał.

Płakał cicho w nocy, gdy był sam i nikt nie zadawał mu pytań czy wszystko w porządku. Tylko tak mógł uniknąć zastrzyków uspokajających, których naprawdę nie chciał brać. Poza tym wciąż był bardzo, bardzo osłabiony i wciąż musiał przyjmować tlen przez maskę bo miał trudności z oddychaniem.

Potarł dłonią policzek i cicho pociągnął nosem.

Ale dlaczego nie przyszedł? Przecież byli blisko, Harry się o niego martwił, zawsze. Przecież nie był mu obojętny, prawda? Całował i przytulał go tak czule jak nikt nigdy. Przyniósł mu nawet żelki, których sam nienawidził… Dlaczego więc jeszcze go tutaj nie było? Louis go potrzebował. Tęsknił za nim. Chciał mu powiedzieć prawdę bo wiedział, że tylko on mu uwierzy.

Może coś się stało? Może Harry miał jakiś wypadek, albo coś podobnego? Ale przecież powiedzieliby mu o tym. Na pewno by mu powiedzieli. Każdy wiedział, że Harry jest dla niego najważniejszy. Musieli mu powiedzieć. Może powinien kogoś o to zapytać?

Minął kolejny dzień, a Louis zaczął wątpić w to, że Harry w ogóle przyjdzie. Może tak naprawdę nic między nimi nie było? Może Louis za dużo sobie wyobrażał? Może dla Harry’ego nie był wcale nikim ważnym? Tak, na pewno za dużo sobie myślał. Jak zwykle był głupi i naiwny.

Nie myślał.

Ku jego zdziwieniu Harry przyszedł wieczorem. Wszedł po cichu, by go nie obudzić, ale Louis nie spał. Kiedy tylko poczuł, że ktoś siada obok niego na krześle uchylił powieki i naprawdę ucieszył się widząc nad sobą Harry’ego. Zamrugał kilka razy, by móc go wyostrzyć i posmutniał widząc jak kiepsko wygląda. Chciał coś powiedzieć, ale maska tlenowa, którą miał na twarzy skutecznie mu to utrudniała. Podniósł lekko swoją rękę i zsunął ją z twarzy, a potem spojrzał w zielone tęczówki.

- Harry – wychrypiał tak cicho, że Harry ledwo to usłyszał. Albo wyczytał ze słabego ruchu jego warg.

- Obiecałeś Louis. – szepnął bez przywitania się, a dwie łzy spłynęły mu po twarzy, które szybko otarł – Obiecałeś. – dodał, a ciało Louisa przeszedł dreszcz bo już rozumiał dlaczego Harry do niego nie przychodził. On po prostu wierzył w to, że Louis to zrobił. Wierzył, że próbował się zabić.

- To nie tak – zaczął wciąż słabym głosem, ale Harry uciął go kręcąc na boki głową – Nie zrobiłem tego. – dodał szeptem zanim loczek otworzył usta.

- Przestań Louis, po prostu przestań. – odpowiedział zimnym głosem. Tak bardzo zimnym, że Louis poczuł jak w jego gardle pojawia się gula goryczy, która wkrótce na pewno wywoła łzy.

- Harry… - jęknął błagalnie, ochrypniętym głosem – Przysięgam… że T-tom mi to zrobił… - wyszeptał z wielkim trudem.

- Słyszysz co ty mówisz w ogóle? – Harry parsknął pustym i nieco rozpaczliwym śmiechem. Był kompletnie załamany bo w końcu zrozumiał, że z Louisem naprawdę było źle. On naprawdę był chory – To twój wujek, kocha cię. Wiesz jak on wygląda? Wiesz jak wygląda twoja ciocia? Oni są załamani Louis, całkowicie załamani. Obwiniają się bo myślą, że zrobili coś źle, że cię nie upilnowali… Jak mogłeś im to zrobić Louis… - szepnął – Jak mogłeś mi to zrobić…

- Proszę

- Nie. Nie chcę tego słuchać Louis. – mruknął spokojnie po raz kolejny ocierając oczy – Zawiodłem się na tobie. Boże, jeszcze nigdy w życiu na nikim się tak nie zawiodłem, wiesz o tym? – pokręcił głową patrząc w niebieskie tęczówki – Ufałem ci. Naprawdę ufałem, gdy powiedziałeś, że już tego nie zrobisz. Ufałem ci najbardziej na świecie, ufałem ci bardziej niż sobie, ufałem ci…

- Harry - Louis ruszył delikatnie palcem dotykając jego dłoni, którą lekko chwycił, ale Harry natychmiast ją zabrał co wbiło mu nóż w sam środek serca. Znów pokręcił głową.

- Nie Louis. Przykro mi, wiesz?… Przykro mi, że ci zaufałem. – powiedział znów patrząc w niebieskie, zaszklone oczy. Louis był tak słaby, że nie miał nawet siły, by płakać – Tak strasznie ci ufałem… - szepnął do siebie nie mogąc w to wszystko uwierzyć – Ja… j-ja nie mogę w to uwierzyć… Nie mogę uwierzyć, że zawiodłeś mnie tak bardzo. Dałbym sobie rękę uciąć, że już tego nie zrobisz, wiesz? Boże… ja postawiłbym na to całe swoje życie. Całe życie Louis. – pokręcił głową czując, że zaraz wybuchnie płaczem. Nie chciał płakać. Wstał.

- Nie wychodź. – głos Louisa wydawał się być coraz cichszy – Proszę.

Harry chciał wyjść, wybiec stamtąd jak najszybciej, ale teraz patrzył prosto w te smutne niebieskie oczy. Wyglądały dokładnie tak samo jak na początku, gdy po raz pierwszy zobaczył go w szkole. Przepełnione bólem i pustką.

Louis cierpiał. Czuł się coraz słabiej, ale wiedział, że musi zrobić jeszcze jedną rzecz zanim Harry wyjdzie i już nigdy go nie zobaczy. Bo w tej chwili już to wiedział. Wiedział, że Harry już nigdy do niego nie przyjdzie. Zebrał w sobie całą siłę jaką miał.

- Nie zostawiaj mnie. – wychrypiał bardzo cicho, a po jego policzku spłynęła jedna łza – Jesteś dla mnie wszystkim. – powiedział rozpaczliwie – Nie poradzę sobie bez ciebie.

Harry zamarł. Patrzył na niego i nagle zaczął kręcić na boki głową, a potem bez słowa ruszył do drzwi.

- Proszę – usłyszał najbardziej błagalny głos, gdy nacisnął klamkę. Zacisnął mocno oczy, ale tym razem nie odwrócił się. Wyszedł.

*

- Louis, co się dzieje? Proszę, porozmawiaj ze mną. – powiedziała Eleanor patrząc na niego ze zmartwieniem. Wyglądał jeszcze gorzej niż jak był w śpiączce. Był całkowicie rozsypany na drobne kawałeczki, blady jak ściana, z podkrążonymi i czerwonymi oczami, a do tego cicho płakał przez cały czas.

- Chcę umrzeć – powiedział, a kolejne łzy spłynęły mu po twarzy. Eleanor zacisnęła mocno oczy bo czuła, że jeszcze chwila i ona sama zacznie płakać.

- Nie mów tak. – pokręciła głową, ale cieszyła się, że chłopak w końcu się odezwał – Proszę, porozmawiaj ze mną Louis, powiedz mi… dlaczego to zrobiłeś? Przecież wszystko było już dobrze… Proszę cię, powiedz mi. To przez tą rozprawę, prawda? Nie powinni cię tam zabierać… - mruknęła smutno gładząc go po ręce, ale odpowiedział jej kolejny potok łez na jego twarzy – Louis. – szepnęła – Chciałeś to zrobić? Błagam, porozmawiaj ze mną, proszę cię Louis, chcę ci pomóc. Nie tak jak ci popieprzeni lekarze. Proszę cię Louis, proszę, Louis proszę, proszę, L…

Pokręcił przecząco głową.

- Co? To znaczy… to znaczy. – westchnęła – Nie chciałeś się zabić?

Znów pokręcił głową.

- Więc chciałeś tylko sobie ulżyć, tak? Znaleźć jakieś ujście bólu? Przestać czuć, tak? …ale co z gazem w takim razie? Dlaczego go odkręciłeś? Louis proszę…

- Eleanor… - zaczął w końcu podnosząc na nią wzrok i urwał. Przecież Tom miał rację. Nikt mu w to nie uwierzy. Teraz kompletnie nikt mu już nie wierzy. Lindsay mu nie wierzy, doktor mu nie wierzy, Harry mu nie wierzy… – Ja tego nie zrobiłem. – dodał szeptem, bardzo, bardo cicho. Wiedział co się zaraz stanie. Wiedział, że spojrzy na niego zmartwionym wzrokiem i powie „Spokojnie, wszystko będzie dobrze”, ale tak się nie stało.

- Nie zrobiłeś tego. – powtórzyła patrząc mu w oczy i zastanawiając się nad czymś. Louis też na nią patrzył.

- Nie zrobiłem. – szepnął rozpaczliwie. Błagał w myślach by chociaż ona mu uwierzyła.

- Powiesz co się wydarzyło? – zapytała, a on wziął drżący oddech.

- To nie ma znaczenia. – pokręcił głową – Nic już nie ma znaczenia. – zapłakał cicho. Tylko Harry się dla niego liczył. Tylko Harry. Teraz nie ma już nic.

- Louis…

- Zgodziłem się na leczenie. – westchnął wciągając powietrze – Gdy tylko mój stan się poprawi zabierają mnie stąd.

- Zgodziłeś się?! Ale… ale mówiłeś, że tego nie zrobiłeś, że nie próbowałeś się zabić…

- Nikt w to nie wierzy. I… to już nie ma znaczenia. – powiedział znowu, a po jego twarzy spłynęły łzy – Chcę być leczony, chcę być faszerowany lekami, chcę być ogłupiony, otępiały i nieświadomy, chcę przestać czuć… chcę… j-ja… ja chcę…

Chcę przestać kochać, pomyślał, ale to już nie przeszło mu przez gardło.

- Hej, hej, Louis, spokojnie. Porozmawiaj ze mnę, proszę. Powiedz mi co się wydarzyło, dobrze? Chcę cię wysłuchać. Proszę.

Louis patrzył na nią przez chwilę, aż w końcu kiwnął krótko głową i opowiedział jej wszystko, dokładnie wszystko co się wydarzyło. Patrzył jej cały czas w oczy, modląc się, by chociaż ona mu uwierzyła i Bóg chyba wysłuchał jego prośby bo Eleanor pokiwała głową i powiedziała jedynie:

- Wiedziałam, że tego nie zrobiłeś. – a gdy przesunęła pocieszająco dłonią po jego niezabandażowanym ramieniu Louis rozkleił się i zaczął cały drżeć – Był u ciebie Harry? – zapytała w końcu na co kiwną głową – Och… i rozmawiałeś nim? Powiedziałeś mu wszystko prawda? Musimy wymyśleć co zrobimy bo nie wiem jak Harry, ale ja nie zamierzam pozwolić im cię zabrać i zamknąć w pokoju bez klamek. Ze świrami. To jak, rozmawiałeś z nim?

- N-nie wierzy mi – szepnął, potem pociągnął nosem, a jego dolna warga zaczęła drżeć.

Eleanor patrzyła na niego bez słowa, a chwilę później Louis się załamał. Zaczął płakać i mimo tego co powiedział wcześniej teraz mówił, że nie chce iść do wariatkowa i że woli umrzeć niż być faszerowany lekami, otumaniany, bez możliwości widywania się z kimkolwiek. Z dala od Harry’ego.

- Louis, przepraszam, ale muszę wyjść. – powiedziała nagle, nawet go nie pocieszając – Zabiorę cię stąd, słyszysz? Nie wiem jeszcze jak, ale nie pozwolę im zabrać cię do wariatkowa. Po moim trupie. – dodała ubierając się – Przepraszam, że wychodzę, wiem, że mnie teraz potrzebujesz, ale nie ma czasu, muszę coś wymyślić… zabiorę cię stąd.

Słysząc to Louis przestał płakać i zamrugał pociągając nosem. Nie zdążył nawet odpowiedzieć bo poczuł całusa w policzek, a chwilę później dziewczyna wybiegła z pomieszczenia.

Został sam, usypiając z myślą, że może uda mu się nie obudzić.

Character ask

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz