*soundtrack*
Zatrzymałem się pod naszym mieszkaniem, po czym zgasiłem silnik i wysiadłem z samochodu. Otworzyłem bagażnik i zignorowałem krzyczącą Perrie, znów przerzucając ją sobie przez ramię, niczym worek ziemniaków. Ruszyłem do drzwi, a po chwili byliśmy w środku. Postawiłem ją na ziemi i nie zdążyłem nic powiedzieć, a dziewczyna już wymierzyła mi siarczysty policzek.
-Kurwa, Pers. Rozumiem, że jesteś wściekła, ale… - zacząłem spokojnie.
-Wyprowadzam się.
-…Nie sądzę, by bicie mnie było dobrym wyjściem… Czekaj, co powiedziałaś? - zmarszczyłem brwi, mając wrażenie, iż coś mnie ominęło.
-Wczoraj spakowałam walizki. Wyprowadzam się, Zayn - szepnęła, a ja zamarłem.
-Perrie, błagam Cię. Wiem, że zjebałem tym pocałunkiem, ale nie dramatyzuj tak - powiedziałem cicho. - Nie możesz mnie zostawić, potrzebuję Cię.
-Tak, to prawda, zjebałeś tym pocałunkiem, a ja zjebałam, że go odwzajemniłam. Ale jeszcze bardziej schrzaniłeś, nie próbując nawiązać ze mną jakiegokolwiek kontaktu. Wybacz, Zayn, ale nie mam wyjścia. Poza tym, dostałam nową ofertę pracy. Chcą mnie w FBI.
-Na litość boską, Edwards! Załatwię Ci podwyżkę, kupimy większe mieszkanie i dostaniesz samochód służbowy, ale nie odchodź od nas! - zawołałem błagalnym tonem, po czym wydusiłem z siebie okrzyk. - FBI?! Czyli Ty…
-Jadę do Nowego Jorku. Dziś o północy mam samolot. Moje wypowiedzenie leży na biurku w Twoim biurze - powiedziała obojętnym tonem. Nie potrafiłem tego pojąć.
-Wszyscy wiedzą, oprócz mnie. Prawda? - spytałem, a ona jedynie się zaśmiała i odwróciła wzrok. Sztylet wbity w moje serce. Zabolało. - Perrie, jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi. Wychowaliśmy się razem, płakaliśmy razem, cieszyliśmy się razem. Spełnialiśmy nasze marzenia razem. Chcieliśmy umrzeć razem. RAZEM. Już o tym zapomniałaś?
-Nigdy o tym nie zapomnę. Jesteś moim Bad Boy’em z Bradford, nie potrafiłabym Cię wymazać z życia. Ale coś się stało. Coś się zmieniło. Dorośliśmy, Zayn. Nie mogę ciągle tkwić w miejscu, muszę ruszyć do przodu - ostrze noża przekręcone, rozrywając mięśnie. Zabolało jeszcze bardziej.
-Nie zostawiaj mnie. Bez Ciebie nie dam sobie rady - szepnąłem, czując napływające do mych oczu łzy. Wyciągnęła dłoń i pogłaskała mnie po policzku.
-Przepraszam, ale nie potrafię inaczej. Tak będzie dla nas lepiej - powiedziała, zabierając swoje torby i kierując się do wyjścia.
-Perrie? - zawołałem za nią, a ona odwróciła się powoli. - Przepraszam za wszystko.
-Nigdy nie byłam na Ciebie naprawdę zła, za bardzo Cię kocham. Żegnaj, Zayn - jej słowa wypłynęły z ust powoli i cicho, a następnym, co zarejestrowałem, był trzask zamykanych drzwi. Momentalnie upadłem na kolana i ukryłem twarz w dłoniach.
-Ja Ciebie też kocham, Perrie - wydusiłem z siebie, a następnie wybuchnąłem spazmatycznym płaczem.
Następnego dnia czułem się koszmarnie. Miałem straszliwego kaca i nawet nie chciałem patrzeć w lustro, bo podejrzewałem, że wyglądam gorzej, niż okropnie. Jedyne, czego pragnąłem, to znów zaszyć się w domu z butelką whisky i paczką fajek. Nie mogłem przytulić się nawet do ukochanego psa. Oddałem go Caroline. Nie byłem w stanie się nim opiekować.
-Szefie, szefie! Przesłuchanie powinno zacząć się dziesięć minut temu! - do mojego gabinetu wpadł Olly, a ja uniosłem na niego wzrok. - O kurwa. Coś Ty ze sobą zrobił, co?
-Spierdalaj - mruknąłem, leniwie wstając z kanapy i zbierając rzeczy. - Tam, gdzie zawsze?
-Tak, ale… Nieważne.
-Co?
-Nic.
-Olly, mów, do chuja! - wrzasnąłem, a on spojrzał na mnie wystraszony.
-Po prostu… Nie rób z siebie ofiary, okej? Zniszczyłeś to i przez Ciebie się wyprowadziła. Nie obwiniam Cię, ale zastanów się, jak ona musi się czuć. Niepotrzebnie robisz przedstawienie - powiedział, a we mnie zawrzało.
-Przedstawienie, tak!? Nic o mnie nie wiesz! - warknąłem, a następnie wyszedłem z gabinetu, omal nie rozwalając drzwi. Szybkim krokiem wpadłem do prosektorium, gdzie już była Caroline. Bez słowa wyrwałem kartotekę z jej dłoni i zajrzałem do środka. Ostatnia ofiara. Lenistwo. Cudownie.
-Zayn? Jak się… - zaczęła, a ja wywróciłem teatralnie oczyma.
-Poczuję się lepiej, jak wreszcie się ode mnie odpierdolicie! - syknąłem, po czym ruszyłem do sali przesłuchań. Przypomniałem sobie o spokoju, jeśli chodzi o Styles’a, więc wziąłem kilka głębokich wdechów i delikatnie pociągnąłem za klamkę.
Harry siedział nieruchomo, ze wzrokiem wbitym w blat stołu. Cicho zająłem miejsce naprzeciw niego i odłożyłem dokumenty. Uniosłem dłonie, by pomasować swoje skronie, pulsujące od bólu. Westchnąłem cicho i spojrzałem na chłopaka. Wpatrywał się we mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
-Boli, kiedy tracisz kogoś, na kim Ci zależy, prawda? - szepnął, a ja spuściłem wzrok. - Czujesz się pusty, jakby ktoś wyrwał Ci serce. Jesteś niczym i najchętniej zniknąłbyś na zawsze, by nie musieć czuć bólu. Cóż, witaj w moim świecie.
-Ty w ogóle coś jeszcze czujesz? - zapytałem, podnosząc głowę. - Z zimną krwią zabiłeś ukochanego, przyjaciół, kochanka, rodzinę… Masz jakiekolwiek uczucia w sobie, czy Twe serce jest całkiem skamieniałe?
-Nie ma znaczenia, co czuję ja. Tylko to, co czujesz Ty, jest ważne - odpowiedział, całkowicie mnie zaskakując. Uniosłem w zdziwieniu brwi, ale po chwili odchrząknąłem lekko.
-Dlaczego zabiłeś Liam’a Payne i kim był dla Ciebie? - spytałem, a on uśmiechnął się arogancko.
-Liam, mój kochany leniuszek! To o niego tak chorobliwie zazdrosna była Danielle. Pamiętasz ją, prawda? Słodziutka para, aż do porzygania się!
-A więc lenistwo. Co takiego się stało, że to zrobiłeś? - spytałem, rozsiadając się wygodniej.
-To nic trudnego. Wszyscy znaliśmy Liam’a od tej lepszej strony. Jako uśmiechniętego, pełnego radości i na zabój zakochanego w Dani, chłopaka z pobliskiego college’u. Ale każdy medal posiada zarówno awers, jak i rewers. Podobnie było z nim.
-Słucham Cię w skupieniu.
-Li był bardzo ciepłą osobą, ale tylko niewiele osób wiedziało, że lenistwo wyniszcza go od środka. Nie potrafił zrobić nic sam, dlatego zamieszkał z Danielle. Sprzątała, gotowała, prała i usługiwała, kiedy on siedział przed komputerem lub telewizorem. Każde zaproszenie na jakieś przyjęcie, imprezę, spotkanie anulował, tłumacząc się chorobą lub czymś podobnym. Ludzie nie zwracali na to uwagi. Ale ja tak.
-Gorzej to o wiele za mało. Było tragicznie. Chłopak staczał się całkowicie. Jedzenie na telefon, zakupy przez Internet, zero spacerów czy joggingu, tylko samochód. Przejście do łazienki było dla niego wysiłkiem. Raz usłyszałem, jak Danielle skarżyła się Eleanor, że nawet nie chce mu się uprawiać seksu. Ciągle spał, jadł i gnił przed komputerem. A mimo to, miał nieziemskie ciało, dla którego niejedna panna ze szkoły, dałaby się pokroić.
-Myślę, że nie jeden facet dałby się zabić, aby tak mieć - mruknąłem, na co Harry się zaśmiał. - Kontynuuj.
-Widzisz, Liam był zbyt perfekcyjny, jak na jego zniszczone wnętrze. Ciągle tylko słuchał muzyki, oglądał filmy i wcinał frytki przed komputerem. Gdyby nie Danielle, nie brałby prysznica tygodniami i nie chodziłby do szkoły. To ona zmuszała go do wszystkiego. Tylko po to, by móc pobyć zazdrosną. Głupota. Ale jemu to nie przeszkadzało. Zaczynał przeginać z każdym dniem. Aż w końcu nastąpił punkt kulminacyjny.
-Co takiego się stało?
-Zauważyłeś, że Liam nie pojawił się na pogrzebie ani Louis’iego, ani Eleanor? Nie był też na spotkaniu upamiętniającym Niall’a, chociaż traktowali się jak rodzeni bracia. Co wtedy robił Payne? Przesłuchiwał najnowszą płytę The Train. Całkowicie zapomniał o życiu poza ścianami domu. Nic dla niego się już nie liczyło. Przestał o siebie dbać. Stał się wrakiem człowieka.
Zmarszczyłem brwi i spojrzałem Styles’owi w oczy. Coś dziwnego w nich błyszczało dzisiejszego dnia. Nieznajoma łuna świeciła w jego tęczówkach, ale nie potrafiłem tego odgadnąć. Irytowałem się.
-Jego włosy straciły witalność. Skóra zrobiła się szara. Oczy były puste i bez wyrazu. Nie uśmiechał się. A jego ciało już nie było “pomnikiem seksu”, jak to miały w zwyczaju mawiać pierwszoklasistki. Każdego dnia umierał na nowo, ale nie dał tego po sobie poznać. Uzależnił się od napojów energetycznych, które i tak nie pomagały mu złamać lenistwa. Zaczął ćpać jakieś prochy, ale było tylko gorzej. Chcieliśmy mu pomóc. Nic mi nie jest, odwalcie się!, wrzeszczał. Nie reagowaliśmy. To był jego wybór. Aż wreszcie, pękłem.
-Co takiego się wydarzyło?
-Zabiłem Danielle i poszedłem do niego. Z kosmykiem jej włosów, jej krwią na palcach. Poszedłem i po prostu powiedziałem: Zabiłem Twoją dziewczynę, Liam. Wyśmiał mnie. Pokazałem mu to, co przyniosłem. Znów śmiech. Byłem w szoku. W ogóle go to nie ruszyło. Dzień później, policja poinformowała go o jej śmierci. Zaśmiał się po raz trzeci. Ale nic poza tym. Aż do dnia pogrzebu.
-Na nim także go nie było?
-Oczywiście, że nie. Nie chciało mu się podnieść tyłka sprzed komputera. Chciałem się z nim tam spotkać, ale odmówił. Więc, skoro Mahomet nie przyszedł do góry, to góra przyszła do Mahometa.
-Jak zareagował?
-Nawet mi nie otworzył. Wszedłem sam, a on, jak zawsze, przyklejony do monitora. Zadrwiłem z niego, że nawet nie śmiał pokazać się na pogrzebie swej ukochanej. Zadrwił ze mnie. Co z tego? Przecież śmierć, to tylko punkt przejściowy. Sam tak mówisz, czyż nie?Zdenerwowałem się, ale zignorowałem to. W końcu za chwilę miał dołączyć do Danielle. Nie mogłem tracić czasu.
-Twój plan bardzo mnie zaskoczył.
-Jestem istotą doskonałą, zapominasz o mojej boskości. A Liam kochał muzykę. Czemu nie mogłem zabić go czymś, co kocha? Otóż to. Dużo czytałem o “śmiertelnych decybelach”. Nie było dla mnie problemem, skomponować coś, specjalnie na ostatnią podróż Payne’a.
-Podejrzewam, iż się ucieszył?
-Oh, tak! Był wręcz oszołomiony! Dawno nie widziałem go takiego… Ruchliwego! Wyrwał mi płytę z dłoni i włączył w odtwarzaczu. Kiedy założył słuchawki, wycofałem się z domu. Mogłem jedynie poczuć, jak grunt pod moimi stopami się trzęsie. Odliczyłem do sześćdziesięciu. Dokładnie tyle sekund trwała moja śmiertelna dawka muzyki. Wróciłem do jego pokoju i zobaczyłem to, co chciałem.
-Liam Payne martwy. Przed komputerem, ze słuchawkami w uszach, z których ciekła krew.
-To był niesamowity widok. Do tej pory mam gęsią skórkę! - zawołał podekscytowany Styles. - Wiesz, nigdy nie sądziłem, że osiągnę coś tak niesamowitego! Że zbawię czyjeś dusze i będę mógł wynieść się na piedestał chwały! To takie podniecające! Ale Ty też kogoś zbawiłeś, prawda? Przyczyniłeś się do śmierci dziecka, pamiętasz?
-To nasze ostatnie spotkanie tutaj, Harry. Za trzy dni masz rozprawę. Dziękuję, że mogłem z Tobą rozmawiać. Twoja historia jest… To tyle, do widzenia - powiedziałem i podniosłem się z krzesła.
-Zayn, usiądź, proszę - mruknął, a ja nie wiem, dlaczego, ale wykonałem prośbę. - Nie zastanawia Cię, czemu nie chciałem nikogo, prócz Ciebie? Tutaj, na przesłuchania?
Przełknąłem głośno ślinę, opierając łokcie na blacie i chowając podbródek w dłoniach. Spojrzałem mu w oczy. Panował w nich spokój. Chłopak nachylił się nad stołem tak, że nasze nosy niemal się stykały. Zadrżałem na tę bliskość, ale nie dałem tego po sobie poznać. Jego wzrok wypalał mnie od środka. Czułem, jak zasycha mi w gardle. Harry uśmiechnął się ironicznie i oblizał wargi.
-Wiem, że chcesz mnie pocałować, Zayn - wyszeptał, a jego oddech owionął moją twarz, mrożąc krew w żyłach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz