poniedziałek, 6 stycznia 2014

1

soundtrack
Rutyna powoli zaczęła mnie zabijać. Każdy dzień wyglądał tak samo. Pobudka. Jogging. Siłownia. Kawa. Papieros. Praca. Lunch. Kawa. Papieros. Praca. Kawa. Papieros. Sen. Jednak kilka tygodni temu wszystko się zmieniło. Coraz mniej spałem, a każdą wolną chwilę poświęcałem najnowszemu śledztwu, chcąc wyjaśnić jak najwięcej i to w jak najkrótszym czasie. Tak miało być także dzisiaj, gdyby nie pewna wiadomość.
Wszedłem do budynku MI5, jak gdyby nigdy nic popijając gorącym Latte ze Starbucks’a. W środku panował istny chaos. Ludzie biegali w tę i z powrotem, krzycząc na siebie wzajemnie i tylko podając sobie różne papiery. Kilka razy w ciągu tych paru sekund zostałem już podeptany, popchnięty i uderzony z łokcia. Ostatni raz takie zachowanie widziałem, kiedy dowiedziałem się o nieplanowanej wizytacji Królowej Elżbiety. Jednak niemożliwym było, aby takowa miała się powtórzyć. A może jednak?
-Czy ktoś, do jasnej cholery, wyjaśni mi, co tu się dzieje!? - wrzasnąłem na cały hol, a czas jakby zatrzymał się w miejscu. Dopiero wtedy personel zorientował się, że tutaj jestem. Gwar i harmider, w ciągu ułamka sekundy, zamienił się w kojącą dla mych uszu ciszę.
-Szefie, mamy go - usłyszałem za sobą znajomy głos, a gdy obróciłem się, zobaczyłem Olly’ego. - Tego mordercę od siódemek. Mamy go - Te kilka zdań sprawiło, iż wiedziałem, że nie usnę w najbliższym czasie.
Kiwnięciem głowy poprosiłem go, aby prowadził. Żwawym krokiem przemierzaliśmy kolejne korytarze, a gdy winda zatrzymała się na odpowiednim piętrze, wziąłem głęboki oddech. Wszedłem do swojego gabinetu, na którym już czekał francuski rogalik i gorąca kawa z ekspresu. Obok leżała nowo kupiona paczka papierosów, a także poranna gazeta. Tak, moja załoga lubiła mnie rozpieszczać.
Zabrałem żółtą teczkę, która leżała po środku tego bałaganu i ruszyłem w stronę prosektorium. Moja ukochana siostrzyczka godzinę temu zaczęła prace, a co za tym idzie, musi mieć dla mnie coś smakowitego.
-Dzień dobry, wspaniała rodzinko - powiedziałem, wchodząc do środka i witając się z Perrie oraz Caroline.
-Co wiecie?
-Że morderca ma dwadzieścia pięć lat, pochodzi z Chesire i nazywa się… Harry Styles - rzekła Flack, odrzucając w tył włosy. - Wszystko jest w kartotece.
-Perrie? - spojrzałem na przyjaciółkę, a ta zeskoczyła z krzesła i podeszła do ciała, położonego na stole.
-Pierwsza ofiara to niejaka Cher Lloyd, dwadzieścia sześć lat. Zmarła na skutek zatrucia zmutowaną bakterią tasiemca. Jej żołądek był wręcz wypalony od środka, nie wspomnę o wątrobie i trzustce. Żadnych wybroczyn nie zauważyłam. Umierała szybko, ale w okropnych męczarniach.
-Szkoda, ładna była - mruknęła Caroline, a ja spojrzałem na nią z byka. - No co? Trup bo trup, ale ładna! Ugh, nie jesteś w nastroju do żartów, widzę. Seks by Ci się przydał.
-Nie martw się moim życiem seksualnym, a raczej swoją pracą, bo ciągle jesteś u mnie zatrudniona - uniosłem w górę lewą brew, a kobieta syknęła. - A poza tematem, ładne szpilki.
-Dziękuję. A nasz morderca siedzi w sali przesłuchań 41B - rzekła obrażonym tonem i ruszyła ku drzwiom.
-Czekaj! - zawołałem za nią, a gdy się odwróciła, kontynuowałem. - Nikt go jeszcze nie przesłuchał?
-Nie chciał z nikim rozmawiać, oprócz Ciebie - powiedziała i wyszła, trzaskając drzwiami. Spojrzałem na Perrie.
-Nie pytaj! Mówiłam Ci, że to psychopata - mruknęła. - Lepiej idź, ja i tak mam w cholerę pracy z krojeniem kolejnej osóbki, więc nie pogadamy - uśmiechnęła się przepraszająco, a następnie machając skalpelem przeszła do drugiego końca prosektorium, podśpiewując cicho pod nosem.
Wzniosłem oczy ku niebu i podążyłem do sali przesłuchań. Wypiłem do końca kawę oraz wypaliłem papierosa, aby mieć psychiczną siłę do działania. W drodze otworzyłem kartotekę, by dowiedzieć się nieco o moim przesłuchiwanym, ale ostatecznie zrezygnowałem. Wszystkiego dowiem się od niego osobiście. I tak też zrobiłem.
-Dzień dobry, komisarz Zayn Malik, a Ty jesteś morderca Harry Styles, o ile dobrze pamiętam - powiedziałem, otwierając drzwi z hukiem i wchodząc do sali. Mężczyzna, a raczej chłopak, ponieważ wyglądał bardzo młodziutko, uniósł głowę i nasze spojrzenia się spotkały. Chryste, to niemożliwe.
-Witam - odpowiedział ochrypłym głosem, nie odwracając wzroku. Oniemiałem. Ten dzieciak nie mógł być seryjnym mordercą, ba! Psychopatycznym brutalem, niszczącym ludzkie życia. Miał wygląd anioła, zdecydowanie nie istoty szatańskiej. Jego szczupłe ciało otaczała jasna, wręcz przezroczysta cera, z którą kontrastowały ciemne, gęste leki, opadające na czoło. Pełne, malinowe usta ściśnięte były w wąską linię, a jego szmaragdowe spojrzenie wypalało moje wnętrzności. Bawił się dłońmi, co jakiś czas strzelając kostkami swych długich palców.
-Będziesz miał coś przeciwko, jeśli będę zwracał się do Ciebie na “ty”? - spytałem, siadając naprzeciw niemu, a on jedynie pokręcił przecząco głową. - Dobrze, Harry. Powiedz, naprawdę Ty zabiłeś te osoby, czy tylko kogo kryjesz? - spojrzałem mu w oczy, chcąc dojrzeć w nich cokolwiek. Ale była tam tylko bezduszna pustka.
-A Ty naprawdę jesteś policjantem, czy tylko grasz w kolejnym z odcinków “Jeden dzień z życia…”? - odpowiedział mi pytaniem na pytanie, a ja zacisnąłem zęby.
-Rozumiem. Nie mam zamiaru się z Tobą bawić w kotka i myszkę. Przejdźmy od razu do rzeczy.
-Zawsze wiesz, co powiedzieć, prawda? Jesteś zbyt inteligentną osobą na siedzenie w tym burdelu, Zayn - zauważył, a przez jego twarz przemknął uśmiech. Miałem wrażenie, iż wie o mnie więcej, niż mógłbym się spodziewać.
-Dlaczego siedem? Siedem ofiar? Liczba siedem wypalona rozżarzonym prętem na skórze? Dlaczego?
-Siódemka to symbol boskości i doskonałości. Tylko wybrańcy, jak ja, mogą zrozumieć jej potęgę. Jestem drugim, lepszym Bogiem. Wymierzam sprawiedliwość i nikt nie jest w stanie mnie pokonać. Zwyciężyłem bitwę z siedmioma grzechami głównymi, jestem jeźdźcem śmierci. Nie zostanę potępiony, bo to ja tworzę potępienie - rzekł tak swobodnie, jak gdyby właśnie czytał listę zakupów na następny dzień. Byłem w szoku.
-Siedem grzechów głównych? Czy Cher zginęła właśnie za te siedem grzechów?
-Wypij do dna kielich pychy - szepnął Harry, a ja zmarszczyłem brwi w zastanowieniu. Znałem te słowa, tylko co one miały wspólnego z…
-Georg Lichtenberg - natychmiast przypomniałem sobie autora tych słów. - Zabiłeś Cher, ponieważ popełniła grzech pychy?
-Nie wszystko złoto, co się świeci, mówią ludzie. Z zewnątrz piękne, a w środku wyżarte przez robactwo - powiedział spokojnie, uśmiechając się arogancko.
-Cher Lloyd. Pycha. Opowiedz mi o tym - odrzekłem i w skupieniu oczekiwałem, aż chłopak się odezwie.
Młodzieniec odgarnął z czoła kosmyk włosów i rozsiadł się wygodnie na krześle. Splótł palce swych dłoni i wbił w nie wzrok, a na jego twarz wpełzł delikatny uśmiech.
-Cher, Cher, Cher… Poznałem ją na studiach laboranckich, była w wyższej klasie. Dowodziła drużynie cheerleaderek, zawsze pierwsza i najlepsza. Wszyscy podziwiali jej ciało, co zresztą nikogo nie dziwiło. Figury mogła jej pozazdrościć niejedna, zawodowa modelka. Ona doskonale o tym wiedziała, ale jej zbytnia pewność siebie w końcu musiała ją zgubić.
-Co masz na myśli? - zagadnąłem, a Harry podniósł na mnie wzrok.
-Nienawidziła wszystkich, kto wytknąłby jej jakąkolwiek, najmniejszą wadę. Uważała się za najpiękniejszą i jedyną w swoim rodzaju, księżniczkę. Duma rozpierała ją bardziej, niż Obamę, gdy został prezydentem. Niszczyła ludzi. Sprawiała, że dziewczyny popadały w anoreksję i depresję, chcąc dorównać jej. Łamała serca mężczyznom, bawiła się nimi i wykorzystywała ich. Bóg widocznie nie zamierzał z tym nic zrobić. Więc ja wkroczyłem do akcji, by wymierzyć sprawiedliwość za niego.
-Dlaczego morderstwo?
-To było jedyne wyjście, by pozbyć się jej raz na dobre. Śmierć. Proste, a efektowne - zachichotał głupkowato, przez co zacząłem dłużej zastanawiać się, czy aby na pewno on jest normalny.
-W jaki sposób zdobyłeś bakterię tasiemca, w dodatku taką mutację?
-To nie było trudne. Dostałem się do grupy odpowiedzialnej za zaopatrzenie głównego laboratorium uczelni. Przechowywaliśmy tam wszelakie wirusy i bakterie, potrzebne do doświadczeń. Nikt nie zauważył, gdy jedna fiolka z tasiemcem zniknęła. Wystarczyło nakarmić go ołowiem i potasem, aby powstał cztero-sekundowy morderca.
-Zatrułeś jej jedzenie?
-Oczywiście, że nie. Cher mało jadła, ale za to piła dużo, zwłaszcza jogurtów. Wyzwaniem dla pięciolatka było wrzucić jej wirusa do butelki i patrzeć, jak umiera w męczarniach. Ten widok zostanie w mojej pamięci na zawsze - odpowiedział Styles, oblizując wargi. W jego oczach widziałem podniecenie i grozę. Byłem w szoku.
-Żałujesz? - zapytałem z głupia, tym samym zamykając kartotekę i podnosząc się z krzesła.
-Nigdy niczego w życiu nie żałowałem. Wymierzanie sprawiedliwości jest moim przeznaczeniem. Jestem wybrańcem - rzekł pewnie, a ja skinąłem głową.
-Dziękuję, to wszystko. Za chwilę zostaniesz przeprowadzony do swojej celi. Do widzenia, Harry - powiedziałem powoli i ruszyłem do drzwi.
-Zayn? - usłyszałem za sobą jego głos, ale nie odwróciłem się. Przystanąłem w miejscu i czekałem, aż zacznie.
-Pozdrów Perrie. Ciekawe, czy pamięta, że miała w mojej klasie praktyki - zaśmiał się, a ja zacisnąłem szczękę i wyszedłem, trzaskając drzwiami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz