poniedziałek, 6 stycznia 2014

2

*soundtrack*
Stałem na balkonie i jak zwykle, paliłem. Noc była zima, a zachmurzone niebo zdawało się płakać razem ze mną. Trzęsłem się z zimna, ale nie dawałem za wygraną. Dym tytoniowy owiewał moją twarz, gdy wypuszczałem go z płuc. Przygryzłem wargi, aby trochę się uspokoić, lecz nic nie pomagało. To wszystko zaczynało mnie przerastać. Może rodzice mieli rację, by pójść na studia prawnicze? Albo medyczne? Nie musiałbym spędzać kilku godzin dziennie na słuchaniu psychopaty, który bawi się ludzkim życiem. Przerażała mnie perspektywa dnia następnego i jakże wspaniałej powtórki z rozrywki. Dlaczego? Bo Harry Pierdolony Morderca Styles nie chce rozmawiać z nikim innym, niż ze mną.
Nagle usłyszałem za sobą szelest. Obróciłem głowę i zobaczyłem Perrie, ubraną w gruby, wełniany sweter, który dostała ode mnie na Gwiazdkę. W rękach trzymała puchowy koc, a gdy podeszła bliżej, zarzuciła mi go na ramiona, otulając mnie nim. Następnie wyrwała mi z ręki paczkę papierosów i bez słowa odpaliła jednego. Oparła się łokciami o barierkę i spojrzała przed siebie.
-Jak się czujesz? - zapytała cicho, a ja odwróciłem wzrok. Milczałem. Nie miałem bladego pojęcia, co mógłbym jej odpowiedzieć. - Wiesz, los stawia na naszej drodze wcale nieprzypadkowych ludzi. Każda osoba, którą poznałeś, coś wniosła w Twoje życie. Nawet, jeśli doprowadziła Cię do płaczu, załamania nerwowego, depresji… To to wszystko miało dać Ci jakąś lekcję. Nie możesz poddawać się na starcie tylko dlatego, że jest pod górkę.
-Gdybym nie był pedałem, to bym Ci się oświadczył - palnąłem, uśmiechając się blado.
-Gdybyś był hetero, a ja nie traktowałabym Cię jak brata, mogłabym się zgodzić - Perrie zachichotała, na co objąłem ją ramieniem, a ona wtuliła się w mój bok.
-Dziękuję, że jesteś - szepnąłem i pocałowałem ją w czubek głowy.
-Dziękuję, że mogę być - odpowiedziała i jeszcze przez chwilę trwaliśmy w takie pozycji.
Następnego ranka wypiłem siedem kubków kawy, wypaliłem szesnaście papierosów i powiedziałem “kurwa” jakieś czterdzieści razy. Byłem zdenerwowany, choć rozmowa z Perrie bardzo mi pomogła. Jednak ciągle coś nie pozwalało mi się skupić. Coś, a raczej ktoś. Cóż, Harry Pierdolony Morderca Styles. Nie mogłem uwierzyć, że człowiek o urodzie anioła może być brutalnym psycholem. Jedyne, co mi pozostało, to rozpocząć kolejne przesłuchanie.
Żwawym krokiem wpadłem do mojego gabinetu i zamarłem. Olly i Caroline, jak gdyby nigdy nic, obściskiwali się na MOIM biurku. Fuj, to okropne. Chyba muszę zadzwonić do Ikei po nowe biurko.
-Ekhm, przeszkadzam? - mruknąłem, krzyżując dłonie na piersi i dopiero wtedy para zorientowała się, że mają widza.
-Oh, przepraszamy, szefie. Już sobie idziemy - wydukał Olly, dopinając swoją koszulę. Wzniosłem oczy ku niebu.
-Z tego, co wiem, pokój 304 jest wolny, jeśli naprawdę nie możecie wytrzymać - zaśmiałem się ironicznie.
-Aleś Ty kurwa dowcipny, Malik - syknęła Car. - A co u Twojego mordercy? Przeszło mu bycie bogiem?
-Czasami żałuję, że nie mam przy sobie taśmy, by zakleić Ci usta, Flack - mruknąłem, na co ona pokazała mi środkowy palec i opuściła wraz z Murs’em mój gabinet. Wypuściłem z siebie głośny jęk i sięgnąłem po teczkę podpisaną “Harry Styles”. Stałem tak w bezruchu jeszcze kilka sekund, aż w końcu ruszyłem do prosektorium.
Moja kochana siostrzyczka pochylała się w skupieniu nad ciałem jakiejś młodej dziewczyny. Podszedłem bliżej i nachyliłem się, by zobaczyć wielką ranę na szyi, połączoną mocnym szwem.
-Eleanor Calder, dwadzieścia siedem lat. Studiowała socjologię, a przez ostatni rok pracowała jako wychowawca w londyńskim domu dziecka. Zmarła z wykrwawienia się po tym, jak… Cóż. Wbito jej w tętnicę nożyk do tapet.
-A więc to jest chciwość… - mruknąłem ledwo słyszalnie. - Ja pierdolę, coraz ciekawiej się robi. Rozumiem, że czas dowiedzieć się, czemu ona? - jęknąłem, ocierając z czoła kilka kropel potu.
-Chciałabym zrobić to za Ciebie, ale muszę zrobić sekcję pozostałej piątce, skoro chcemy wyjaśnić tę sprawę w ciągu tygodnia - uśmiechnęła się przepraszająco, na co kiwnąłem głową i opuściłem prosektorium. W głowie mi huczało. Bałem się? Nie, ja niczego się nie boję. Byłem tylko zdenerwowany. Powinienem powiedzieć Pers o pozdrowieniach? Wolałem chyba zachować to dla siebie.
Z hukiem, jak zwykle zresztą, otworzyłem drzwi do części A sali przesłuchań. Na krześle siedział psycholog, zawzięcie notujący coś w zeszycie. Stanąłem przed lustrem weneckim i zaglądnąłem do części B, gdzie znajdował się Styles. Chłopak siedział nieruchomo, wpatrując się w swoje splecione na stole, palce.
-Długo tu jest? - spytałem faceta obok, nie odrywając wzroku od młodego mordercy.
-Jakieś pół godziny, w ogóle nie zmienia pozycji - odpowiedział cicho. W tym momencie Harry obrócił głowę i wbił wzrok prosto we mnie. Nie mógł mnie widzieć, a jednak na jego twarzy zagościł ten arogancki uśmiech, pełen rozbawienia. Zacisnąłem zęby.
-Aż do teraz - warknąłem, po czym skierowałem się do drzwi. - Zajmę się nim.
Kiedy tylko przekroczyłem próg, Styles ponownie wbił wzrok w swe dłonie. Irytował mnie jego bezczelny styl bycia, choć w gruncie rzeczy, powinienem przywyknąć, iż większość morderców właśnie taka jest.
Usiadłem na krześle, na wprost chłopaka i otworzyłem kartotekę. Wziąłem do ręki długopis i zacząłem podpisywać zaległe papierki. Postanowiłem zignorować go, chcąc sprawdzić jego reakcję. Ciekaw byłem, czy naprawdę jest takim zagorzałym “boskim stworzeniem”, czy po prostu chciał zwrócić na siebie uwagę. Nie minęła nawet minuta, kiedy ciszę przerwał szorstki głos.
-Wiem, co planujesz. Nie uda Ci się. Mogę tu siedzieć całymi dniami, ale Tobie chyba nie płacą za picie kawy i gapienie się w papiery, które nawet Cię nie interesują - mruknął Harry, a ja podniosłem na niego wzrok. Nie kryłem szoku. W pewnym momencie przyłapałem się na tym, iż zastanawiam się, czy koleś czasem nie czyta w myślach. Przerażał mnie. Wziąłem głęboki oddech, by nie pokazać mu strachu, jaki nagle mnie opętał i wyprostowałem się na krześle.
-Dobrze, Harry. Eleanor Calder. Mówi Ci to coś? - zapytałem, lekko unosząc lewą brew.
-Chciwość - rzekł Styles pewnym siebie tonem, po czym nachylił się nad stołem, który nas dzielił. - Chciwość. Chciwość. Chciwość. Jesteś zainteresowany historią Chciwości?
-Oddaję Ci głos - odpowiedziałem, poprawiając rękawy koszuli, w celu ukryć gęsiej skórki, która pojawiła się na moich przedramionach. Następnie wziąłem do rąk notes i długopis, i oczekiwałem opowieści chłopaka.
-Eleanor Jane Calder. Nigdy nie zapomnę dnia, w którym ją poznałem. Był to zdecydowanie najgorszy dzień mojego życia. Nadęta, samolubna i chciwa egoistka. Doskonale wiedziała, jak się ustawić, by zgarnąć jak najwięcej profitów - zaśmiał się Styles, a jego głos kipiał złością i cynizmem.
-Opowiedz mi o tym - rzekłem spokojnie, a Harry spojrzał mi w oczy.
-To było zeszłego lata, początek września. Wraz z moim chłopakiem udaliśmy się do klubu, jak co sobotę. Żeby spotkać się z przyjaciółmi, pogadać, zabawić się. Wtedy ją spotkaliśmy. Siedziała przy barze, całkiem samotnie. Uśmiechała się smutno. Postanowiliśmy do niej zagadać. Przedstawiła się imieniem i resztę nocy spędziliśny w powiększonym, o jej osobę, gronie. Wydawała się naprawdę ciepłą i miłą osobą. Ale pozory mylą, prawda?
-Czekaj, czekaj… Z Twoim chłopakiem? Wybacz, że pytam, ale nie wiem, czy dobrze usłyszałem - przerwałem mu, nerwowo zagryzając wargę.
-Tak. Ja TEŻ jestem gejem - rzekł, znacząco spoglądając na mnie. Skąd on, do cholery jasnej, wiedział?!
-A więc poznałeś Eleanor w klubie. Co było dalej? - zignorowałem jego uwagę, wbijając wzrok w notes.
-Zrobiła się z nas “przenajświętsza trójca”. Rozumiesz, forever together. Eleanor miała piękny uśmiech i mogło się zdawać, złote serce. Zawsze była gotowa, by Cię wysłuchać, doradzić, wesprzeć. Jednak nasza przyjaźń jej nie wystarczyła. Chciała więcej.
-Co masz na myśli?
-Chciała jego. Na początku nie zwracałem na to uwagi. Przecież miałem pewność, że też jest gejem, że kocha tylko mnie. Żadna dziewczyna nigdy nie stanowiła jakiegokolwiek zagrożenia dla mnie. Ale wtedy pojawiła się Eleanor. Niby zwykły, przyjacielski flirt, ale z czasem zaczęło dziać się coś gorszego. On odpowiadał na jej zaczepki. Ja spadłem na drugi plan. Aż wreszcie stało się. Byliśmy umówieni na wieczór, ale w ostatniej chwili zadzwonił, że ma pilną sprawę w domu i nie może. Okej, pomyślałem. Może któraś z jego sióstr zachorowała? Albo mama potrzebuje pomocy? Myślałem, że załatwi to, co ma zrobić i wróci na noc. Nie wrócił. Ale gdy wstałem rano, już był w domu. Jak zwykle przywitał mnie kubkiem kawy i świeżym rogalikiem z piekarni. Uśmiechał się, ale widziałem po nim, że coś go dręczy. Zapytałem wprost, co się dzieje.
-A on odpowiedział..?
-Zakochałem się w Eleanor. Te kilka słów rozerwało moje serce. Pamiętam, że nie odpowiedziałem nic. On zaczął się tłumaczyć, że nadal mnie kocha, ale do niej też coś czuje. Nie był w stanie zidentyfikować jedynie, kogo darzy silniejszym uczuciem. Wyśmiałem go, cytując Johnny’ego Depp’a. Jeśli kochasz dwie osoby, to wybierz tę drugą, bo gdybyś naprawdę kochał tę pierwszą, nie zakochałbyś się w drugiej. I tak też się stało. Odszedł, wybierając Eleanor. A ja? Zostałem sam. Rozbity jak porcelanowa laleczka. Czułem się jak zabawka, która została rzucona w kąt, kiedy już się znudziła. Ale kochałem go. Nie mogłem go zatrzymać na siłę.
-Odebrała Ci to, co miałeś najcenniejsze - szepnąłem, a on kiwnął głową.
-Ale to był dopiero czubek góry lodowej - zaśmiał się kpiąco Styles. - Patrzyłem z boku, jak ona go wykorzystuje. Wszyscy widzieliśmy. Ale on był tak zaślepiony miłością, że nie chciał nikogo słuchać. Cóż, jego rodzice mają wielką firmę marketingową. Bądźmy szczerzy, kasy mieli jak lodu. Eleanor dobrze o tym wiedziała i nie żałowała sobie uciech, używając jego karty kredytowej. Tu sukienka za dwa tysiące, tam szpilki za siedem tysięcy. Na urodziny zażyczyła sobie samochód, za przeszło siedemdziesiąt tysięcy funtów. Pamiętam ten wystawny bankiet, który jej urządził. Uśmiechała się słodko i udawała zaskoczoną, choć wszystko było zaplanowane tak, jak ona chciała. Eleanor wysysała z niego każdy grosz. Nie mogłem na to patrzeć.
-Co sprawiło, że postanowiłeś się jej “pozbyć”? - spytałem, a Harry znów spojrzał na mnie.
-Boże Narodzenie. Spędzaliśmy je wszyscy razem. Jego rodzina i moja, w końcu przyjaźniliśmy się od lat. Ale gdzieżby mogło zabraknąć Eleanor? Przyjechała i nie szczędziła słodkich słówek, gdy została obdarowana prezentami od niego. W podświadomości od dłuższego czasu planowałem ją zniszczyć. Ale miarka się przebrała, kiedy przy kolacji oboje wstali i oznajmili nam coś, co doprowadziło mnie do krawędzi. Zaręczyliśmy się.
-Dopięła swego, tak? To masz na myśli?
-Tak. Jej chciwość nie znała granic. Im więcej dostawała, tym więcej chciała. Potrzebowała przyjaciół? Dostała. Pragnęła chłopaka. Odebrała mi go. Prezenty, pieniądze. A czemu nie? Ślub? Oczywiście, że tak. Powoli, małymi kroczkami, odbierała coś cennego wszystkim dookoła, niczego w zamian nie dając.
-Rozumiem. Teraz powiedz mi, jak doszło do zbrodni, której dokonałeś?
-To było na tydzień przed ślubem. Po przymiarce sukni ślubnej, poszła skontrolować prace nad dekoracją sali. Poszedłem z nią, oferując jej pomoc. Pech chciał, że nikogo już nie było. Nie spodobało jej się, że gołębica na głównej platformie ma zbyt długi ogon. Poprosiła mnie, abym przyciął go nożykiem do tapet. Zgodziłem się. Wziąłem narzędzie do ręki, a gdy odwróciła się w moją stronę, bezceremonialnie wbiłem go prosto w jej tętnicę.
-Nie miałeś litości?
-Litość jest dla słabych. Ja musiałem wymierzyć sprawiedliwość. Ten widok był przepiękny. Krew lała się strumieniami. Chciała krzyknąć, ale sprawiła, że jeszcze więcej czerwonej mazi trysnęło z jej gardła. Upadła na kolana, płacząc. Ściskała tętnicę, ale nic to nie dało. Kiedy ona umierała w męczarniach, ja spokojnie wytarłem wszystkie ślady. Zostawiłem ją tam i wyszedłem. Dopiero kilka godzin później ktoś ją znalazł. Udało mi się.
-Jesteś dumny, że pokonałeś zło, które czyniła? - zapytałem, przekręcając lekko głowę.
-Tak. Jestem Bożym Wybrańcem, taka jest moja rola. Wymierzać sprawiedliwość tam, gdzie jej nie ma. Zasiałem ziarno prawdy i zebrałem jej krwawe żniwo.
-Dziękuję Ci za tę rozmowę. Do zobaczenia jutro - powiedziałem spokojnie, podnosząc się krzesła.
-Mam taką nadzieję. Nie pozdrowiłeś Perrie, prawda? - zaśmiał się, a ja spojrzałem na niego z ukosa. - Czasami wielki z Ciebie tchórz, Zayn.
-Do widzenia, Harry - mruknąłem i opuściłem salę. Czym prędzej wpadłem do prosektorium, gdzie siedziała cała trójka mojej załogi. W głowie miałem jedną myśl.
-I jak? - spytała Caroline, a ja rzuciłem dokumenty na blat.
-Eleanor Calder. Zabito ją tydzień przed ślubem. Muszę porozmawiać z jej narzeczonym! Znajdźcie go!
-Już go znaleźliśmy - szepnąl Olly, spuszczając głowę. - Ale raczej z nim nie porozmawiasz.
-Co? Czemu? - zdziwiłem się. Wtedy Perrie podeszła do jednego ze stołów i podniosła prześcieradło, ukazując ciało młodego mężczyzny.
-Ofiara numer trzy. Louis Tomlinson - powiedziała Edwards, a ja z wrażenia aż sobie usiadłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz