Kiedy następnego dnia Lindsay weszła do pokoju Louisa zobaczyła, że chłopak nie śpi. Leżał na lewym boku z rękami pod głową i patrzył pusto w przestrzeń. Wyraz jego twarzy nie mówił kompletnie nic, a kiedy jego ciocia przekroczyła próg pokoju nawet nie podniósł wzroku. Usiadła na łóżku patrząc na niego ze smutkiem. Wyglądał tak ponuro i smutno, że pękało jej serce. Ciężko opisać to co czuła w tej chwili. Kochała go całym sercem i nie mogła znieść tego co się stało dzień wcześniej. Miała wyrzuty sumienia bo dobrze wiedziała, że nie jest jeszcze gotowy żeby iść do szkoły, a i tak go tam wysłali. Poza tym obiecali mu, że jak zadzwoni to zaraz ktoś po niego przyjedzie… a tak się nie stało.
- Lou - zaczęła łagodnie, bojąc się, że lada moment wybuchnie. Chciała spróbować z nim porozmawiać, ale rozmyśliła się. Wolała na niego nie naciskać - Jakbyś czegoś potrzebował to będę na dole. Wzięłam sobie wolne. Zostawiam ci tu lekarstwa. Wypij… - mruknęła, a kiedy nie odpowiedział przejechała ręką po jego włosach i ruszyła do drzwi.
- Przepraszam - powiedział nagle chłopak, lekko ochrypniętym głosem, a Lindsay zatrzymała się i odwróciła w jego stronę.
- To ja powinnam przeprosić ciebie. Obiecaliśmy ci coś z Tomem i nie dotrzymaliśmy słowa… strasznie mi przykro. - powiedziała. Stała chwilę w miejscu i kiedy już myślała, że chłopak się nie odezwie zadał jej pytanie.
- Czy mogę zdjąć te bandaże z rąk? - głos miał cichy i spokojny. Podniósł wzrok i spojrzał na nią oczami, z których dało się wyczytać, że jest kompletnie wyczerpany. Nawet zdanie, które wypowiedział zabrzmiało bardziej jak prośba niż pytanie.
- Tak. Pomóc ci je zdjąć? - zapytała kiedy zaczął podnosić się do pozycji siedzącej. Kiwnął głową potakująco, a ona usiadła obok i delikatnie zaczęła odwijać bandaż, najpierw z prawej, a potem z lewej ręki.
Louis patrzył jak jego ciocia odwija ostatni fragment i jego oczom ukazały się przecięte ślady we wnętrzu dłoni. Bolały tak bardzo, że nie był w stanie wyprostować ręki i był pewien, że jeśli spróbowałby to zrobić to rany pękłyby na nowo. Przez kilka sekund przyglądał się swoim dłoniom, aż podniósł smutny wzrok i uchwycił współczujące spojrzenie Lindsay.
- Przepraszam - powtórzył po raz drugi, a ona przysunęła się bliżej niego i przytuliła go do siebie.
Kiedy wyszła zostawiła szeroko otwarte drzwi, ale Louis nawet nie zwrócił na to uwagi. Razem z Tomem robili tak odkąd tylko wyszedł ze szpitala po nieudanej próbie samobójczej. Zdążył się już przyzwyczaić, dlatego sam także nie próbował ich nawet zamykać. Wypuścił cicho powietrze, po czym wstał i udał się do łazienki.
*
- Liam, miło cię widzieć. - uśmiechnęła się Lindsay, kiedy po południu otworzyła drzwi wejściowe i dostrzegła w nich wysokiego szatyna - Wejdziesz? - zapytała uprzejmie, chcąc wpuścić go do środka.
- Nie dam rady, ja tylko… umm… przyniosłem rzeczy Louisa. Wprawdzie okularów ani telefonu nie da się już naprawić no ale… - urwał uśmiechając się odrobinę nerwowo.
- Dziękuję. - kiwnęła głową kobieta, uśmiechając się do niego i biorąc rzeczy.
- Skserowałem mu jeszcze notatki i najważniejsze rzeczy… - powiedział podając jej jakieś papiery - …w końcu ma miesiąc do nadrobienia. - podniósł wzrok - Domyślam się, że nie prędko znów pojawi się w szkole, więc jeśli tylko będzie chciał… pomogę mu z całym materiałem.
- Naprawdę mógłbyś? Bardzo ci dziękuję Liam, to miłe z twojej strony. Byłoby wspaniale bo teraz… nawet nie myślę o tym żeby wysyłać go z powrotem do szkoły. Porozmawiam z nim i jeśli zostawisz mi swój numer to dam ci znać…
- Nie ma za co. - uśmiechnął się - Jak on się czuje w ogóle? - zapytał zmartwionym głosem.
- Jest trochę wstrząśnięty, ale poza tym zachowuje się spokojnie, jak zawsze.
Rozmawiali chwilę i Lindsay dowiedziała się, że jego ojciec to Collin Payne, z którym kiedyś chodziła do klasy i z którym ona i Tom bardzo się przyjaźnili zanim wyjechał do stanów. Liam powiedział jej, że znów wrócił do Anglii ale mieszka w Londynie razem z jego mamą.
- …no, a ja mieszkam z dwójką przyjaciół tu w Green Meadow. Rodzice mnie dość często odwiedzają. Na pewno się ucieszą jak im powiem, że panią poznałem.
- Jak tylko będą w pobliżu powiedz im, że koniecznie muszą odwiedzić mnie i Toma. - uśmiechnęła się.
- Powiem im. Wybaczy pani ale muszę już iść. Proszę pozdrowić Louisa.
Pożegnali się, Liam zostawił swój numer telefonu, a Lindsay wyszła po schodach na górę żeby dać Louisowi książki.
Spodziewała się, że zastanie go w łóżku, ale ku jej zdziwieniu, siedział na parapecie z podciągniętymi kolanami i patrzył przez okno. Miał na sobie dresowe spodnie i luźną bluzę, a z lekko wilgotnych włosów, których nie wysuszył co jakiś czas skapywały kropelki wody.
- Był tutaj Liam… - powiedziała, a on kiwnął głową. Widział go przez okno. - Przyniósł ci notatki i jakieś książki i powiedział, że jeśli będziesz chciał to pomoże ci nadrobić materiał… Wydaje mi się, że to rozsądny pomysł… - uśmiechnęła się lekko.
Lou poczuł, że jego serce zaczyna szybciej bić. Uczyć się? Z Liamem? Z chłopakiem z tej szkoły? Nie, on nie może… nie da rady… Odwrócił głowę od okna i spojrzał na swoją ciocię błagalnym wzrokiem.
- N-nie wiem - wyjąkał odwracając wzrok.
- Lou… skarbie to on cię tutaj wczoraj przywiózł… naprawdę miły z niego chłopak. Spróbuj chociaż… Wiem, że to nie jest łatwe, ale masz strasznie dużo rzeczy do nadrobienia. - powiedziała podchodząc do niego i patrząc w tym samym kierunku co on, a potem znów na niego.
Szatyn myślał gorączkowo. Rzeczywiście bardzo dużo rzeczy musi nadrobić, ale przecież mógłby zrobić to sam. Spojrzał na Lindsay. Widział w jej oczach, że bardzo jej na tym zależy.
- No dobrze, spróbuję. - mruknął cicho, a na jej twarzy od razu pojawił się uśmiech. Tak naprawdę wcale tego nie chciał, ale co mógł zrobić?
- Cieszę się. Idę robić obiad i mam nadzieję, że zjesz trochę. Jesteś strasznie blady, nie chciałabym żebyś mi tu zasłabł. - powiedziała ruszając w kierunku otwartych drzwi - A o osiemnastej masz spotkanie z doktorem Flynchem. - rzuciła przez ramię i zniknęła.
*
Trzy dni minęły zanim Louis zdecydował się zgodzić na pomoc, którą zaoferował Liam. W tym czasie zaczął czytać książki i próbował nauczyć się czegoś na własną rękę, jednak nie wychodziło mu to najlepiej. Jego stan psychiczny wciąż się nie poprawiał i nawet doktor Flynch nie był w stanie tego zmienić. To nie było jednak niczym dziwnym bo Louis w ciągu kilku godzinnych sesji nie nawiązał z nim żadnej rozmowy. I to nie było tak, że uważał, że wszystko z nim w porządku, a chodzenie do psychiatry jest jakaś głupotą. Po prostu nie był na to jeszcze gotowy. Tak jak na spotkanie z Liamem, tyle, że z tego nie miał żadnego wyjścia. Obiecał Lindsay, że spróbuje, a ostatnią rzeczą jaką chciałby zrobić to zawieść ją i Toma lub sprawić im przykrość. Wiedział, że już i tak jest dla nich wystarczająco dużym problemem.
Spotkania z Liamem bardzo się obawiał. Nie wiedział jak ma się przy nim zachowywać, co mówić i czy będzie bezpieczny siedząc z nim w jednym pokoju, a kiedy już przyszedł, poczuł, że krew odpływa mu z głowy. Chłopak jednak okazał się być całkiem normalną osobą, a co więcej, Louis pomyślał nawet, że mógłby go polubić. Co prawda gadał bardzo dużo, ale w tym przypadku było to dużym plusem, bo Lou nie musiał mówić nic i doszedł do wniosku, że jego gadulstwo wcale go nie nudzi. A wręcz przeciwnie, słuchał go z zainteresowaniem i już po kilku spotkaniach nadrobił dość sporo przedmiotów. Jego ciocia i wujek byli z niego zadowoleni i cieszyli się, gdy Liam do nich przychodził, bo - jak zauważyli - miał wpływ na stan psychiczny Louisa, który zachowywał się przy nim bardziej swobodnie, więcej mówił i nie dołował się całymi dniami. Dlatego właśnie bardzo go polubili i zawsze zanim wyszedł dużo z nim rozmawiali. Obawiali się jedynie dnia, w którym Louis będzie musiał znów pojawić się w szkole, ale mieli nadzieję, że Liam jakoś pomoże mu przetrwać.
- Świetnie ci idzie ta majca. - pochwalił go pewnego dnia - Nie mam wątpliwości, że uda ci się to pozaliczać. Co nam jeszcze zostało?
- Historia sztuki. - mruknął cicho szatyn.
- Wybrałeś taki przedmiot? Hm… ja go niestety nie mam, ale Harry, chłopak, z którym mieszkam jest z tego całkiem dobry… Ten… ten, z którym cię tutaj przywiozłem. - dodał ciszej i ostrożniej - Myślę, że mógłby ci pomóc. Przyniósłby swoje notatki i powiedział co trzeba przeczytać. - spojrzał na Louisa, dostrzegając w jego twarzy cień przerażenia i niepewności - Hej, spokojnie. Przyszedłbym tutaj razem z nim. Nie masz się czego obawiać. - powiedział, a Louis nie wiedząc co ma zrobić w końcu uległ i zgodził się na to. Nigdy nie umiał odmawiać.
*
Kiedy w piątek usłyszał dzwonek do drzwi jego wnętrzności zaczęły się wykręcać. Słyszał jak Lindsay wpuszcza Liama i Harry’ego do domu, rozmawia z nimi trochę, śmieją się, a potem mówi żeby szli na górę. Kilka chwil później w jego pokoju pojawił się Liam, a za nim Harry. Liam oczywiście od razu zaczął gadać, nie tracąc czasu nawet żeby powiedzieć krótkie “cześć”, a Louis ledwo mógł się skupić na tym co mówił, bo czuł, że nerwy zżerają go od środka. W czasie kiedy Liam nawijał, Harry z rękami w kieszeniach zaczął jeździć wzrokiem po jego pokoju, aż zatrzymał się przy półce, gdzie stały zdjęcia i przyglądał się im bez słowa.
- …dobra i zaraz znajdę jeszcze to co ci miałem donieść z majcy i możemy zająć się historią… - mówił grzebiąc w torbie - Cholera, no nie wziąłem tego… A nie… zapomniałem, rzuciłem ją do auta. Zaraz po nią wrócę. Dajcie mi chwilę. - powiedział i nie czekając po prostu wyszedł, zostawiając ich samych.
Louis od razu zapragnął również wyjść z pokoju, byleby tylko nie być w nim sam na sam z Harrym, w którym przerażało go dosłownie wszystko. Ruszył nawet przez pokój, ale kiedy tylko mijał chłopaka w kręconych włosach został złapany za lewe ramię i delikatnym, zdecydowanym ruchem pociągnięty z powrotem. Z jego ust zdążył wydobyć się cichy dźwięk, kiedy jego plecy uderzyły o szafę.
- Proszę - wyjęczał cicho, przerażonym głosem, kiedy tylko uchwycił spojrzenie Harry’ego. Cholernie się go bał i nie wiedział co zamierza zrobić, co przerażało go jeszcze bardziej. Zaczął panikować kiedy Harry oparł o szafę swoją prawą rękę, nachylając się nad niego.
- Boisz się mnie Tomlinson? - szepnął rozmyślnie, patrząc prosto w jego przerażone oczy.
- Tak - Louis odpowiedział szybko i bez zastanowienia co wywołało mały uśmiech na ustach bruneta. Zaraz po tym szatyn od razu opuścił swoje spojrzenie.
- Pokaż mi swoje ręce. - powiedział poważnie wyższy chłopak. Lou podniósł swoje drżące dłonie na wysokość pasa, a Harry zabrał rękę, którą wcześniej podpierał się o szafkę i zrobił pół kroku do tyłu. - Podwiń rękawy. - rozkazał, a kiedy szatyn się nie ruszył powtórzył - Powiedziałem: podwiń. Te jebane. Rękawy. - jego głos nie wskazywał na to, że był zły, lub że chciał mu zrobić krzywdę, ale Louis mimo wszystko wciąż się go bał. Sposób w jaki wypowiedział każde słowo sprawił, że z trudem mógł złapać oddech.
Lou przełknął ślinę, chwycił za rękaw bluzy, po czym powoli podwinął ją do góry na prawej, a potem na lewej ręce. Już miał opuszczać je na dół, wzdłuż linii ciała, gdy Harry chwycił za nadgarstek jego lewej dłoni i podniósł do góry.
- A teraz posłuchaj mnie uważnie. - powiedział, znów robiąc krok w jego stronę - Dopóki na tych rękach nie ma świeżych cięć, nie masz się czego bać… Zrozumiałeś? - zapytał, puszczając jego nadgarstek i patrząc na jego bladą twarz.
Szatyn pokiwał nerwowo głową, nie mogąc zdobyć się na żadną odpowiedź. Miał ochotę się rozpłakać, nie ufał mu i chciał żeby go zostawił.
- Cieszę się. - warknął Harry, odsuwając się i akurat w tej chwili do pokoju wszedł Liam.
- Mam, już myślałem, że została w… - urwał patrząc na Louisa, który wciąż stał przy szafie i patrzył gdzieś w ziemię - Louis? Co jest… co… Czy on ci coś powiedział?! - wskazał głową na opierającego się o biurko Harry’ego, który schował ręce do kieszeni i uśmiechał się niewinnie.
Szatyn podniósł wzrok spoglądając na Liama i po chwili pokręcił przecząco głową.
- Nie - odpowiedział spokojnie, chociaż jego głos i ręce lekko drżały.
- Świetnie. - prychnął Liam podchodząc do biurka - Potem sobie pogadamy. - syknął ze złością do Harry’ego - Daj z łaski swojej te notatki, które przyniosłeś…
*
W poniedziałek o ósmej rano żaden uczeń Green Meadow High School nie miał dobrego humoru. Nie było nic gorszego niż zwleczenie się z łóżka o tak wczesnej porze. Zwłaszcza jeśli cały weekend się balowało.
- Jak mnie wkurwia ten Bieber.. - mruknął Zayn do siedzącego obok Harry’ego. Za kilkanaście minut zaczynali pierwszą lekcję - Nie mogę go słuchać, spójrz tylko na tego pajaca.
Harry podniósł znudzony wzrok i spojrzał na środek klasy, gdzie na ławce siedział Justin, jego koledzy i kilka dziewczyn, po czym prychnął pod nosem. To właśnie szkolna “elita”. Justin - koszykarz, najbardziej popularny i pożądany chłopak w całej szkole oraz dwójka jego przydupasów z drużyny i zauroczone idiotki w różowych ciuchach. Razem z Zaynem byli jego największymi wrogami. Nienawidzili się już od bardzo dawna, ale w szkole ich relacja przebiegała na zasadzie tolerowania się nawzajem. Żeby uniknąć niepotrzebnych wojen schodzili sobie z drogi, a potem Zayn dogadał się z nim, że szkoła jest “jego”, czyli w szkole to on sprzedaje trawkę, a klub do którego chodzili wszyscy uczniowie Zayna.
- Gdybym tylko mógł już dawno bym go walnął. Ale wtedy znowu zacznie sprzedawać na naszym terenie. - ciągnął Zayn, patrząc z odrazą na blondyna - Ale nie. Jego szkoła, jego zasady i jego pierdolenie.
Chłopak właśnie przechwalał się jak to dzięki niemu wygrali piątkowy mecz, gdy drzwi klasy otworzyły się i do środka wszedł Louis.
Miał na sobie ciemne, zwężane na dole jeansy, białą koszulkę w paski, na którą zarzucił ciemną bluzę i w której zawiązał sznurki, a oprócz tego czapkę i conversy. Przez ramię miał przewieszoną czarną torbę, a ręce schował w kieszeniach bluzy. Wszystkie oczy od razu przeniosły się w jego stronę, a Justin zeskoczył z ławki podchodząc w jego kierunku. Nie mógł tego zignorować. Uwielbiał poprawiać sobie humor w podobny sposób.
- No nie wierzę! - zaśmiał się - Po dwóch tygodniach nowy zaszczycił nas swoją obecnością! - zawołał stając mu na drodze - Zaraz… jak ty miałeś na imię? - zapytał patrząc po innych i marszcząc brwi - Ahh… no tak… L-Louis. - zakpił, a dziewczyny zaśmiały się posłusznie - Dobrze, że cały czas miałem twoje zdjęcie bo zapomniałbym jak wyglądasz. - zaśmiał się, wyciągając swojego białego iphone’a i pokazując Louisowi jego własne zdjęcie kiedy wylał mu na głowę pepsi - Ładne, prawda? Myślisz, że dobrze wyglądałoby na drzwiach szkoły?
Louis nie odpowiedział. Stał przed nim, patrzył na jego twarz i po prostu czekał, aż skończy. Bo niby co miałby mu powiedzieć? Nie miał ochoty znaleźć się w jeszcze gorszym położeniu. Dobrze wiedział na jakiej zasadzie działają licea i był pewien, że gdyby w jakikolwiek sposób próbował mu odpowiedzieć, gorzko by tego pożałował.
- Na pewno idealnie by tam pasowało. - zarechotał kolega Justina, Niall.
- No nie? - rzucił chłopak, odwracając się do kumpla, a potem znów do szatyna - Coś mało rozmowny ten nasz Louis. - dodał ciszej.
- Nieśmiały chłopak. A jaką ma piękną kokardkę pod szyją. - mówił Niall.
- Właśnie widzę. Mamusia ci ją zawiązała? - zapytał Justin, na co Louis lekko zbladł. Znów miał ochotę płakać, chciał stamtąd wybiec, żałował, że w ogóle wszedł do tej klasy. Chciał się odwrócić i wyjść, gdy usłyszał znajomy głos.
- Dość tego Bieber - powiedział Liam, który właśnie wchodził do klasy.
- Proszę, proszę. Jest i obrońca świrów. - zarechotał blondyn, ale odpuścił. Co jak co, ale Liam, gdyby tylko chciał mógłby mu bardzo zaszkodzić. Odsunął się więc na bok, a Louis bez żadnego słowa minął go i usiadł w ławce wyjmując z torby książki. Włosy przysłoniły mu oczy, które już całe wypełnione były łzami.
*
Pięć godzin minęło Louisowi bardzo szybko i ani się obejrzał, a czekała go ostatnia lekcja - wychowanie fizyczne. Wszystkie przerwy stracił na wysłuchiwaniu nauczycieli, którzy mówili mu kiedy i co powinien zaliczyć. Z jednej strony miał już dość słuchania tej samej gadki, a z drugiej cieszył się, że nie musi mieć przerwy bo czuł, że Justin jeszcze z nim nie skończył.
- W porządku? - zapytał Liam dołączając do niego i razem z nim idąc w kierunku skrzydła szkoły, w którym znajdowały się sale do ćwiczeń.
- Mhm. - mruknął cicho, chociaż wcale nie było w porządku.
Popchnął duże drzwi i jego oczom ukazała się ogromna i nowoczesna sala gimnastyczna. Wszystko w niej wyglądało na nowe, a po bokach znajdywały się trybuny. Nad koszami po dwóch stronach wisiały tablice elektryczne pokazujące wynik. Wszystko wyglądało naprawdę imponująco. W jednym kącie sali stały dziewczyny, które przebrane w stroje cheerleaderek rozciągały się do muzyki, a po drugiej kilku przebranych chłopaków, w tym Justin. Reszta uczniów siedziała na trybunach i Louis razem z Liamem do nich dołączyli. Usiedli w pierwszym rzędzie, a Liam od razu zaczął gadać. Przerwał mu trener, który do nich podszedł i zaczął pytać Lou o różne rzeczy.
- My nie robimy tu żadnych zaliczeń więc nie będziesz miał większych problemów, ale wolałbym widzieć cię na zajęciach. Chociaż tutaj, na trybunach. - powiedział, a szatyn pokiwał głową. Całe szczęście bo i tak by nie ćwiczył. Nie chciał nawet myśleć co by było, gdyby inni zobaczyli jego ręce.
- Lajtowy facet, nie? - mruknął przewodniczący, kiedy trener odszedł.
- Nie najgorszy. - odparł cicho, a jego wzrok przeniósł się na wejście z szatni, gdy na salę zaczęli wchodzić inni uczniowie w tym Harry i Zayn. Obaj byli już przebrani.
- Wow, w końcu powiedziałeś coś więcej niż jedno słowo. - zaśmiał się - Robisz postępy Tomlinson, tak trzymaj.
Lou spojrzał na niego nie mogąc powstrzymać się od lekkiego uśmiechu. Liam był trochę walnięty, to fakt, ale był też całkiem w porządku i dało się go lubić. I co najważniejsze: Louis uznał, że jest osobą godną zaufania.
Po krótkiej rozgrzewce wuefista wyszedł, zostawiając ich samych i pozwalając pograć w kosza. Wszytko było w porządku do czasu, kiedy kolega Justina nie zaczął faulować Harry’ego. Za którymś razem chłopak nie wytrzymał i podszedł do niego, popychając go mocno do tyłu.
- Sfauluj mnie jeszcze raz Scott, a… - warknął wściekły.
- …a co Styles? - zdenerwował się Luke, zbliżając się do Harry’ego i również go popychając. Wokół momentalnie zrobiło się cicho, a wszyscy zaczęli z ciekawością obserwować tą scenę. Każdy zastanawiał się jak tym razem to się skończy - bo zazwyczaj kończyło podbitym okiem, lub dywanikiem u dyrektora.
Zaczęli się szarpać. Zayn próbował wziąć swojego przyjaciela, a Niall swojego. Justin po prostu stał obok, przyglądając się tej scenie z założonymi rękami i z małym uśmieszkiem na twarzy. Odezwał się dopiero, kiedy tamci zostali rozdzieleni.
- Jaki masz problem Styles? - zapytał spokojnie.
- Jaki mam problem?! Twój pieprzony przydupas, to jest mój problem. - rzucił wściekły, robiąc krok w kierunku Justina.
- Harry - powiedział Zayn ostrzegawczym tonem, a ten się zatrzymał. Był wściekły i najchętniej by i mu przywalił, ale nie chcąc zaszkodzić Malikowi odwrócił się z rezygnacją.
- Jeszcze raz mi kurwa podpadniesz, a wybiję ci zęby. - warknął do Luke’a, który stał obok Nialla i wyszedł z sali.
*
Kiedy zadzwonił dzwonek Louis ruszył w kierunku najbliższego wyjścia ze szkoły, które znajdywało się tuż obok sal gimnastycznych. Popchnął szklane drzwi i wyszedł na zewnątrz, znajdując się na szkolnym parkingu. Kiedy tylko poczuł chłodny powiew wiatru odetchnął z ulgą. Udało się. Wytrzymał cały dzień i tak naprawdę nic mu się nie stało.
Wyjął z kieszeni zaplątane słuchawki i ruszył przed siebie. Przy wjeździe na parking miał czekać na Lindsay. Zwolnił trochę i prawie się zatrzymał nie mogąc rozplątać słuchawek, a kiedy podniósł wzrok jego spojrzenie skrzyżowało się ze spojrzeniem Harry’ego. Chłopak stał oparty o drzwi swojego samochodu i palił papierosa czekając na Zayna i Liama. Obserwował Louisa od kiedy ten wyszedł z budynku. Widać po nim było, że był zły i że sytuacja z boiska bardzo go wkurzyła. Zaciągnął się mocno papierosem wciąż patrząc na Louisa, a potem rzucił peta na ziemię i wypuścił z ust kłębek dymu. Szatyn natychmiast odwrócił wzrok i ruszył w swoją stronę. Ostatnią rzeczą jaką chciał było narażenie się temu chłopakowi w jakikolwiek sposób.
Przeszedł kilkanaście metrów i zobaczył samochód swojej cioci. Wsiadł do środka i zapiął pasy czując na sobie jej wzrok.
- Jest w porządku. - powiedział zanim Lindsay zdążyła się odezwać.
Pojechali do domu, a wieczorem znów czekała go godzinna sesja z doktorem Flynchem. Miał już dość chodzenia do tego faceta, ale wiedział, że ani Tom ani Lindsay nie pozwolą mu z tego zrezygnować. Dlatego kiedy o dziewiętnastej wrócił z Tomem, który go odebrał do domu, był padnięty psychicznie. Mimo, że nie rozmawiał z doktorem to słyszał co do niego mówi, a to było niesamowicie wyczerpujące. Usiadł na podłodze w przejściu i zaczął zdejmować buty.
- Lou, chodź tu na chwilę. - usłyszał głos swojej cioci.
Gdy wszedł do kuchni zobaczył ją stojącą i opierającą się tyłem o blat i Toma siedzącego przy stole, obracającego w ręce telefon. Nie patrzył na niego. Ich zachowanie było co najmniej dziwne. Chłopak zmarszczył delikatnie brwi i spojrzał na nich.
- Co się stało? - zapytał cicho, czując jak jego dłonie zaczynają drżeć.
- Chodzi o to, że… razem z Tomem będziemy musieli jechać do Grimsby na cały weekend. - powiedziała kobieta, patrząc na niego uważnie.
- Do Grimsby? - powtórzył cicho patrząc im w oczy. To była miejscowość obok miasteczka, w którym mieszkał zanim zginęła jego rodzina - Po co?
- Musimy coś załatwić. - powiedział szybko Tom patrząc na żonę.
Lou zamilkł przyglądając im się. Wiedział, że nie chcą mu o czymś powiedzieć i wiedział, że to coś dotyczy jego rodziny. Przełknął delikatnie ślinę czując narastającą gulę w gardle.
- W piątek po południu musimy wyjechać. Na te dwie noce zostaniesz u Liama…
- Słucham?! - powiedział chłopak, trochę głośniej niż zamierzał i zaczął kręcić przecząco głową.
- Lou… posłuchaj mnie. - zaczęła Lindsay - Proszę, posłuchaj tylko…
- Nie - jęknął z bólem.
- Posłuchaj, razem z Tomem znamy jego rodziców… Widzieliśmy się z nimi wczoraj i poprosiliśmy Liama żeby z tobą został, a on sam zaoferował swój dom. To tylko dwie noce skarbie.
Lou znowu pokręcił przecząco głową i nie słuchał już co do niego mówią. Odwrócił się i poszedł do siebie. Był przestraszony, a serce biło mu jak szalone. Więc Liam wiedział o tym od wczoraj, a w szkole nic mu nie powiedział. Czuł się zdradzony i oszukany, zwłaszcza, że myślał, że może mu zaufać. Zwłaszcza, że mu zaufał. Trzęsącą się ręką wyjął spod materaca plastikowe pudełeczko z żyletkami i zamknął się w łazience, gdzie podwinął rękaw bluzy. To był głupi powód, ale wystarczający, by poczuł potrzebę zrobienia sobie krzywdy. Przyłożył żyletkę do ręki i zacisnął mocno oczy. Jedno cięcie, drugie, trzecie. Chwilę później rzucił ją w kąt i osunął się po ścianie na ziemię, oddychając głęboko i próbując się uspokoić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz