*soundtrack*
-Nie rozumiem tego wszystkiego. Nie rozumiem jego - mruknąłem, gdy nazajutrz rano siedziałem w swoim gabinecie. Caroline podniosła na mnie wzrok. - Zabijał osoby, które znał. Które w jakiś sposób go skrzywdziły. Które kochał! To chore - schowałem twarz w dłoniach.
-Zayn, nie angażuj się w tę sprawę zbyt mocno. Wiesz, o czym mówię. To psychopata, może zrobić krzywdę i Tobie - rzekła Flack, a ja jęknąłem. Nie miałem siły, by to dalej prowadzić.
-Masz rację, dlatego oddaję go w Twoje ręce. Jesteś równie doświadczoną policjantką, co ja. Dasz radę - odpowiedziałem, prostując się na krześle. Kobieta spojrzała na mnie zszokowana. - Co?
-Masz trzydzieści sekund, aby to odwołać, inaczej zawołam Perrie - powiedziała, a ja zmarszczyłem brwi w zdziwieniu.
-Niby dlaczego?
-Ponieważ tylko Ty wiesz, jak rozgryźć tego Stylesa. Nikt nie zrobi tego lepiej. Poza tym, on nie będzie rozmawiać z nikim, jedynie z Tobą, wiesz to - zaznaczyła, a ja odchyliłem głowę do tyłu i wypuściłem ze świstem powietrze z płuc. Miała rację, po raz kolejny. Musiałem skończyć to, co zacząłem.
-Jakaś rada? - spytałem, a ona uśmiechnęła się, podając mi kartotekę Harry’ego.
-Weź te papiery, podnieś z krzesła dupę, na twarz włóż swój ironiczny uśmiech i bądź tym aroganckim, wkurwiającym mnie Zayn’em, co zawsze - powiedziała, a ja wywróciłem oczyma w teatralnym geście. Następnie zrobiłem to, o co prosiła i już chwilę później kroczyłem w stronę sali przesłuchań 41B.
Czego oczekiwałem? Czego się spodziewałem? Co mogłoby mnie zaskoczyć? Prawda jest taka, że nie byłem w stanie przewidzieć nic. Harry Pierdolony Morderca Styles był po prostu sobą. W jego głowie siedziała tylko żądza krwi i sprawiedliwości.
-Pers, co masz o tym Tomlinsonie? - wpadłem jeszcze po drodze do prosektorium, gdzie zawzięcie pracowała moja siostrzyczka. Oparłem się o biurko i spojrzałem z zaciekawieniem na jej zdeterminowany wzrok, gdy właśnie szyła kolejną ofiarę.
-Nic ciekawego, znalazłam w jego organizmie pigułkę gwałtu. Potem po prostu kulka w czoło, zgon w ciągu kilku sekund. Morderca chyba nie chciał, aby ten Louis cierpiał. Nieźle, nie?
-Właśnie idę na przesłuchanie, może dowiem się czegoś więcej. Wpadnę po Ciebie i pójdziemy na lunch, okej? - powiedziałem łagodnie, a gdy dziewczyna mi zasalutowała, opuściłem prosektorium.
Wszedłem do sali i zamknąłem za sobą drzwi. Bez słowa usiadłem przy stole i najnormalniej w świecie spojrzałem mu w oczy. Żaden z nas się nie odezwał. Otworzyłem notes na czystej stronie i zawiesiłem długopis w powietrzu. Mijały minuty, a ja nie wiedziałem, jak zacząć. Totalna pustka w głowie.
-Masz zamiar coś napisać, czy będziesz tylko udawał, że ta praca Cię satysfakcjonuje? - usłyszałem ochrypły głos. Uśmiechał się cierpko.
-Oszczędzam papier, bo wiesz, on powstaje z drzew, a ich jest coraz mniej - mruknąłem, odkładając wszystko na biurko.
-Patrzcie, jak rymuje. Komisarz Zayn na co dzień, DJ Malik po godzinach - zaśmiał się, a ja uniosłem w górę lewą brew. - Możesz w końcu zacząć mnie przepytywać? Nudzi mi się.
-Nudzi Ci się? Tobie? Psychodelicznemu mordercy, który planuje wymierzać sprawiedliwość? - pokręciłem głową z niedowierzaniem i mogłem zobaczyć, jak mimowolnie zaciska z nerwów pięści. - Co jest, Styles? Twoje opanowanie się kończy? Może mnie też zabijesz?
-Nie prowokuj mnie. Wiem więcej, niż myślisz - syknął, a ja zaśmiałem się cicho. - Czemu nie pozdrowiłeś Perrie? Boisz się?
-Skąd wiesz, że jej nie pozdrowiłem? Nie możesz mieć o tym pojęcia - próbowałem go wrobić.
-Jesteś ciotą i tchórzem, Malik. Boisz się własnego cienia, a zwłaszcza swego prawdziwego “ja” - mruknął, a ja poczułem, jak robi mi się gorąco. Byłem wściekły.
-Kim był dla Ciebie Louis Tomlinson? - zapytałem prosto z mostu i nagle mina mu zrzedła. - Co? Trafiłem w sedno? Może też bałeś się swojego prawdziwego “ja”?
-Nie masz pojęcia, o czym mówisz - warknął, a ja rozsiadłem się wygodnie na krześle.
-Zatem słucham.
Harry nabrał powietrza do płuc i odwrócił wzrok. Miałem wrażenie, że zobaczyłem w jego oczach łzy. To niemożliwe. Jednak po chwili odetchnął głęboko i wbił wzrok w blat stołu.
-Louis był… Kimś wyjątkowym. Kimś, kogo kochałem i byłem w stanie dlań poświęcić wszystko. Ale dla niego to nie miało znaczenia. Robił tak, aby to jemu było wygodnie. Nie brał pod uwagę niczyich uczuć.
-Kochałeś go - stwierdziłem jasno, a przez twarz chłopaka przemknął delikatny uśmieszek.
-Poprawka. Nadal go kocham - powiedział spokojnie, po czym podniósł na mnie wzrok i kontynuował. - To było dokładnie dwa lata temu. Poznaliśmy się na wakacjach, gdy wracając z plaży potknąłem się o własne nogi i wylądowałem prosto na nim. Jego oczy… Jego uśmiech… Jego głos. Cały czas mam to w głowie.
-Skoro go kochasz, dlaczego go zabiłeś? - zapytałem spokojnie.
-Skoro nienawidzisz tej pracy, to czemu jej nie rzucisz? - odpowiedział mi pytaniem na pytanie. - No właśnie. Ja też czegoś potrzebowałem. Sprawiedliwości.
-Opowiedz mi o tym.
-Zaczęło się niewinnie. Po prostu spotykaliśmy się jak kumple, razem imprezowaliśmy. Nic specjalnego. Jednak od pierwszego spotkania obaj przyznaliśmy, że moglibyśmy razem zamieszkać. To byłoby świetne. A potem, cóż. To po prostu się stało. Zamieszkaliśmy bliżej centrum Londynu. Ja studiowałem i pracowałem po zajęciach w piekarni. Louis spełniał się jako piłkarz, trenował bardzo dużo. Jego rodzice wciąż przysyłali mu kasę na mieszkanie, ale było mi głupio być na jego utrzymaniu. Chciałem dorzucić coś od siebie.
-Rozumiem. On też Cię darzył takim uczuciem? - spytałem, a Harry zaśmiał się cicho.
-Kochał mnie jak diabli, ale co z tego, skoro zawsze myślał tylko o sobie? Minęło sporo czasu, zanim wyznał mi, że jest gejem. A ja go pocałowałem, tak po prostu. Od tamtej pory byliśmy czymś innym, specjalnym. To, co nas łączyło było niesamowite.
-Co takiego stało się, że zacząłeś myśleć o jego śmierci? - nie dawałem za wygraną. Musiałem poznać prawdę.
-Pamiętasz Eleanor, prawda? To on był ze mną, gdy ją poznaliśmy. To jego mi odebrała. To on odszedł z nią, by stworzyć “normalną” rodzinę, a nie gejowski związek bez przyszłości.
-Chcesz powiedzieć, że zabiłeś go, bo…
-Nieczystość - przerwał mi Harry. - Louis był okropnym kłamcą, niewiernym kłamcą. Zostawił mnie dla Eleanor, ale ona nie potrafiła dać mu tego, czego pragnął. Dlatego, kiedy miał ochotę, przychodził do mnie. Wykorzystał mnie, zwyczajnie zmieszał z gównem. Był ciotą, ale bał się przyznać rodzicom. Wiedział, że wtedy straciłby cały majątek oraz uznanie rodziny. Bał się opinii środowiska. Kochał mnie, a udawał szczęśliwego mężczyznę, który ma wspaniałą narzeczoną i domek z ogródkiem. Byłem wściekły, ale kochałem go. Pragnąłem dla niego jak najlepiej, nie umiałem mu się oprzeć.
Coś we mnie pękło. Zrobiło mi się żal Harry’ego. Próbowałem postawić się w jego sytuacji, ale nie mogłem. Nie byłbym w stanie żyć, jak on. Nie potrafiłbym być czymś w rodzaju “osobistego gościa od zaspokajania zachcianek”. W pewnym sensie podziwiałem go, że był w stanie to wytrzymać tak długo.
-Przychodził do mnie i tak po prostu mnie całował. Lubiłem tę jego władczość, ten strach, który mnie wówczas ogarniał. Każdej nocy wymykał się z domu swojego i Eleanor, aby tak po prostu mnie przelecieć i ponownie odejść. To zaczynało mnie zabijać. Nie mogłem patrzeć na te słodkie uśmiechy, kierowane do niej, kiedy powinny należeć do mnie. Dotykał ją, obejmował w sposób, w jaki zawsze robił to względem mnie. Radośnie oznajmiał, jak bardzo ją kocha, krzyczał to światu. Nie wiedział, że wtedy moje serce roztrzaskiwało się na miliardy kawałeczków. I gdy wszystko szło w dobrym kierunku, ja zdołałem się podnieść i posklejać moje uczucia w całość, on znów wracał. Wracał tylko po to, by znów odejść i odchodził, aby ponownie wrócić i jeszcze raz mnie zniszczyć.
-Jak doszło do… Do jego śmierci? - przełknąłem głośno ślinę. Bałem się tego.
-Zanim zająłem się Eleanor, wpakowałem w niego pigułkę gwałtu i poszedłem pozbyć się jego dziewczyny. Później wróciłem i nieprzytomnego wsadziłem do samochodu, po czym wywiozłem za miasto, na ogromną łąkę z dala od ludzi. Tam ułożyłem wielkie serce ze świec, a po środku wbiłem drewniany pal. Był to mój własny ołtarz ku czci prawdziwej miłości i zamierzałem złożyć Louisa w ofierze - zaśmiał się, a mym ciałem mimowolnie wstrząsnął dreszcz. - Potem obudziłem go i ledwo żywego przykułem do pala. Najpiękniejszy widok w moim życiu.
-Co było dalej? - dopytywałem się, ignorując drżenie mego głosu.
-Podszedłem do niego. Ostatni raz dotknąłem jego gorącego ciała. Ostatni raz poczułem jego oddech. Ostatni raz spojrzałem w te niebieskie tęczówki. Ostatni raz go pocałowałem. Ostatni raz powiedziałem, że go kocham - szepnął Styles, a mi głos uwiązł w gardle. - Odszedłem na odległość dziesięciu metrów i z kieszeni wyjąłem pistolet, po czym załadowałem i wycelowałem w niego. Harry, dlaczego? Przecież wiesz, że Cię kocham, błagam! Haz, kochanie, proszę, nie rób tego, powtarzał jak mantrę, ale ja już go nie słuchałem. Przykro mi, Louis, zgrzeszyłeś. Twa nieczystość doprowadziła do destrukcji Twojej duszy. Musisz zapłacić za swe winy i dziś nadszedł czas, by wymierzyć sprawiedliwość. Żegnaj, Lou, odpowiedziałem i zanim on zdążył otworzyć usta, strzeliłem.
Wzdrygnąłem się na krześle, gdy wyobraziłem sobie, jaka znieczulica musiała zawładnąć Styles’em, że posunął się do czegoś takiego.
-Co było potem?
-Nic. Naznaczyłem go cudowną siódemką i wróciłem do domu. Czekałem na Wasz ruch i o dziwo, całkiem szybko go znaleźliście. Cieszę się, że możecie być świadkami mej boskiej chwały. Że Ty należysz do tego niesamowitego przedstawienia, w którym gram główną rolę.
-Gdybyś mógł teraz powiedzieć coś Louisowi, co by to było? - zapytałem, cholernie bojąc się tej odpowiedzi.
-Że jestem Aniołem ze spluwą w dłoni, Aniołem Śmierci i mam nadzieję, iż jego dusza wreszcie zostanie odkupiona, a nasza miłość nasyciła się tą krwawą ofiarą.
-Na tym zakończymy, mam wiele pracy. Dziękuję za tę rozmowę, Harry - rzekłem spokojnie i podnosząc się z krzesła, ruszyłem do drzwi.
-Zayn? - już naciskałem klamkę, gdy zatrzymał mnie jego głos. Odwróciłem się, by na niego spojrzeć. - Nie bój się wszystkiego, co Cię otacza. Jesteś słaby, ale siedzi w Tobie demon. Dobrze o tym wiesz - zaśmiał się, po czym szybko opuściłem salę.
Wręcz biegłem korytarzem, nie mogąc zapanować nad bałaganem w głowie. Jesteś słaby, ale siedzi w Tobie demon. Już kiedyś usłyszałem te słowa. Z hukiem wpadłem do prosektorium i spojrzałem na Perrie.
-Powiedz mi, dlaczego, do jasnej kurwy, Styles najpierw każe mi Cię pozdrowić, a potem Cię cytuje?! - krzyknąłem wystraszony, na co przyjaciółka spojrzała na mnie z przerażeniem w oczach, a szklana tacka, którą przed chwilą trzymała w dłoniach, w jednej chwili roztrzaskała się o podłogę.
Posted 1 year ago with 17 notes
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz