poniedziałek, 6 stycznia 2014

6

*soundtrack*

Kiedy tylko premier Cameron opuścił nasz budynek, nie mogłem wytrzymać ze szczęścia. Jednak moje emocje szybko opadły, kiedy przypomniałem sobie o Pers. My, cóż. Nie odezwała się do mnie ani słowem. Przyszedłem po nią, razem wróciliśmy do domu. Jak zawsze, poszliśmy na spacer z naszym psem i zjedliśmy kolację. Obejrzeliśmy jakiś durny film przy butelce wina, a potem każde z nas rozeszło się do swoich sypialni. Ani słowa w moim kierunku. Ale to przeze mnie - też się nie odezwałem. Bałem się, że ją stracę, a przez głupotę teraz czułem, że pogorszyłem swą sytuację jeszcze bardziej.
Westchnąłem ciężko i ukryłem twarz w dłoniach, zwracając tym na siebie uwagę Caroline. Zerknęła na mnie spod okularów, a następne, co zarejestrowałem, to szybki ruch dłoni i po chwili poczułem, jak dostaję w głowę ołówkiem.
-Dzięki, Flack, bardzo jesteś pomocna - mruknąłem, a ona zaśmiała się perliście.
-A co mam zrobić? Znów nakopać Ci do dupy, żebyś się wziął w garść? Nawet nie wiem, o co chodzi. Pożarliście się o coś, czy co? Ona warczy, Ty warczysz. Dziwię się, że jeszcze się nie pozagryzaliście - powiedziała, rozsiadając się w fotelu. - No więc, chcesz o tym pogadać?
-Zdecydowanie nie - odpowiedziałem chłodno, a ona wywróciła teatralnie oczyma.
-Wiesz, jesteś strasznie ciężkim przypadkiem. W ogóle nie chcesz współpracować, więc jak mam Ci pomóc?
-Co mam Ci powiedzieć? Że jestem gejem odkąd pamiętam, a wczoraj coś mnie napadło i całowałem się z Perrie?! Ba, wręcz się na nią rzuciłem! Chciałaś, to wiesz! - krzyknąłem, uderzając dłonią w blat biurka.
-No to dojebałeś, stary… - Caroline otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia.
-Dzięki, zajebisty z Ciebie psycholog. Jak tak dalej pójdzie, to wzrośnie liczba samobójstw w Londynie - syknąłem.
-A Ty jesteś pojebanym kretynem, jak mogłeś coś takie odwalić!? Na mózg Ci się rzuciło?! Trzymajcie mnie, bo zaraz wyjdę z siebie i stanę obok.
-O nie, z dwoma takimi to bym się całkiem wykończył.
-Nienawidzę Cię, Malik, ale tylko ze względu na to, że jesteś moim szefem, nie dostaniesz w ten niewyparzony pysk. A w ramach terapii, idź pomęcz Styles’a. Wydaje się, że oboje macie tak samo nasrane w głowach - warknęła i wyszła z gabinetu, trzaskając drzwiami. Chwilę potem wszedł Olly, zerkając na mnie podejrzliwym wzrokiem.
-Chyba mamy czerwony alarm - szepnął, a ja momentalnie spiąłem wszystkie mięśnie.
-Co się stało!?
-Perrie jest zła… Caroline teraz też… A sekretarka z drugiego piętra nazwała mnie bucem, bo skomentowałem jej nowe czółenka - rzekł przestraszonym tonem, a ja zmarszczyłem brwi.
-O czym Ty mówisz?
-To chyba TE dni, no wiesz. Kurwa, nie każ mi mówić tego słowa na głos! Nie znoszę go!
-Jak one mają okres, to ja jestem papieżem - warknąłem i podniosłem się z fotela. - Po prostu się nie narażaj, okej? - uśmiechnąłem się smutno, a chłopak pokiwał głową.
Z wypisanym przemęczeniem na twarzy, wszedłem do sali przesłuchań, gdzie już czekał Harry. Usiadłem, rzucając notesem o blat i przetarłem oczy dłońmi.
-Witaj, Zayn. Gorszy dzień? - zapytał uprzejmie Styles, na co jedynie prychnąłem:
-I po co się głupio pytasz, skoro wiesz? TY wiesz wszystko. O mnie, o Perrie, o swoich ofiarach. Na cholerę zadajesz te głupie pytania, jeśli znasz odpowiedzi?
Harry milczał, a ja wiedziałem, że uderzyłem w czuły punkt. Teraz ja byłem o krok przed nim. Nie spodziewał się takiej reakcji po mnie, mogłem wyczytać to w jego oczach. Uśmiechnąłem się po nosem.
-Chcesz mi opowiedzieć o przedmiocie gniewu i Simonie Cowell’u, czy mogę już pójść i po prostu wsadzić Cię za kratki? - mruknąłem, niby to od niechcenia, ale zarejestrowałem, jak chłopak napina mięśnie.
-Nic nie wiesz. Nie masz pojęcia, o czym mówisz. Jesteś nikim w porównaniu ze mną i moją siłą, Zayn - powiedział chłodnym tonem. Zaśmiałem się.
-Słuchaj, słoneczko. W porównaniu ze mną, jesteś tylko rozpuszczonym dzieciakiem, któremu się w dupie poprzewracało i nie zna życia, więc nie pieprz mi tutaj o żadnej sile, jasne? Albo ze mną współpracujesz i skończysz w więzieniu, albo już teraz mogę dostać nakaz od Królowej, aby wysłali Cię do Teksasu i dokonali kary śmierci. Co wolisz?
-Śmierć jest niczym dla mnie. Mogę umrzeć nawet teraz, ale wtedy Ty będziesz umierał, że nie znalazłeś powodów, dla których zabiłem - rzekł pewnie siebie, a ja przekląłem się w myślach. Kurwa, nie doceniłem go.
-Nie musisz mi grozić, dam sobie radę bez tego. Kim był Simon Cowell? - nie dawałem za wygraną.
-Najgorszym nauczycielem pod słońcem - odparł spokojnie. - I moim wujem.
-Wujem? Byliście spokrewnieni? - zdziwiłem się.
-Był dobrym przyjacielem rodziny, dlatego nazywałem go wujkiem. Jednak nie zawsze to określenie do niego pasowało.
-Gniew? Dlatego go zabiłeś?
-Zaczynało się niewinnie. Już jako dziecko, nie raz podsłuchałem, jak przyjaciółka mamy zwierzała się jej i skarżyła, że Simon się na niej wyżywa. Bywa agresywny, ciągle krzyczy i zdarza się mu podnieść na nią rękę. Ale najlepsze zaczęło się później.
-Co masz na myśli?
-Simon był nauczycielem śpiewu w college’u, do którego poszedłem. Mimo, że nie miałem zamiaru uczęszczać na jego zajęcia, musiałem liczyć się z tym, że będę go spotykał. Dlatego już pierwszego dnia postanowiłem udać się do jego klasy, żeby po prostu się przywitać. Korytarz był puściusieńki, a zza drzwi słyszałem jedynie pianino i czyjś śpiew. Wsłuchałem się w melodię, która była naprawdę piękna i odpłynąłem. Nagle mych uszu dobiegł huk, jakby ktoś uderzył czymś o biurko. Podskoczyłem i pociągnąłem za klamkę, żeby zajrzeć do środka. Stał tam, nad jakimś chłopakiem i wymachiwał rękami. Ty smarkaty popaprańcu! Myślisz, że chce mi się na Ciebie marnować czas!? Dobrze, że Twój głupi tatuś płaci, bo już dawno bym Cię wywalił! Jesteś niezdarą! Jak można pomylić się o pół tonu w tak banalnej piosence! Wiesz, co to jest a-mol, a co to a-mol z krzyżykiem!? Pierdolony nieudaczniku!, krzyczał na niego. Byłem zdziwiony, bo moim zdaniem tamten chłopak był naprawdę niezły. Poza tym, nie mogłem wyjść z szoku, na widok wuja w takim stanie. Jak już mówiłem, wiele słyszałem, ale…
-Nigdy nie widziałeś na własne oczy? - dokończyłem, a on przytaknął.
-Chciałem się odezwać, żeby zaznaczyć swoją obecność, ale nie zdążyłem. Simon złapał tamtego chłopaka za ramiona i z całej siły wymierzył mu siarczysty policzek. Ten, ze łzami w oczach, zerwał się z miejsca i minął mnie w drzwiach. Dopiero wtedy Cowell zauważył mnie. Zaniemówiłem. On natomiast w mgnieniu oka znalazł się obok, przycisnął mnie do ściany i grożąc pięścią, powiedział: Piśnij komukolwiek słówko, a skończysz w trumnie. Nie waż się wchodzić mi w drogę, kundlu. Potem puścił mnie i wyszedł z klasy.
-Co zrobiłeś potem?
-Szczerze? Unikałem go jak ognia, bo nie wiedziałem, jak mogę się z nim rozprawić. Plotki o nim nie ucichły, ale już nigdy nie zastałem go takiego. Krył się ze swoją złością, jak tylko mógł i groził wszystkim dokoła. Jestem przekonany, że nawet dyrektor bał się go do tego stopnia, iż nie śmiał wspomnieć przy nim o zwolnieniu. Skończyłem szkołę i poszedłem na studia, ale horror trwał. Na uczelni spotkałem wiele osób, które wyszły z jego klasy “cało”. Co chwilę dowiadywałem się czegoś nowego. Simon Mściciel Cowell terroryzował i bił swoich uczniów, ale nikt nie reagował. W końcu nie wytrzymałem.
-Opowiedz mi o tym, dokładnie.
-To był dzień, kiedy odebrałem dyplom ukończenia studiów. Ruszyłem do mojego college’u, aby pochwalić się dawnym nauczycielom moim sukcesem. W drzwiach szkoły minęła mnie zapłakana dziewczyna, zakrywała usta dłonią i biegła w stronę samochodu. Zdziwiłem się, dlatego zaczepiłem chłopaka, który podążał za nią. Tak, jakbyś nie wiedział. Cowell ją uderzył. Straciła dwie jedynki, rozumiesz?, powiedział. Zamarłem. Spodziewałem się chyba wszystkiego, ale nie tego. Simon uderzył dziewczynę pięścią. DZIEWCZYNĘ. NASTOLATKĘ. PIĘŚCIĄ. DO KRWI. Nie mogłem tego dłużej znosić. W głowie miałem plan, jak zniszczyć Simon’a. Wiedziałem, że nic mnie nie powstrzyma. Bardzo pewny siebie, ruszyłem do sali muzycznej, ale było pusto. Dochodziła pierwsza, więc podejrzewałem, iż poszedł na lunch. Mogłem wszystko przygotować. Sala śmierci była do mojej dyspozycji.
-Wtedy już wiedziałeś, w jaki sposób tego dokonasz?
-Oczywiście. Usiadłem przy fortepianie i czekałem na niego. Minęło kilka minut, zanim przyszedł. Gdy mnie zobaczył, nie krył zdziwienia. Zacząłem z nim rozmawiać, był dumny z mojego dyplomu. Jednak doskonale czułem napięcie między nami. Jeden fałszywy ruch z mej strony, a mogłem skończyć, jak ta dziewczyna, albo i gorzej. Wiesz, wujaszku, dawno się nie widzieliśmy. Już nawet zapomniałem, jak grasz, zaśmiałem się. Cowell zawsze był przewrażliwiony na punkcie swego talentu, więc w ciągu ułamka sekundy usiadł obok mnie. Ułożył palce na klawiszach, a ja wstałem. Zdziwiony, chciał się podnieść, ale nie był w stanie. Posmarowałem część krzesła, na której siedział oraz klawisze, super mocnym klejem. Harry, co to ma, kurwa, znaczyć!? Zaśmiałem się. Nadszedł Twój koniec wujaszku. Widziałem strach w jego oczach. Siedział sparaliżowany, nie mogąc ruszyć się ani o centymetr. Wtedy ja wziąłem do ręki strunę, którą wyrwałem z gitary kilka minut wcześniej i objąłem nią jego szyję. Spróbuj drgnąć, a skręcę Ci kark, zagroziłem, chociaż doskonale wiedziałem, że i tak go zabiję. Dlaczego to robisz?, spytał. Jego głos drżał, a oczy momentalnie wypełniły się łzami. Poczułem ogromną satysfakcję. Ktoś, kogo bali się wszyscy, bał się w tej chwili mnie. Popełniłeś ogromny grzech, wujaszku. Wiesz, że gniew to jeden z siedmiu stopni do piekła? Kogo jeszcze zraniłeś? Oprócz cioci, tego chłopaka z mojego pierwszego dnia szkoły i dziewczyny, która wybiegła stąd zaledwie pół godziny temu, hm? Postąpiłeś bardzo, bardzo źle. Ale po to tu jestem. Aby wymierzyć sprawiedliwość. Zaczął się szarpać i wyrywać, a ja pociągnąłem za strunę i zacisnąłem mocniej. Żegnaj, wujaszku, Twój grzech został odkupiony Twą śmiercią, rzekłem i patrzyłem, jak się dusi.
-A potem tak po prostu go zostawiłeś i wyszedłeś? - chciałem się upewnić, a na twarzy Styles’a pojawił się szeroki uśmiech.
-Ja przynajmniej załatwiam sprawy do końca, Zayn - powiedział, a ja zbladłem. Od początku tego śledztwa zastanawiam się, skąd on wie tyle o mnie, jakby czytał mi w myślach, ale bałem się zapytać. - Chyba powinieneś wrócić do domu i zająć się swoim życiem osobistym, nie sądzisz? Kobiety nie lubią być obwiniane, zwłaszcza wobec swej niewinności.
Bez słowa podniosłem się z krzesła i wybiegłem z sali. Miał rację, miał zajebiście cholerną rację. Czym prędzej wpadłem do prosektorium, a gdy zobaczyłem Perrie, momentalnie rzuciłem się ku niej. Nie zdążyła zareagować, gdy złapałem ją w pasie i przerzuciłem sobie przez ramię.
-Malik, do chuja, co Ty robisz!? Postaw mnie! - zaczęła krzyczeć, a ja starałem się ignorować zdziwione twarze ludzi, mijanych w korytarzu.
-Masz wolne, jedziesz ze mną do domu. Musimy porozmawiać - mruknąłem, kiedy jechaliśmy windą.
-Nigdzie z Tobą nie jadę! I nie będę z Tobą rozmawiać! Postaw mnie w tej chwili, bo nie będę gotować!
-Nie boję się Twoich gróźb, Pers, więc daj sobie siana - dziewczyna cały czas mnie gryzła, kopała i drapała, ale nie poddałem się. Wrzuciłem ją jak worek ziemniaków do bagażnika i zamknąłem go. Następnie wsiadłem za kierownicę i ruszyłem z piskiem opon.
-Jak tylko stąd wyjdę, to Cię zabiję, Malik! - dobiegł mnie jej głos, wydobywający się z przerwy między oparciami, a siedzeniami foteli. Zerknąłem w lusterko i widziałem, jak przekłada przez nią rękę, ale nie może sięgnąć ani mnie, ani drzwi. - Kurwa.
-Siedź grzecznie, a nikomu nic się nie stanie - powiedziałem i wyjechałem z parkingu, nucąc pod nosem jakąś piosenkę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz