*soundtrack 1*
Życie to karuzela. Kręci się nieustannie, nigdy nie zawraca, a Ty nie możesz tego zmienić. Jesteś tylko jednym, marnym elementem tej układanki. Pomyłką Boga. Nic nieznaczącym puzzle’em, którego przy pomocy kilku narzędzi i zabiegów, można w łatwy sposób zastąpić innym. Jesteś jak liść na wietrze. Wznosisz się i upadasz wraz z kolejnymi podmuchami. Możesz mieć szczęście i jakieś dziecko znajdzie Cię przypadkiem na spacerze w parku, a następnie weźmie do domu, by udekorować Tobą zielnik. Niestety, jeśli należysz do grona pechowców, jak ja, zgnijesz od deszczu na jednym z londyńskich chodników.
Odpuść sobie. Wszystko. Wielkie poszukiwanie szczęścia, miłości, satysfakcji, odpowiedzi na nurtujące pytania. Odpuść. Nie zapomnisz, ale czasu także nie cofniesz. Chcesz naprawiać błędy, poprawiać życie, “otwierać nowy rozdział”. I po co? Aby doznać kolejnego rozczarowania, gdy to, w co wierzyliśmy, okaże się zwyczajnym kłamstwem? Nasze pomyłki mają dać nam nauczkę na raz następny, ale nie zagłębiaj się w to niepotrzebnie. Co się stało, to się nie odstanie. I tak skończysz równie marnie, co ja. Jesteśmy do siebie podobni, pamiętasz? Więc odpuść, a wszystko będzie dobrze.
Chcesz ruszyć przed siebie. Przestać tkwić w miejscu. Zrobić coś dla siebie, innych. Ale dzień odchodzi za dniem, a Ty nadal nie postawiłeś nawet najmniejszego kroku ku zmianom. Jesteś tchórzem. Boisz się, bo wiesz, że możesz stracić to, na co pracowałeś całe życie. Nikt się z Tobą nie liczy. Bliscy, którzy kiedyś Cię wspierali, odeszli. Gdy tylko poznali prawdę o Tobie, znienawidzili Cię. Jesteś sam i jedyne, co możesz zrobić, to się poddać. Wyj do księżyca, jak potępiony wilk, który już nigdy nie zazna spokoju i bezpieczeństwa. Ból rozrywa Twoje serce na drobne kawałeczki. Ale czy Ty to czujesz? Czy jeszcze jesteś w stanie poczuć cokolwiek, niż zafascynowanie własną krwią?
Stałem na najwyższym balkonie London Gherkin i oglądałem zachód słońca. Chłodny wiatr muskał moją twarz, a łzy swobodnie spływały po mojej twarzy. Byłem pusty, niczym porcelanowa lalka z wystawy sklepiku na Picadilly Circus. Coś niespotykanego zjadało mnie od środka, powoli wyżerało moje wnętrzności. Zostałem wyzuty ze wszelkich emocji, a na swoich dłoniach ciągle czułem zapach wilgotnego tynku, którym obite są ściany mego mieszkania. Nigdy nie pomyślałbym, że tak skończę.
Ktoś mnie kiedyś spytał, jak chciałbym umrzeć. Odpowiedziałem “spokojnie i bezboleśnie”. Byłem na naiwny. Umierałem całe życie. To ono zabijało mnie powoli, każdego dnia po trochu. Aż do dziś. Nienawidziłem siebie bardziej, niż wszystkich mych wrogów razem wziętych. Ale nie walczyłem z tym. Poddałem się i tym oto sposobem dotarłem aż tutaj. Fascynujące, prawda?
Siedem morderstw. Siedem osób. Wszyscy byli tak młodzi, mieli przed sobą jeszcze wiele do zrobienia. Posiadali niezliczone plany, marzenia i nadzieje. Troski i zmartwienia. Ich rodziny cierpiały. Widziałem to, będąc w delegacji na każdym, kolejnym pogrzebie. Posiadali wiele i nagle odebrano im to tak brutalnie. Siedem ofiar. Doszczętnie zmasakrowanych, iż nawet nie byłem w stanie sobie wyobrazić, jak musieli cierpieć, gdy umierali.
-Jak można być takim potworem? - szepnąłem, a wiatr pochłonął me słowa. - Jak nisko człowiek musi upaść? Jak ogromną pomyłką Boga musi być, aby chcieć po swojemu wymierzać sprawiedliwość, czyniąc takie zło? Jak cudem stałeś się taką bestią? - dokończyłem, a następnie odwróciłem się, by stanąć z mym oprawcą twarzą w twarz…
*soundtrack 2*
Uśmiechał się. Jego szmaragdowe oczy błyszczały w świetle księżyca, a jego czekoladowe loki szarpał chłodny wiatr. Miał zaróżowione policzki, w których widniały delikatne dołeczki, dodające chłopakowi anielskiej urody. Kto by pomyślał, że pod tą piękną maską niewinności, kryje się najgorsze wcielenie Szatana?
-To proste, Zayn - jego szorstki głos rozdarł ciszę między nami. Zachłysnąłem się tą melodią. - Uzależniłem się od śmierci i bólu. Byłem zmęczony i chory nudną codziennością. Wpadłem w nałóg i nie miałem drogi ucieczki. Rutyna zabijała mnie od środka każdego dnia. Tak, jak robiła to Tobie, pamiętasz? - uśmiech zszedł z jego twarzy, a on sam zaczął się do mnie zbliżać. Moje kostki natknęły się na przeszkodę, a gdy obróciłem się, zobaczyłem jedynie murek, otaczający dach budynku.
Ciepło jego ciała poraziło mój chłód. Zadrżałem mimowolnie, po czym spojrzałem mu w oczy. Wpatrywał się we mnie z dziką fascynacją, po czym uniósł dłoń i pogłaskał mnie po policzku.
-Nie musisz się już niczego lękać, Zayn. Mam kaca i jestem zakochany. A kiedy te światła zgasną i Londyn pochłonie mrok, mam zamiar zastrzelić każdego, kto będzie chciał Cię skrzywdzić.
-Nie lękam się - starałem się brzmieć jak najwiarygodniej, ale mój głos mnie zdradził. Z gardła chłopaka wydobył się chrapliwy śmiech, a on sam odrzucił głowę w tył i pokręcił nią z niedowierzaniem.
-Wszystko w porządku, naprawdę. Nie bój się, ze mną nic Ci nie grozi. Masz mnie i masz swoje marzenia, zachowamy je i obronimy siebie, Zayn. Nie ma znaczenia, jeśli to brzmi jak kupa gówna. Jesteśmy tutaj razem. Nic nas nie powstrzyma.
-Co zamierzasz, Harry? - spytałem szeptem. - Co chcesz zrobić?
-Nie musisz nic mówić. Wszystkim się zajmę, obiecałem Ci to. Pamiętasz nasze pierwsze spotkanie? Co Ci wtedy powiedziałem?
Doskonale pamiętałem te słowa. Każdego dnia odbijały się echem w mojej głowie. Stały się moim mottem, pośród nadziei, że karma nigdy nie powróci. Ale byłem tylko naiwnym głupcem, który stał na szczycie wieżowca z psychopatycznym mordercą.
-“Jesteś zbyt inteligentną osobą na siedzenie w tym burdelu, Zayn” - zacytowałem, a Harry uśmiechnął się delikatnie. Złapał moją dłoń i splótł nasze palce.
-Jesteś ponad to. MY jesteśmy ponad to, co nad otacza. Spójrz - wskazał dłonią na panoramę Londynu. - Mamy głowy w chmurach, ale czy to oznacza, że jesteś głupcami? Modlimy się do Boga, lecz czy to znak, iż nas zatrzyma? Jesteśmy tylko jego zabawkami, marionetkami. Pionkami na szachownicy życia. Marna wyliczanka, w której jedni dają, a drudzy biorą. Nikt nie może tego zmienić. Nawet sam Bóg. Jedynie my, Jego wybrańcy możemy powiedzieć “nie”. Ale co to da, skoro i tak wszyscy przeminiemy?
-Czego chcesz, Harry? - spytałem spokojnie. - Pomogłem Ci uciec. A Ty? Zniszczyłeś mnie. Od samego początku, wyniszczałeś mnie powoli i dokładnie. Zawładnąłeś każdą komórką mego ciała, mej duszy i mego umysłu. Nie potrafiłem znieść samego siebie, a Ty sprawiłeś, iż jest jeszcze gorzej.
-Rodzice Cię nienawidzą. Nienawidzi Cię przyjaciółka i koledzy z pracy. Nienawidzi Cię cały świat. A co najgorsze, TY nienawidzisz siebie. Grzech Ósmy. Szkoda, że niepisany - zaśmiał się, odgarniając włosy z czoła, a ja zamarłem. - Czego pragniesz, Zayn?
-Dopiąłeś swego, Harry. Gratulacje. Chcę ze sobą skończyć, chcę uciec, chcę umrzeć. Zabij mnie, o nic więcej nie proszę - powiedziałem, a następnie wspiąłem się na murek i spojrzałem w dół. Jeden krok i koniec. - Zepchnij mnie i zabij. Teraz.
-Nie mogę Cię zabić - szepnął, a następnie wyskoczył na betonowy schodek i stanął ze mną ramię w ramię.
-To co w takim razie zamierzasz? - zdziwiłem się, a on jedynie ujął moją dłoń i przysunął się bliżej.
-Odejdę razem z Tobą. Bo jestem tu dla Ciebie. I chcę być przy Tobie - szepnął. Nie wierzyłem własnym uszom. - Jestem zmęczony i chory, wpadłem w nałóg i nie mogę uciec. Mam kaca i jestem zakochany. A gdy te światła zgasną…
-Ja i Ty zastrzelimy ich wszystkich - dokończyłem za niego, a wtedy nasze usta połączyły się w namiętnym pocałunku.
To było chore i całkowicie irracjonalne. To, co nas połączyło, nie miało prawa istnieć. Byliśmy dla siebie nawzajem zakazanym owocem - pełnym grzechu i potępienia. Jednak w tej chwili nie miało to znaczenia. Nasze dłonie splecione w uścisku, oczy ukazujące dusze i serca, które biły głośniej, niż Big Ben. Zrobiliśmy krok do przodu. I razem rzuciliśmy się w przepaść. By przeżyć ostatnie uniesienie i zniknąć na zawsze. Razem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz