niedziela, 5 stycznia 2014

4



Kiedy Louis otworzył oczy do jego głowy od razu zaczęły napływać myśli. Nie za bardzo rozumiał dlaczego nie pamięta wczorajszego wieczoru. Miał kompletną pustkę w głowie i bardzo dziwne przebłyski, które uznał za jakiś nienormalny sen. Dopiero kiedy się ruszył i zobaczył, że rany na jego udach są opatrzone, zdał sobie sprawę, że to nie do końca był sen. Nie wiedział tylko co z tego co pamięta jest prawdą, a co mu się tyko śniło. Ruszył do łazienki i kiedy brał prysznic każda rana szczypała go niemiłosiernie. Wytarł się najdelikatniej jak mógł, ubrał, a potem zszedł na dół.

- Louis, wstałeś już. – powiedział Liam znad gazety – Zrobiłem gofry…

Chłopak zaczął wykładać na talerz wcześniej zrobione gofry i pokazał szatynowi, żeby usiadł przy stole. Zaczął się tłumaczyć dlaczego wczoraj wieczorem go nie było i mówić, że ma nadzieje, że wszystko było w porządku, ale Louis nawet go nie słuchał. Był oszołomiony, czuł się dziwnie.

- Za godzinę masz spotkanie z doktorem Flynchem, więc jak zjesz to powinniśmy się zbierać. – powiedział - Wezmę tylko od Harry’ego kluczyki…

- Sam go zawiozę. – powiedział nagle brunet, wchodząc do kuchni i nalewając sobie kawy. Kiedy Liam już miał się sprzeciwić, przerwał mu – Nie bój się, nie zabiję go. – dodał, opierając się plecami o blat, biorąc łyk i patrząc na przerażonego Louisa, który wbijał wzrok w talerz.

Kilkanaście minut później siedział w samochodzie Harry’ego, a on odpalał silnik. Louis nie był w stanie uspokoić drżącego ciała. Przerażająca cisza była dla niego nie do zniesienia. Modlił się by jak najszybciej dojechali na miejsce. Chciał już wyjść z tego samochodu, w którym czuł się jak w potrzasku. W myślach powtarzał sobie jedno krótkie zdanie.

Uspokój się. Uspokój się. Uspokój się.

Serce skoczyło mu do gardła, gdy zdał sobie sprawę z tego, że nie jadą do kamienicy, w której doktor Flynch miał swój gabinet. Starał się zachować spokój, ale był zbyt przerażony. Nie potrafił. Wziął głęboki i drżący oddech, mając nadzieję, że nie wybuchnie zaraz płaczem.

- Gdzie… gdzie jedziemy? – zapytał cicho, słysząc swój głos tak jakby wypowiedział go ktoś inny, nie on.

- Nad morze. – odpowiedział spokojnie Harry, a Louis już się nie odezwał.

Dwadzieścia minut później samochód zatrzymał się na drodze, która nawet nie była asfaltowa, a chłopak w kręconych włosach wyszedł rzucając szatynowi krótkie „chodź”. Louis zawahał się, ale po krótkiej chwili otworzył drzwi i wyszedł. Zrobił kilka kroków i zatrzymał się patrząc na spokojne fale. Harry stał z rękami w kieszeniach rozglądając się.

Louis wypuścił z siebie powietrze kiedy tylko spojrzał w kierunku pustej plaży. Niebo było pochmurne, a wokół nie było kompletnie niczego. Ani domów, ani ludzi. Nic. Pustka. Wiał lekki wiatr, a nad nimi co jakiś czas przelatywały mewy. Nie pamiętał kiedy ostatnio gdzieś wychodził. Nie pamiętał kiedy ostatnio znalazł się w tak spokojnym miejscu.

- Dlaczego pociąłeś sobie całe nogi? – usłyszał nagle i zamarł. Czuł, że wzrok Harry’ego pali go w plecy, ale nie mógł zmusić się żeby na niego spojrzeć.

Słyszał jak brunet idzie w jego kierunku i chwilę później staje przed nim czekając na odpowiedź. Opuścił wzrok, chcąc za wszelką cenę uniknąć konfrontacji z zielonymi oczami Harry’ego i zaczął opuszczać też głowę, gdy ten podniósł ręką jego brodę do góry.

- Odpowiedz mi do cholery. – powiedział, ściskając mu trochę szczękę – Dlaczego to robisz?

- Puść… – wychrypiał cicho Louis, robiąc krok w tył i próbując uwolnić swoją twarz. To nie bolało, ale nie chciał żeby Harry go dotykał.

- Nie. – warknął wyższy, ale widząc przerażenie i rozpacz w oczach drobniejszego chłopaka, w których powoli zbierały się łzy odpuścił.

Zabrał rękę, a szatyn od razu cofnął się do tyłu, aż pod samochód. Harry patrzył na niego chwilę, aż znowu ruszył w jego stronę. Ciało niższego momentalnie całe się spięło.

- Wczoraj prawie cię wykorzystałem. – powiedział spokojnie, ale Louis w ogóle nie zareagował. Znowu stał przed nim, nie patrząc mu w oczy – Słyszysz kurwa co powiedziałem?! – Harry krzyknął tracąc cierpliwość, na co niższy chłopak lekko się zatrząsł - Nie dużo brakowało, a bym cię przeleciał bo byłeś tak naćpany, że mogłem zrobić z tobą wszystko! Nie rusza cię to?! Pokaż w końcu jakieś emocje do kurwy nędzy! – zawołał, szarpiąc przerażonego Louisa za ramiona.

Puścił go, kiedy zobaczył, że jego twarz przybiera kolor kartki papieru, a po policzkach spływają łzy. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że posunął się odrobinę za daleko. Czasami naprawdę nad sobą nie panował. Rozejrzał się dookoła zrezygnowany i przeczesał nerwowo włosy.

- Kurwa, nazwij mnie chociaż kutasem… cokolwiek… – powiedział już spokojnie, biorąc głęboki oddech i znów na niego patrząc.

Szatyn był przerażony i wyglądał jakby ledwo trzymał się na nogach. Brunet chwycił włosy, odwrócił się i zrobił małe kółko, ponownie podchodząc do Louisa.

- Przepraszam. – dodał po dłuższej chwili, a ton jego głosu był znacznie łagodniejszy. Czuł, że powoli zaczyna wariować – Ja… Nie chciałem tak wybuchnąć… nie płacz, proszę.

Louis drżącą ręką otarł łzy, a potem podniósł wzrok i spojrzał we wpatrujące się niego zielone tęczówki. Harry spodziewał się, że zobaczy w jego oczach złość, smutek lub nienawiść, ale nic takiego nie dostrzegł. Jedynie odrobinę niepewności i strachu. Zaskoczyło go to, że chłopak patrzy mu w oczy bo do tej pory unikał z nim jakiegokolwiek kontaktu wzrokowego, a teraz… Błękitne oczy przeszywały go na wskroś bez żadnego mrugnięcia.

- Boję się ciebie. – szepnął ledwo dosłyszalnie, a głos mu drżał.

- Wiem. – odpowiedział wyższy chłopak – Ale nie chcę zrobić ci krzywdy.

Kiedy tylko wypowiedział te słowa, od razu dziwnie się poczuł. Musiał brzmieć komicznie. Jeszcze kilkanaście godzin temu chciał go wykorzystać, a teraz mówi, że nie chce zrobić mu krzywdy? Jego drugie ja śmiało się z niego w jego głowie krzycząc „ty pieprzony hipokryto!”.

- Możesz obiecać, że nie zrobisz? – zapytał Louis, wciąż patrząc mu w oczy, z nadzieją.

- A ty możesz obiecać, że nie sięgniesz więcej po żyletkę? - zapytał Harry i wtedy nastała chwila ciszy. Louis odezwał się dopiero po kilku minutach.

- N-Nie. – głos niższego chłopaka był tak cichy, że, gdyby Harry na niego nie patrzył na pewno nie usłyszałby tych słów.

- Ja też nie. – odpowiedział, na co Louis przełknął ślinę.

- Więc… czczego… czego chcesz? – zapytał, a w jego głosie znów dało się usłyszeć narastający strach.

Nastała chwila niezręcznej ciszy. Harry patrzył na niego zastanawiając się nad czymś i walcząc z samym sobą przed wypowiedzeniem słów, które cisnęły mu się na język.

- Nie wiem czego chcę. Działasz na mnie… cholernie dziwnie. I ja… Chcę cię pocałować. Tak. – powiedział brunet patrząc mu w oczy - I zamierzam to zrobić. – dodał robiąc krok w jego stronę i chwytając jego twarz w ręce.

- Nie rób tego. – szepnął błagalnym głosem szatyn, ale twarz chłopaka była coraz bliżej – Harry… – jęknął, wypowiadając jego imię po raz pierwszy w życiu.

Automatycznie podniósł swoje ręce i położył je na koszulce zbliżającego się bruneta z zamiarem odsunięcia go, ale nie zrobił tego. Jego ręce zaczęły drżeć, a oddech się urwał kiedy poczuł na swoich ustach jego wargi.

Harry delikatnie zassał jego górną wargę ciągnąc ją lekko, a potem to samo zrobił z dolną. Czuł jak ciało Louisa drży, jak wszystkie jego mięśnie się napinają, jak jego oddech się urywa, a serce przyspiesza. Jeszcze nikt nigdy nie reagował na jego dotyk w taki sposób. Było to dla niego tak niesamowicie podniecające, że sam z trudem nad sobą panował. Ten pocałunek nie był taki jak poprzedniego wieczora. Wręcz przeciwnie. Był czuły, wolny i bardzo delikatny. Harry sam nie zdawał sobie sprawy, że w ogóle potrafi się tak całować. Odsuwając się powoli przejechał dłońmi od jego uszu w kierunku szyi i podniósł wzrok napotykając niebieskie tęczówki.

Louis wypuścił powoli powietrze, a Harry zdał sobie sprawę, że przez cały czas wstrzymywał oddech.

- Tego właśnie chcę. – powiedział.

*

- Ty nieodpowiedzialny skurwysynie! – usłyszał Harry kiedy tylko wysiadł z samochodu. Liam podszedł do Louisa, który właśnie chciał zamknąć za sobą drzwi i pociągnął go w stronę domu – Zaraz sobie pogadamy Styles! – warknął odwracając się do niego i rzucając mu mordercze spojrzenie.

Brunet dobrze wiedział, że tak będzie. Liam zadzwonił do niego wcześniej i był całkowicie wściekły. Krzyczał, że ciocia Louisa dzwoniła i pytała czy wszystko okej bo dostała wiadomość od lekarza Louisa, który pytał czemu chłopak nie pojawił się dziś na ich sesji. Chłopak jakoś z tego wybrnął, ale Harry’emu postanowił nie darować.

Harry prychnął i przeszedł samochód by zamknąć drugie drzwi. Już miał je zatrzasnąć, gdy w jego oczy rzucił się szary Ipod Louisa, który najprawdopodobniej wypadł mu z kieszeni. Wziął go do ręki i poszedł do siebie.

Bez żadnych oporów, czy wyrzutów sumienia, że grzebie w cudzych rzeczach włączył go, podpiął swoje słuchawki i zaczął przesłuchiwać jego playlistę. Już pierwsza piosenka na liście sprawiła, że serce podskoczyło mu do gardła.

I dream about how its gonna end, approaching me quickly, leaving a life of fear, I only want my mind to be clear… I’ll kill myself from holding my breath, my suicidal dream, voices telling me what to do, my suicidal dream… Help me, comfort me, stop me from feeling what I’m feeling now, the rope is here now I’ll finally use. I’ll kill myself, I’ll put my head in the noos… Dreaming about my death, suicidal dream. (x)

I hurt myself today, to see if I still feel. I focus on the pain – the only thing that’s real. The needle tears a hole, the old familiar sting. Try to kill it all away, but I remember everythin. (x)

Wszystkie piosenki, które były na jego liście były podobne. Każda o bólu, cierpieniu, śmierci, samobójstwie… Każda z nich była tak samo dołująca. Jak Louis mógł wrócić do normalności, gdy słuchał takich rzeczy? Musi od czegoś zacząć, żeby ruszyć do przodu.

Harry kliknął „zaznacz wszystko” i bez wahania skasował całą listę.

Louis znalazł go później na stole w kuchni. Domyślił się, że musiał zostawić ipoda w samochodzie Harry’go, a on przyniósł go tutaj. Wziął go do ręki i wrócił na górę by usiąść na parapecie.

Włożył słuchawki do uszu i nacisnął „play”. Spodziewał się jak zwykle usłyszeć Suicidal dream, ale zamiast tego w słuchawkach zabrzmiało zupełnie coś innego. Zmarszczył brwi, wsłuchując się w tekst piosenki Shade (x).

If your hurt
Why don’t you tell someone
Don’t feel bad
You’re not the only one yeah
Don’t go hiding
Hiding in the shade
Don’t go hiding
Hiding in the shade

Louis przełknął ślinę, klikając stop i wyjmując słuchawki z uszu. Od miesiąca nie czuł się tak jak teraz. Sam nawet nie umiał określić tego co czuje, ale ta zwykła piosenka sprawiła, że pierwszy raz od bardzo dawna poczuł się odrobinę… lepiej. Nie myślał o śmierci, o tym żeby zrobić sobie krzywdę czy o tym jak bardzo cierpi. Jego ręce drżały z nieokreślonej przyczyny, a serce zaczęło szybciej bić. Po raz pierwszy dopuścił do siebie myśl, że może jest cień szansy na to, by wszystko jakoś się ułożyło. Zamknął oczy i oparł głowę o framugę okna.

Nagle milion myśli napłynęło mu do głowy tworząc jeden wielki kocioł. To było jak zachmurzone niebo i nagle… wszystko zaczęło się rozjaśniać. Jego umysł oczyścił się, zostawiając w głowie tylko jeden obraz. Obraz nefrytowych oczu, które kilka godzin wcześniej zbliżały się do jego twarzy coraz bardziej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz