Życie to karuzela. Kręci się nieustannie, nigdy nie zawraca, a Ty nie możesz tego zmienić. Jesteś tylko jednym, marnym elementem tej układanki. Pomyłką Boga. Nic nieznaczącym puzzle’em, którego przy pomocy kilku narzędzi i zabiegów, można w łatwy sposób zastąpić innym. Jesteś jak liść na wietrze. Wznosisz się i upadasz wraz z kolejnymi podmuchami. Możesz mieć szczęście i jakieś dziecko znajdzie Cię przypadkiem na spacerze w parku, a następnie weźmie do domu, by udekorować Tobą zielnik. Niestety, jeśli należysz do grona pechowców, jak ja, zgnijesz od deszczu na jednym z londyńskich chodników.
Odpuść sobie. Wszystko. Wielkie poszukiwanie szczęścia, miłości, satysfakcji, odpowiedzi na nurtujące pytania. Odpuść. Nie zapomnisz, ale czasu także nie cofniesz. Chcesz naprawiać błędy, poprawiać życie, “otwierać nowy rozdział”. I po co? Aby doznać kolejnego rozczarowania, gdy to, w co wierzyliśmy, okaże się zwyczajnym kłamstwem? Nasze pomyłki mają dać nam nauczkę na raz następny, ale nie zagłębiaj się w to niepotrzebnie. Co się stało, to się nie odstanie. I tak skończysz równie marnie, co ja. Jesteśmy do siebie podobni, pamiętasz? Więc odpuść, a wszystko będzie dobrze.
Chcesz ruszyć przed siebie. Przestać tkwić w miejscu. Zrobić coś dla siebie, innych. Ale dzień odchodzi za dniem, a Ty nadal nie postawiłeś nawet najmniejszego kroku ku zmianom. Jesteś tchórzem. Boisz się, bo wiesz, że możesz stracić to, na co pracowałeś całe życie. Nikt się z Tobą nie liczy. Bliscy, którzy kiedyś Cię wspierali, odeszli. Gdy tylko poznali prawdę o Tobie, znienawidzili Cię. Jesteś sam i jedyne, co możesz zrobić, to się poddać. Wyj do księżyca, jak potępiony wilk, który już nigdy nie zazna spokoju i bezpieczeństwa. Ból rozrywa Twoje serce na drobne kawałeczki. Ale czy Ty to czujesz? Czy jeszcze jesteś w stanie poczuć cokolwiek, niż zafascynowanie własną krwią?
Stałem na najwyższym balkonie London Gherkin i oglądałem zachód słońca. Chłodny wiatr muskał moją twarz, a łzy swobodnie spływały po mojej twarzy. Byłem pusty, niczym porcelanowa lalka z wystawy sklepiku na Picadilly Circus. Coś niespotykanego zjadało mnie od środka, powoli wyżerało moje wnętrzności. Zostałem wyzuty ze wszelkich emocji, a na swoich dłoniach ciągle czułem zapach wilgotnego tynku, którym obite są ściany mego mieszkania. Nigdy nie pomyślałbym, że tak skończę.
Ktoś mnie kiedyś spytał, jak chciałbym umrzeć. Odpowiedziałem “spokojnie i bezboleśnie”. Byłem na naiwny. Umierałem całe życie. To ono zabijało mnie powoli, każdego dnia po trochu. Aż do dziś. Nienawidziłem siebie bardziej, niż wszystkich mych wrogów razem wziętych. Ale nie walczyłem z tym. Poddałem się i tym oto sposobem dotarłem aż tutaj. Fascynujące, prawda?
Siedem morderstw. Siedem osób. Wszyscy byli tak młodzi, mieli przed sobą jeszcze wiele do zrobienia. Posiadali niezliczone plany, marzenia i nadzieje. Troski i zmartwienia. Ich rodziny cierpiały. Widziałem to, będąc w delegacji, na każdym kolejnym pogrzebie. Posiadali wiele i nagle odebrano im to tak brutalnie. Siedem ofiar. Doszczętnie zmasakrowanych, iż nawet nie byłem w stanie sobie wyobrazić, jak musieli cierpieć, gdy umierali.
-Jak można być takim potworem? - szepnąłem, a wiatr pochłonął me słowa. - Jak nisko człowiek musi upaść? Jak ogromną pomyłką Boga musi być, aby chcieć po swojemu wymierzać sprawiedliwość, czyniąc takie zło? Jak cudem stałeś się taką bestią? - dokończyłem, a następnie odwróciłem się, by stanąć z mym oprawcą twarzą w twarz…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz