*soundtrack*
Tak, panie i panowie. Premier Wielkiej Brytanii, we własnej osobie, właśnie siedział w MOIM gabinecie, za MOIM biurkiem i pił Latte z MOJEGO kubka. Dlaczego? Nie podoba mu się sposób, w jaki prowadzę sprawę Styles’a. Nie mogłem tego pojąć - to ja tu jestem policjantem i to ja wiem, jak się obchodzić z mordercami! Niestety, to on jest premierem i wszystko mu wolno, nawet wpieprzać się od dwóch dni w moje śledztwo. A ja mam ładnie się uśmiechać i grzecznie przytakiwać.
-Muszę przyznać, że strasznie chaotycznie wypełniasz dokumentację. Zero ładu i składu - mruknął tonem pełnym jadu, a ja zacisnąłem pod stołem pięści. - Musisz przesłuchać podejrzanego, uzupełnić raporty z całego tygodnia i wypisać protokół z dzisiaj. Ah, do tego trzeba skserować wszystkie jego akta i schować w sejfie. Nie wspomnę już o wstąpieniu do księgowości i załatwieniu nakazów, żeby potem było mniej roboty.
-Z całym szacunkiem, panie premierze, jestem tylko jedną osobą i nie jestem w stanie załatwić tego w jed… - zacząłem, ale przerwało mi uderzenie jego dłoni o blat biurka.
-Z całym szacunkiem, Zayn, to nie była prośba. To jest rozkaz, TERAZ - powiedział stanowczo, a ja posłusznie podniosłem się z krzesła i wziąwszy potrzebne rzeczy, ruszyłem do drzwi.
-Kurwa mać! - wrzasnąłem, kiedy tylko przeszedłem przez próg prosektorium. Uderzyłem pięścią w ścianę i osunąłem się na podłogę, chowając twarz w dłoniach.
-Zayn, wszystko w porządku? - w mgnieniu oka znalazła się przy mnie Perrie, lekko potrząsając mną za ramiona. Podniosłem głowę i spojrzałem na nią.
-Nic nie jest w porządku, póki ten pompatyczny skurwysyn siedzi tutaj i mi rozkazuje. Za kogo on się, do chuja, uważa?! - słowa wylatywały z mych ust niekontrolowanie.
-Na litość boską, Malik, opanuj się - powiedziała spokojnie blondynka, głaszcząc mnie po włosach. - On tylko Cię sprawdza, jestem tego pewna. Przyjechał Cię wkurzyć, bo chce zobaczyć, jak długo wytrzymasz. Nie daj mu się.
-To nie takie proste - mruknąłem i podniosłem się z podłogi. - To nie nad Tobą stoi ten bufon, wytykając Ci najgłupsze pomyłki i traktując Cię jak chłopca na posyłki.
-Może w jego oczach tak wyglądasz, ale Ty musisz wiedzieć, że jesteś wart o wiele więcej - szepnęła i wtedy zorientowałem się, jak blisko niej się znajduję.
Perrie miała piękne oczy. Kryształowo niebieskie tęczówki wpatrywały się we mnie, w otoczce jasnej cery i blond włosów. Nie miałem pojęcia, co robię, ale przysunąłem się jeszcze bliżej, że nasze ciała praktycznie się stykały. Powoli obróciłem nas tak, iż to ona teraz była pod ścianą. Cały czas nie spuszczała ze mnie wzroku. Położyłem dłonie na jej biodrach i zbliżając się, nosem przejechałem wzdłuż jej policzka, napawając się zapachem perfum od Chanel. Znów na nią spojrzałem, miała przymknięte powieki i uchylone delikatnie usta. Wiedziałem, że popełniam największy błąd, ale nie mogłem się powstrzymać. W ułamku sekundy moje wargi naparły na jej, łącząc się w namiętnym pocałunku. Poczułem, że Perrie chce mnie odepchnąć, ale po chwili zacisnęła dłonie na mojej koszulce. Przygryzłem delikatnie jej dolną wargę, a ona pogłębiła pocałunek.
Nagle moich uszu dobiegł charakterystyczny stukot mokasynów o marmurową posadzkę. Odskoczyliśmy od siebie jak poparzeni, a już sekundę później do prosektorium wszedł Olly.
-Mam ochotę komuś przywalić, ktoś chętny?! - fuknął, odgarniając włosy z czoła, a następnie stanął i spojrzał na nas. - A Wy co tacy zarumienieni? Gdybym Was nie znał, to bym pomyślał, że właśnie się całowaliście lub coś więcej! - zaśmiał się, a ja ukradkiem spojrzałem na Pers. Zacisnęła powieki i wzięła głęboki oddech, po czym chciała mnie minąć, ale przytrzymałem ją za rękę.
-Pogadamy o tym później? - szepnąłem, a ona jedynie wyrwała dłoń z mego uścisku i ruszyła do stołu prosektoryjnego.
-Niech zgadnę, nasz kochany premier? - zagadnąłem, a Murs wywrócił teatralnie oczyma.
-Widziałem jak się zadomowił w Twoim gabinecie. Ale serio, pije z Twojego kubka? - jęknął, a ja głośno westchnąłem. - Dobra, co mamy na dziś?
-Niall Horan, dwadzieścia osiem lat, pochodził z Irlandii, mieszkał w Londynie. Zmarł od uderzenie tępym, ale ciężkim przedmiotem. Niestety nie znaleźliśmy nic, prócz patelni.
-Zabił go patelnią? Serio? Ja pierdolę - szepnąłem. - Coś jeszcze o nim wiemy?
-Plamy opadowe wskazują, że ofiara zginęła na miejscu - powiedziała Perrie, przekręcając głowę w bok. - Morderca musiał być bardzo dokładny i… Bardzo silny. Uderzenie było precyzyjne.
-Opadowe… Co? Możesz mówić po ludzku? - jęknął Olly, mamrocząc pod nosem coś na temat niezrozumiałego języka lekarzy.
-Osadzenie się krwi w człowieku, gdy serce przestanie bić. Takie siniaki, ogarniasz? - mruknąłem ze zniecierpliwieniem.
-Ohoho, ktoś tutaj się podszkolił, czy mi się wydaje? - zaśmiała się ironicznie blondynka, kręcąc z niedowierzaniem głową.
-Po prostu za dużo z Tobą przebywam, WSPÓŁLOKATORKO - przypomniałem jej.
-To, że razem wynajmujemy mieszkanie, dzielimy kuchnię i łazienkę oraz jeździemy do pracy, nie znaczy, że spędzasz ze mną zbyt dużo czasu!
-Dodaj do tego wspólną pracę, lunch, pogawędki, powroty do domu, kolacje, oglądanie meczy i wychodzenie z psem na spacer. Ah i jeszcze poranny jogging i siłownię, o ile księżniczka nie imprezuje noc wcześniej ZE MNĄ i jest w stanie podnieść się z łóżka. O czymś zapomniałem?
-Może o tym, że gotuję Ci, sprzątam i piorę Twoje gacie, kiedy Ty rozbijasz się swoim mercedesem, niewdzięczniku? - zaczyna się. Agresywna Perrie: Mode ON.
-Mode na sukces! To ja przyniosę popcorn! - pisnął podekscytowany Olly, klaszcząc w dłonie jak mała dziewczynka. Oboje zgromiliśmy go wzrokiem. - No co? Tak tylko mówiłem…
-Posłuchaj, PANI: JESTEM NAJLEPSZA BO SKOŃCZYŁAM STUDIA MEDYCZNE I DLA ZABICIA CZASU, KROJĘ TRUPY, A WKRÓTCE JEDNYM Z NICH BĘDZIE MÓJ BRAT! Gdybyś nie chciała, to byś tego nie robiła, łaski bez! - warknąłem, tym samym obserwując, jak Perrie nadyma policzki i robi się czerwona ze złości.
-Odezwał się ten dobry. PATRZCIE, BO TO JA, PAN ZAYN MALIK, NAJLEPSZE CIACHO W MIEŚCIE, WOŻĘ SIĘ MERCEDESEM WYGRANYM W ZDRAPKACH I WSZYSCY MYŚLĄ, ŻE JESTEM NADZIANY, A MIESZKAM W KAMIENICY Z GŁUPIĄ BLONDYNKĄ, KTÓRA MI USŁUGUJE! Nie myśl sobie, że… - zaczęła, ale przerwał nam dźwięk otwieranych drzwi.
-Cześć, robaczki, co słychać? - do środka weszła Caroline z zabójczym uśmiechem na ustach. Że też szczęka ją nie boli.
-Kolejna “rozmowa na poziomie” z serii Pan i Pani Smith. Chcesz obejrzeć? - zagadnął Olly, na co szatynka, o ile to możliwe, przybrała na twarz jeszcze szerszy uśmiech. Nie, serio, z jej szczęką wszystko dobrze?
-O, mój Boże! Masz popcorn!? - zawołała, momentalnie siadając przy Olly’im.
-Serio, ludzie? Serio? - jęknęła Pers, uderzając się otwartą dłonią w czoło. - Nie rusza Was fakt, że na sali, gdzie leży pocięty trup, jedlibyście popcorn i oglądali naszą kłótnię?
-My się nie kłócimy, kochanie - zauważyłem, a dziewczyna zgromiła mnie wzrokiem.
-KŁÓCIMY SIĘ MALIK I SPRÓBUJ SIĘ ZE MNĄ NIE ZGODZIĆ, A BĘDZIESZ JADŁ ZUPKI W PROSZKACH I NIE BĘDZIE KREMU Z BROKUŁ - wysyczała, a ja dostałem gęsiej skórki.
-Tak, kochanie - powiedziałem przestraszony, kiedy zaczęła machać mi przed nosem skalpelem.
-A nie mówiłem? Wykapani Pan i Pani Smith. Tam też Brad miał mniejsze jaja od Angeliny - podsumował Olly, a ja wzniosłem oczy ku niebo. Za jakie grzechy?
Nie chcąc dłużej prowadzić dziwnej konwersacji z tą nienormalną parą, ani też narażać się przyjaciółce, ruszyłem na przesłuchanie. Ciągle nie mogłem wybić sobie z głowy tego, co zrobiłem. Po cholerę ją pocałowałem?! Musiałem od tego odetchnąć, jednak nie mogłem na to liczyć przy Styles’ie.
-Dzień dobry, Harry - mruknąłem, wchodząc do środka i zajmując miejsce przy stole. Podejrzewałem, że po drugiej stronie lustra weneckiego znajduje się sam premier, dlatego postanowiłem się pilnować. Nie mogłem pozwolić, by odcięto mnie od sprawy i dano zniszczyć wszystko Murs’owi. Nie byłem zbyt ambitny, ani nic, ale Olly był zdecydowanie za słaby psychicznie na to zlecenie.
-Witaj, Zayn. Wszystko w porządku w kolorowym świecie policyjnego show biznesu? - zapytał nad wyraz radosnym tonem. Skinąłem głową i nie chcąc zagłębiać się w szczegóły, przeszedłem do rzeczy.
-Kim był Niall Horan i dlaczego go zabiłeś? - spytałem prosto z mostu, jednocześnie otwierając notes.
-Pamiętam ten uśmiech na jego twarzy, kiedy spotkaliśmy się ostatnim razem. Miał kompletnego świra na moim punkcie! - zaśmiał się Styles, a ja zmarszczyłem brwi.
-Coś Was łączyło?
-Nasza znajomość była bardzo… Skomplikowana. To Louis poznał mnie z Niall’em. To było jeszcze przed pojawieniem się Eleanor. Pracował w herbaciarni na Soho, gdzie często bywaliśmy z Lou. Okazało się, że chłopaki znają się z siłowni. I w ten sposób, od słowa do słowa, Irlandczyk poznał też mnie. Urzekł mnie swoim optymizmem, który tryskał z niego na wszystkie strony świata. Ciepły uśmiech, błyszczące oczy i ta blond czuprynka. Sprawiał, że robiłem się podniecony! Niedorzeczne, prawda? - Harry chichotał jak mała dziewczynka i przez chwilę zastanawiałem się, czy nie brał jakichś leków. Jednak chłopak nagle przybrał kamienną twarz, a jego oczy znów stały się puste i chłodne. - Ale to było zło wcielone. Musiałem go zniszczyć.
-Opowiedz mi o tym.
-Kiedy Eleanor zabrała mi Louis’iego, to Niall się mną opiekował. Odwiedzał mnie, dbał o moje mieszkanie, robił mi zakupy, prał i sprzątał. Gotowanie było jego życiem, uwielbiał jeść. To było wręcz jego obsesją. Ale do tego jeszcze dojdziemy. Louis go nienawidził. Z całego serca.
-Dlaczego? - zawahałem się, nie do końca wiedząc, czy chcę znać odpowiedź.
-To proste. Niall był moim kochankiem. Pieprzył mnie każdego dnia, kiedy to Lou zajmował się El. Kiedy zapadał zmrok i mój Romeo miał wrócić, Parys uciekał. To był już nie trójkąt, ale kwadrat miłosny.
-Chcesz powiedzieć, że…
-Horan zaspokajał moje wszystkie, nawet najmniejsze potrzeby. Lecz nie o tym mamy mówić. Wiesz, na czym polega grzech nieumiarkowania w jedzeniu i piciu, prawda? Chociaż wcale nie musisz, nie jesteś katolikiem. Mówi on o zwyczajnej umiejętności zachowania umiaru. Cóż, Niall był cudowny, ale miał jedną wadę. Owego umiaru nie znał.
-Jak długo to trwało?
-Odkąd pamiętam, to było już nie do powstrzymania. Za każdym razem, gdy gdzieś wychodziliśmy, spędzaliśmy czas na jakichś imprezach, on jadł. I z pozoru nie było w tym nic złego, ale każdy medal ma swoją drugą stronę. Horan się już nie kontrolował. Wszystko spadało na drugi plan, a jego żołądek był najważniejszy. Nie potrafił się powstrzymać, nic na niego nie działało. Zagarniał jak najwięcej tylko dla siebie i był gotowy zabić, gdyby ktoś próbował odebrać mu jego “skarb”. Zaczęła robić się z tego wielka paranoja. Chciałem mu pomóc, ale on… Nie miał zamiaru tego zmieniać. W końcu miarka się przebrała.
-Coś zadecydowało, że postanowiłeś go… Zabić?
-Tak. Jedno wydarzenie, które odcisnęło się na mej duszy. Nie wybaczę mu tego nigdy.
-Co takiego się stało?
-Dostałem telefon ze szpitala. Moja siostra była w ciąży, ale płód był zagrożony. Wiedziała, jakie jest ryzyko, ale chciała urodzić. Niestety, los chciał, że dziecko urodziło się nieżywe. Mogłem sobie tylko wyobrazić, jak wielki ból musiała odczuwać. Ale nie o to chodzi. Zadzwonili do mnie, że stan Gemmy się pogarsza, poród ją wykończył, straciła dużo krwi. Transfuzja była nieunikniona, a tylko ja miałem tę samą grupę, co ona. Musiałem dostać się do szpitala jak najszybciej, jednak wypiłem kilka piw i nie mogłem prowadzić. Nie było pod ręką nikogo, oprócz Niall’a.
-Pomógł Ci? - zapytałem, chociaż podejrzewałem treść odpowiedzi.
-Stary, nie jadłem nic od dwóch godzin, a właśnie gotuję spaghetti. Nie mogę, wybacz, jedź autobusem!, powiedział. Byłem wściekły. Krzyczałem, tłumaczyłem wagę sprawy, ale nic do niego nie docierało. On musiał zjeść. Zdenerwowałem się i na własną rękę dostałem się do szpitala. Tłukłem się przez całe miasto prawie godzinę, by usłyszeć, że spóźniłem się dokładnie pięć minut. Gemma zmarła. Przez niego i jego obsesję. To przelało czarę goryczy.
-Wróciłeś do mieszkania, tak?
-Tak. Wpadłem do środka, zapłakany i zezłoszczony, a ten po prostu spytał: I jak Gemma?A ja zwyczajnie odpowiedziałem: Nie żyje. Nie chciał wierzyć, ale pokazałem mu akt zgonu. Wygarnąłem mu, że to jego wina. Gdyby mnie zawiózł, żyłaby. Zaczął się tłumaczyć, że mu przykro, że nie miał pojęcia, że jest zdruzgotany. Nie słuchałem. Chwyciłem go za włosy i wepchnąłem twarz prosto w talerz jego spaghetti. Przyciskałem, dopóki nie zaczął się dławić. Kiedy zorientowałem się, że zaraz go wykończę, puściłem go. Zaczął kaszleć, a wtedy podniosłem z kuchenki patelnię i wymierzyłem mu ostry cios, prosto w potylicę, a następnie w skroń. Krew trysnęła strumieniem, a on opadł na posadzkę. Zaśmiałem się gorzko i po prostu wyszedłem z mieszkania. Kolejny grzech odkupiony. Sprawiedliwość została wymierzona.
-Nie rusza Cię fakt, że był Ci bliski, w jakiś sposób? - spytałem, a on uśmiechnął się cierpko.
-Jestem wysłannikiem Boga, tutaj nie ma czasu na sentymenty. Chyba coś o tym wiesz, prawda?
-Nie wiem, o czym mówisz - mruknąłem, dyskretnie zaciskając pięści.
-Jesteście z Perrie tak blisko. Szkoda, że nie wychowujecie słodkiego dziecka psychopaty - zaśmiał się ironicznie, a ja wziąłem głęboki oddech. Podniosłem się z krzesła i ruszyłem do drzwi. Już miałem wychodzić, gdy ostatni raz spojrzałem na niego.
-Do jutra, Harry - mruknąłem i wyszedłem z sali przesłuchań. Byłem z siebie dumny, że nie dałem się ponieść emocjom.
-Zayn? - usłyszałem za sobą głos premiera. Odwróciłem się i stanąłem z nim twarzą w twarz.
-Tak?
-Wracam do siebie, ale mam Cię na oku. Spieprz tę sprawę, a pożegnasz się z robotą - powiedział i minąwszy mnie, ruszył do wyjścia. Nagle odwrócił się i delikatnie się uśmiechnął. - Nie wiem, co zrobiłeś, ale napraw to. Ona Cię potrzebuje - po tych słowach zniknął z drzwiami windy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz