poniedziałek, 6 stycznia 2014

4

*soundtrack*
Perrie stała na środku prosektorium i wpatrywała się we mnie w osłupieniu. To wszystko powoli przestawało mi się podobać. Podszedłem bliżej i łapiąc ją za ramiona, lekko nią potrząsnąłem.
-Powtórzę to pytanie jeszcze raz. OSTATNI raz. Dlaczego Styles kazał mi Cię pozdrowić i dlaczego Cię cytuje?! - wrzasnąłem, a ona spuściła głowę, lecz mogłem zarejestrować ten specyficzny odgłos zagryzania wargi.
-Bo… To jest skomplikowane - szepnęła, a ja na chwilę przestałem oddychać. Co się tutaj dzieje?
-Perrie, kurwa mać, mów! - nie dawałem za wygraną, musiałem poznać prawdę.
-Pamiętasz ten “incydent”? W ostatniej klasie? Ten, no wiesz… Impreza u Caroline, mnóstwo ludzi… - dziewczyna jąkała się, wymachując dłońmi.
-Tę noc, w którą ktoś Cię naćpał i zrobił Ci dziecko? Sam wynosiłem Cię do helikoptera! - jęknąłem na samo wspomnienie tej imprezy. Przez kilka godzin nie mogłem odnaleźć Perrie w ogromnym domu Flack. Aż w końcu znalazłem ją nieprzytomną i zgwałconą w jednym z pokoi. Byłem wściekły, ale nigdy nie dowiedziałem się, kto był tym bydlakiem.
-To był on - szepnęła, a ja zmarszczyłem brwi.
-Jaki “on”?
-Styles - powiedziała, a ja zdębiałem. Przez moją głowę przelatywało tysiąc myśli na minutę. Harry Styles naćpał Perrie. Harry Styles zgwałcił Perrie. Harry Styles byłby ojcem dziecka Perrie, gdyby nie pieniądze skradzione memu ojcu, na dokonanie aborcji. To było ponad moje siły.
-Że, przepraszam kurwa, co?! - po raz kolejny krzyknąłem, a blondynka odsunęła się nieznacznie ode mnie. - Dlaczego mi nic nie powiedziałaś!?
-Bo nie miałam o tym pojęcia! Nic nie pamiętam! Wiem to, bo gdy się wypisywałam, to zerknęłam na listę odwiedzających szpital tamtej nocy. Pod numerem mojej sali były trzy nazwiska: Twoje, mamy i… Niego. Na początku to zignorowałam, ale potem…
-Studiował na uczelni, na której Ty z kolei miałaś praktyki - dokończyłem, a ona kiwnęła głową.
-Kiedy go zobaczyłam… Wszystko wróciło. Jego oczy, jego włosy, jego uśmiech… Od razu go poznałam, ale ciągle miałam wątpliwości. Zaczęłam czytać listę uczniów i gdy powiedziałam to nazwisko, właśnie on wstał i dziwnie się uśmiechnął. Wtedy byłam już pewna.
-Czemu to ukryłaś?
-A co miałam zrobić!? Przyjść i powiedzieć: “Hej, w mojej klasie jest chłopak, który mnie zgwałcił!”? Opanuj się, Zayn.
-No dobra, może nie w tak dosadny sposób, ale miałem prawo wiedzieć! - starałem się nie krzyczeć, ale głos sam mi się unosił. - Przecież mógłbym…
-Mógłbyś co? - przerwała mi brutalnie. - Skopać mu jaja, bo zrobił dziecko Twojej przyjaciółce? Nie, dziękuję. Jakoś nie chciałabym być jedną z siedmiu ofiar, które tu leżą, ani tym bardziej, byś Ty do nich należał. A teraz wybacz, mam sporo pracy.
-Ale mieliśmy iść na lunch…
-Mam dużo pracy, ogłuchłeś?! - wrzasnęła, rzucając skalpelem w moją stroną, lecz szybko odskoczyłem. Postanowiłem więcej się nie narażać i opuściłem budynek MI5.
Całe popołudnie i noc spędziłem na zaległej, papierkowej robocie. Tam podpis, tu pieczątka - miałem dość siebie i swojej pracy. Naprawdę zaczynałem żałować, że nie posłuchałem Pers i nie poszedłem na casting dla modeli, gdy mnie namawiała. Nie, żebym był jakimś narcyzem, ale miałem wrażenie, że się nadaję. Jednak teraz było już za późno i musiałem męczyć się za biurkiem, bawiąc się w detektywa.
Kiedy następnego dnia wszedłem do prosektorium, Perrie nadal była w złym humorze. Rzuciła tylko we mnie kartoteką następnej ofiary i wróciła do swych zajęć. Przejrzałem dokumenty młodej tancerki, zmarłej na skutek utopienia i chwyciłem się za głowę, by sprawdzić, czy od tych morderstw jeszcze nie ołysiałem.
Moim kolejnym przystankiem była sala przesłuchań i Styles, który wydawał się bardziej zirytowany, niż zwykle. Miałem wrażenie, że puszczą mu nerwy, chociażby z powodu zbyt dużej ilości tlenu w pomieszczeniu. Poważnie, był niczym tykająca bomba.
-Dzień dobry, Harry. Musimy porozmawiać - rzekłem spokojnie, krzyżując dłonie na piersiach. Chłopak podniósł wzrok i spojrzał na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy. - Danielle Peazer.
-Czekałem, aż wreszcie o nią spytasz - uśmiechnął się cierpko, a następnie odgarnął włosy z czoła. - Danielle, Danielle, Danielle. Gdybym nie był gejem, to chętnie bym się nią zaopiekował.
-Kim była dla Ciebie? - zapytałem, a on wziął głęboki oddech.
-Po prostu dziewczyną mojego przyjaciela. Danielle tańczyła odkąd pamiętam. Rodzice mówili, że najpierw nauczyła się tańczyć, a potem chodzić. Była w tym dobra, naprawdę dobra. Miała wszystko, czego mogła chcieć. Wspaniały dom, kochającego chłopaka, najlepsze stopnie, zniewalający wygląd i niesamowity talent. Była słodka, urocza i ciepła, ale mało kto wiedział, co ją zżera od środka.
-Zazdrość?
-To było najgorsze, co mogła robić. Być zazdrosną, bez powodu. Była kochana, jak nikt inny na świecie, ale jej to nie wystarczało. Niszczyła tą zazdrością siebie, jego, oraz wszystkie osoby, które to dotknęło - rzekł spokojnie.
-Opowiedz mi o tym. Od początku.
-Byliśmy z nim jak bracia, znaliśmy się od piaskownicy. Zawsze razem, papużki nierozłączki. To było coś wspaniałego, nigdy nie miałem starszego brata i on właśnie taki wobec mnie był. Wspierał, opiekował się, troszczył. Wiedział o mojej orientacji i nigdy mnie nie odrzucił. Wręcz przeciwnie, dopingował mnie w moim byciu sobą. Podnosił na duchu, gdy po moim coming out’cie wiele osób odwróciło się i znienawidziło mnie. Gdy pojawiła się Danielle, cieszyliśmy się oboje. On wreszcie zakochał się ze wzajemnością, a ja nie mogłem wymarzyć sobie lepszej “bratowej” od niej. Do czasu.
-Co takiego się wydarzyło, że ją znienawidziłeś?
-Szczerze, to nigdy jej nie znienawidziłem. Kochałem ją, była dla mnie jak rodzina. Ale to, co wyprawiała, przechodziło wszelkie granice. Była bardzo władcza, nikt nie miał prawa podważyć jej zdania. A wszystko przez kompleksy. Mało kto wie, że czuła się niedowartościowana. Ludzie uważali ją za ideał, ale nie ona.
-Danielle miała kompleksy?
-I to jakie! - żachnął się Harry. - Do bólu zazdrościła figury innym dziewczynom z zespołu, więc namiętnie się odchudzała. Ciągle widziała w sobie niedoskonałości. Zazdrościła innym czegoś, całkowicie niepotrzebnie. Ale to był jedynie wierzchołek góry lodowej.
-Co masz na myśli?
-Danielle zazdrościła wszystkim wszystkiego. Miała obsesję na swoim punkcie i była nad wyrost ambitna. W każdej dziedzinie musiała być najlepsza, zawsze numer jeden. Porażka nie wchodziła w grę. Przez to, często grała nieczysto. Pewnego razu, gdy zbliżały się zawody międzynarodowe w balecie, rywalizowała o reprezentowanie Anglii z jedną dziewczyną z Liverpool’u. Tamta była faworytką, Danielle nie mogła tego znieść. Podrzuciła jej tabletki z hormonami wzrostu, przez co laska w śmiertelnych bólach, wylądowała w szpitalu. A Peazer mogła spokojnie cieszyć się mianem nowej faworytki. Jednak to nadal nie koniec.
-Zrobiła coś gorszego?
-Jej chłopak, mój przyjaciel. Był inteligentny, przystojny i miał poczucie humoru. Wszyscy go uwielbialiśmy, chociaż był nieco zamknięty w sobie. Kochał swoje domowe zacisze, charakteryzował się typową naturą domatora. Ale ludzie do niego lgnęli. Zawsze otaczała go grupka koleżanek, chociaż wiedziały, że nie mają szans z Danielle.
-A ta pewnie czuła się zagrożona? - zapytałem, a Harry kiwnął głową.
-Otóż to. Była chorobliwie zazdrosna. Kiedy raz zgłosił się do pomocy jednej z dziewczyn, przed klasówką z matematyki, zrobiła mu wielka awanturę. W efekcie tamci się uczyli, a ona siedziała na łóżku obok i malowała paznokcie, by mieć oko na swojego chłopaka. Śmieszne, prawda? Kochała go, ale kompletnie mu nie ufała. Bała się, że jej pozycja będzie zagrożona.
-Co dalej?
-Zazdrość zaczęła przekraczać granice przyzwoitości. Bez oporów zabroniła mu wszelakich kontaktów z innymi dziewczynami, pod groźbą rzucenia go. On był w niej zakochany na zabój, więc robił wszystko, o co tylko poprosiła. Jednak Danielle ciągle było za mało.
-Pozbyła się dziewczyn, czego mogła chcieć więcej?
-Mieć Liam’a tylko i wyłącznie dla siebie. Nikt nie miał do niego prawa, tylko ona - powiedział Styles. - Wyrzuciła z jego życia koleżanki, ale także kolegów. Ograniczała jego czas spędzony z rodziną. Bała się, że ktoś może ją zastąpić. Nawet, jeśli w grę wchodziła jego matka, czy siostra. Zazdrość opętała jej życie i osiadła w mózgu tak głęboko, że zaczęła wariować. Wszystko wybuchło, kiedy dowiedziała się o mnie.
-O Tobie, czyli…
-Mojej orientacji. Byłem chyba jedyną osobą, która jej nie przeszkadzała, w byciu blisko jej chłopaka. Ale gdy usłyszała, że jestem gejem, wściekła się. Zabraniała mi rozmawiać z nim przez telefon, bo bała się, że mogę go jej zabrać. To było chore, on nawet nie był w moim typie, zresztą z niego był strasznie pobożny katolik. Homo nie wchodziło w grę. Jednak te argumenty na Danielle nie działały. Z każdym dniem było gorzej.
-To możliwe? - zdziwiłem się, na co chłopak zaśmiał się cicho.
-Oh, tak. Zapominasz, że dla niej nie było rzeczy niemożliwych. I kiedy jej prośby nie działały, zaczęła mi grozić. Początki były niewinne, głupie pogróżki na poziomie przedszkolaka. Potem wszystko przerodziło się w zaczepki, nasyłanie na mnie jakichś dziwnych typków. Aż wreszcie stało się. Wróciłem do domu z podbitym okiem, bez dwóch zębów i z pociętą brodą. On to widział. Chciał spytać, co się stało, ale ona szybko go odciągnęła. To dopiero namiastka tego, co potrafię, powiedziała do mnie ledwo słyszalnie. Nie mogłem tego znieść. Musiałem wymierzyć sprawiedliwość.
-Jak tego dokonałeś?
-To nie było nic trudnego. Ukradłem jego telefon i wysłałem SMS, byśmy spotkali się nad jeziorkiem za miastem. Przyjechała, a ja wtedy ją napadłem i zarzuciłem worek na głowę. Nie wiedziała, kto to robi, punkt dla mnie. Związałem jej oczy i zaprowadziłem na malutkie molo. Szarpała się, krzyczała, a ja po prostu milczałem. Przykułem do jej kostek betonowy klocek, całe trzydzieści kilogramów. Piękna siódemka, wypalona żywcem, zdobiła jej kark. Udawała silną, nawet nie drgnęła. Dopiero, gdy zrozumiała, co zaraz się stanie, zaczęła błagać o litość. I wtedy przemówiłem. Wybacz, Danielle, ale Twoja zazdrość nigdy nie była narzędziem budującym. Musisz zapłacić za swój grzech. Nie zapomnę jej zdziwienia do końca życia. Była zdruzgotana. Harry?! Proszę, nie! On Ci tego nie wybaczy!, krzyczała. Zaśmiałem się, że nie ma możliwości, by się zorientował, że to ja. Następnym, co się stało, było wrzucenie kamienia do wody i patrzenie, jak Peazer tonie, w ledwo zakrywającej jej głowę, głębinie. Rzuciłem słodkie Au reavoir i zostawiłem ją tam. Kolejny grzech został odpuszczony, a ja będę zbawiony.
-Nie jest Ci źle ze świadomością, że zabiłeś bliską osobę kogoś, kto z kolei był bliski Tobie? - zapytałem, na co Styles spojrzał na mnie.
-Nie jest Ci źle ze świadomością, że przyczyniłeś się do śmierci niewinnego dziecka, nawet jeśli zostało spłodzone przez mordercę? - odpowiedział pytaniem na pytanie, a ja zamarłem.
-To nie Twój interes - syknąłem.
-To nie Twój interes - powtórzył, a cyniczny uśmiech nie schodził z jego twarzy. - Jak miewa się słodka Perrie? Dawno się nie widzieliśmy. Myślisz, że byłaby zainteresowana kawą ze mną?
-Zbliż się do niej na odległość pięćdziesięciu metrów, a stracisz to, co masz najcenniejsze i wcale nie mam na myśli Twojego mózgu, wyżartego przez wyssane z palca mądrości - warknąłem, rzucając dokumentami o blat.
-Oh, Zayn, powinieneś popracować nad opanowaniem, wiesz? - zarechotał wrednie, a ja nie wytrzymałem. Już miałem rzucić mu się do gardła, gdy czyjeś mocne ręce odciągnęły mnie w tył.
-Malik, do kurwy nędzy, opanuj się! - wrzasnął Olly, siłą wyrzucając mnie na zewnątrz. - Chcesz pogorszyć naszą sytuację?! Ten skurwysyn i tak jest o krok przed nami!
-Ty przeklinasz? - jęknąłem, a następnie zmierzyłem się z jego pięścią. - Kurwa, za co?!
-Za spierdolenie przesłuchania. Jeszcze raz taki wybuch, a ja przejmę to śledztwo.
-Niby kto tak powiedział?
-Premier, był tutaj przed chwilą - rzekł Murs, a ja zaniemówiłem. No to mamy przejebane.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz