niedziela, 5 stycznia 2014

5

W poniedziałek rano, kiedy Louis szedł do klasy czuł, że po raz pierwszy nie ma ochoty zwymiotować z nerwów. Szedł zatłoczonym korytarzem jak zwykle ze słuchawkami w uszach. Tym razem słuchał jednak nowych piosenek, które pojawiły się na jego Ipodzie. A raczej, które Harry wrzucił na jego Ipod’a. Kto wie, może to w jakimś stopniu przyczyniło się do tego, że nie czuł się tak strasznie jak zazwyczaj?

Niedziela u Liama minęła bardzo szybko i ani się obejrzał, wieczorem jego ciocia i wujek po niego przyjechali. Chciał z nimi porozmawiać, zapytać czy mogą mu już powiedzieć po co pojechali do Grimsby i co takiego mieli załatwić, ale usnął w samochodzie. Rano, gdy odwozili go do szkoły też nie było na to czasu więc musiał poczekać, aż skończy zajęcia.

Na schodach, koło klasy, w której miał lekcje dostrzegł siedzącego Liama i Harry’ego, który musiał zobaczyć go już wcześniej bo teraz patrzył prosto na niego. Jego włosy były bardziej rozczochrane niż zwykle co tylko dodawało mu uroku. Louis patrzył na niego zaledwie trzy sekundy wymieniając z nim spojrzenia, gdy ktoś zasłonił mu widok.

Nie zdziwił się, gdy osobą, która stanęła mu na drodze okazał się Justin. Chłopak o miodowych włosach patrzył na niego z założonymi rękami i z przesadnym uśmiechem na twarzy. Louis wyjął powoli słuchawki z uszu i spojrzał na niego niepewnie. Ze dwa metry od nich dostrzegł jego kolegów – Nialla i Lukea.

- Chyba ci coś mówiłem na temat ubierania się jak pedał w tej szkole, prawda? – zapytał miażdżąc go wzrokiem, a kiedy Louis nie odpowiedział ciągnął dalej – Nie lubię, kiedy ktoś robi ze mnie idiotę więc lepiej powiedz mamusi żeby zaczęła inaczej cię ubierać.

Żołądek Louisa wykręcił się, kiedy po raz drugi już usłyszał od niego komentarz dotyczący swojej mamy. To bardzo bolało, mimo, że starał się nie zwracać na to uwagi. Nie chciał komentować jego słów, wiec ominął go bez słowa chcąc iść do klasy, gdy poczuł jak łapie go mocno za przedramię i odwraca silnym szarpnięciem. Podniósł na niego wzrok i kiedy ten już otwierał usta by coś powiedzieć wszedł mu w słowo.

- Moja mama nie żyje. – powiedział spokojnie, patrząc mu prosto w oczy – A ja ubieram się jak pedał… bo nim jestem. – dodał ostrożnie, a kilka osób, które to słyszały otworzyły szeroko oczy. I nie ze względu na to, że to powiedział, tylko, że w końcu postanowił się odezwać. Do tej pory nikt nie słyszał Louisa mówiącego cokolwiek. Siedzący na schodach Liam wciągnął głośno powietrze. Był pewny, że Justin zaraz go uderzy, dlatego powoli zaczął się podnosić ze schodka by móc w razie czego temu zapobiec.

Bieber tylko uśmiechnął się szerzej, ale w jego oczach pojawiła się prawdziwa wściekłość. I nie chodziło mu już o to co Louis powiedział, tylko, że w ogóle odważył się coś takiego powiedzieć.

- Co ty kurwa powiedziałeś? – zapytał cicho.

- Powiedziałem, że jestem gejem. – ton głosu Louisa wciąż był spokojny, chociaż jego głos lekko drżał, zapewne przez wzmiankę o jego mamie – Ale bez obaw, nie zamierzam dobrać ci się do tyłka, nie jesteś w moim typie.

Kilku osobom przysłuchującym się opadła szczęka, a przechodzący właśnie obok Zayn zakrztusił się colą i wytrzeszczył oczy. Jeszcze nikt, nigdy w życiu nie odezwał się do Justina w taki sposób. Ludzie nauczyli się traktować go z szacunkiem, w obawie przed byciem tępionym. W końcu szkolna gwiazda, taka jak Justin miała masę znajomych i jedno jego słowo mogło zniszczyć jego wrogom życie. Ludzie albo go lubili, podlizywali mu się i zabiegali o to by mówił im chociaż krótkie „siema”, albo siedzieli cicho. Wiadomo, byli też neutralni, ale nawet oni wiedzieli, że nie ma sensu z nim zadzierać. Jedynie Zayn i Harry byli osobami, które nie ukrywały się ze swoją niechęcią do blondyna, ale ze względu na ich „umowę” ignorowali się i nie wchodzili sobie w drogę. Ani jedna, ani druga strona nie szukała ze sobą zaczepek, chociaż Justin często lubił ich prowokować. Lubił patrzeć jak Zayn uspokaja Harry’go (jak na ostatnich zajęciach fizycznych), a ten sfrustrowany odchodzi i ledwo powstrzymuje się od uderzenia. Niech by tylko spróbował podnieść na niego rękę…

Louis jęknął cicho z bólu czując mocny uścisk Justina, akurat w tym miejscu na ręce, gdzie ledwo zagoiły się jego rany.

- Nawet nie wiesz jak będziesz żałował, że to powiedziałeś. – głos chłopaka brzmiał złowrogo, a uśmiech zszedł mu z twarzy.

- Wszystko jedno – powiedział szczerze Louis, patrząc mu w oczy z rezygnacją. Był pewny, że i tak gorzej już być nie może. Wiedział, że Justin i tak nie przestanie się go czepiać. Teraz przynajmniej nie będzie mógł komentować jego strojów lub nazywać go pedałem, bo zostałby posądzony o homofobię, ludzie odwróciliby się od niego i mógłby stracić status szkolnej gwiazdy.

- Zobaczymy. – syknął Justin i puścił jego rękę – Do zobaczenia później.

Louis odwrócił się i poszedł do klasy bez słowa.

*

- Cześć. – usłyszał kilka godzin później, gdy grzebał w swojej szkolnej szafce na długiej przerwie. Odwrócił głowę zdziwiony dostrzegając szczupłą dziewczynę w lekko falowanych, brązowych włosach. Rozejrzał się czy na pewno mówi do niego.

- Cześć? – odpowiedział niepewnie, zastanawiając się czego mogła chcieć.

- Louis, prawda? – zapytała z przyjaznym uśmiechem, a on pokiwał głową – Jestem Eleanor. Dlaczego nie wybrałeś jeszcze dodatkowych zajęć rozwijających zainteresowania?

- Nie wiedziałem, że coś takiego istnieje. – odpowiedział zgodnie z prawdą, a ona wyciągnęła rękę z długą listą.

- Na co cię wpisać? – uśmiechnęła się.

- Gdzie jest najmniej ludzi? – zapytał, nawet nie spoglądając na listę.

- Oh… odludek. Świetnie. – zakpiła, a on podniósł brwi – Balet?

- Poważnie?

- Nie. – zaśmiała się, zerkając na drugą listę – Garncarstwo?

- Idealnie. – mruknął Louis, zamykając swoją szafkę.

Odwrócił się i ruszył przed siebie, gdy zawołała za nim.

- Lepiłeś kiedyś garnki z gliny? – zapytała marszcząc brwi, choć ton jej głosu mówił „czy ty masz po kolei pod sufitem koleś?”

- Nie. – odpowiedział odwracając się.

- A masz jakiekolwiek pojęcie jak się to robi? – ciągnęła dalej.

- Nie. – powtórzył.

- A jeśli tego nie polubisz? Grupy można zmienić dopiero po miesiącu. – ostrzegała go dalej, a on wzruszył ramionami.

- Zawsze lubiłem lepić z plasteliny. – odpowiedział myśląc, że to na pewno nie różni się tak bardzo. Eleanor zaśmiała się głośno.

- Jesteś głupi. Lubię cię. – powiedziała i odeszła kręcąc głową, a Louis pomyślał, że rozmowa z nią była chyba najmilszą rzeczą jaka mu się w tej szkole przytrafiła.

- Ty jesteś ten nowy, tak? – usłyszał nagle z drugiej strony. Odwrócił się i zobaczył jakiegoś młodszego od niego chłopaka. Wyglądał na trochę przestraszonego.

- Tak – odparł, zastanawiając się czemu nagle wszyscy coś od niego chcą.

- I masz za pół godziny wychowanie fizyczne, tak?

- Mhm – przytaknął, myśląc o co chodzi i jednocześnie dziwiąc, że chłopak jest tak zdenerwowany.

- Masz się teraz zgłosić do trenera. Czeka na sali gimnastycznej. Coś od ciebie chce. – wyrzucił i natychmiast się oddalił. Louis stał chwilę zdziwiony, aż w końcu ruszył korytarzem.

Wtedy jeszcze nie spodziewał się niczego złego.

Szedł pustym korytarzem. W środku szkoły chyba nie było żywej duszy bo wszyscy korzystając z długiej przerwy powychodzili na zewnątrz. Ewentualnie siedzieli na stołówce jedząc lunch. Louis szarpnął za klamkę od męskiej szatni i wszedł do środka, by szybciej dostać się na salę gimnastyczną.

Niemal natychmiast poczuł mocne uderzenie w brzuch i upadł na kolana powstrzymując się od zwymiotowania. Sapnął, skręcając się w bólu i chwilę później dostrzegł przed sobą białe jak śnieg buty. Podniósł powoli głowę, chociaż już wiedział kogo nad sobą zobaczy.

*

- Nauczysz się kurwa szacunku. – Justin, aż zacisnął dłonie w pięści po raz kolejny kopiąc leżącego na ziemi Louisa – I nie uciekniesz ode mnie. – warknął.

Chwilę wcześniej, gdy Louis podniósł się z ziemi, a Justin razem z Niallem i Lukem zaczęli uderzać nim o szafki próbował uciec, ale zaczęli go szarpać i po raz kolejny rzucili na ziemię, pociągnęli go do toalet, które znajdywały się za męską szatnią i prysznicami. Rzucili nim mocno o ścianę i chłopak tracąc równowagę boleśnie upadł na podłogę.

Justin w końcu znalazł okazję żeby pokazać mu, że do niego nie można się tak zwracać i nie zamierzał jej zmarnować. Dlatego dopadł go właśnie przed wychowaniem fizycznym, gdzie podstępem go zwabili każąc jakiemuś chłopaczkowi z pierwszej klasy powiedzieć mu, że trener chce z nim pogadać.

Louis podniósł przerażony wzrok, patrząc na stojącego przed nim chłopaka i pocierając nadgarstek, na który upadł.

- Wstawaj. – rozkazał. Louis zaczął posłusznie się podnosić, ale ten chwycił go za włosy i postawił na nogi – Jak mówię to wykonujesz to natychmiast! Bez ociągania! – syknął, widząc jak chłopak ledwo powstrzymuje się od płaczu. Zaśmiał się głośno. – Spójrzcie tylko na tą małą ciotę chłopaki… wygląda tak żałośnie… Możesz sobie być gejem słoneczko, ale do mnie będziesz mówił z szacunkiem. Zrozumiałeś? – zapytał ostro, a gdy szatyn nie odpowiedział uderzył go w twarz z otwartej dłoni.

- Z-zrozumiałem – wychrypiał Louis.

- Świetnie. – Justin puścił jego włosy i odwrócił się do kolegów – Zrobimy mu małą kąpiel. Weźcie go.

Justin z uśmiechem na twarzy patrzył jak Louis próbuje się wyrwać, a Niall i Luke ciągną go do wc. Szarpał się, ale nie mógł dać sobie rady z dwójką silniejszych chłopaków. Zaciągnęli go do kabiny, gdzie zmusili by ukląkł przed muszlą klozetową. Tam znów złapali go za włosy.

- Nie! – zdążył pisnąć przez płacz, a sekundę później jego głowa została włożona do środka, a spłuczka naciśnięta. Odpychał się rękami, ale wciąż przytrzymywali mu głowę, więc nie był wstanie się wydostać. Czuł jak woda nalewa mu się do ust i nosa. Zaczął kaszleć i wtedy szarpnęli nim na ścianę, w którą mocno uderzył. Kaszlał i jednocześnie starał się złapać oddech przez potok łez.

- Mam nadzieję, że to cię czegoś nauczy. – warknął patrząc na niego z odrazą – Idziemy. – dodał i wyszedł, a za nim posłusznie ruszyła dwójka jego kolegów.

Szatyn siedział przez kilka minut na podłodze płacząc i z trudem powstrzymując wymioty. Był w rozsypce, ale wiedząc, że niedługo rozpoczną się zajęcia zmusił się by wstać. Wodą spod prysznica umył twarz i włosy, które później wysuszył szkolną suszarką. Po wszystkim spojrzał na siebie do lustra. Nie dość, że wyglądał jak gówno to jeszcze był cały zapłakany.

*

Harry siedział na ławce w szatni wiążąc buta i rozmawiając z Liamem. Podniósł wzrok, słysząc dźwięk popychanych drzwi łazienki i znieruchomiał dostrzegając czerwoną od płaczu twarz Louisa. Chłopak, nie patrząc kompletnie na nikogo ruszył w kierunku wyjścia z szatni, chcąc jak najszybciej się stamtąd wydostać. Niechcący wpadł na wchodzącego Zayna, który, aż zachwiał się prawie tracąc równowagę.

- Przepraszam – wychrypiał cicho Louis, nawet się nie zatrzymując po czym zniknął za drzwiami.

Zayn stał chwilę osłupiały, patrząc to na Liama to na Harry’ego, którzy wyglądali jakby byli w takim samym szoku jak on sam.

- Ktoś tu się chyba kąpał w klozecie. – parsknął śmiechem Justin, pociągając wcześniej nosem kilka razy.

- Ty to zrobiłeś? – zapytał bez emocji Liam, na co ten tylko potwierdzająco się roześmiał. I roześmiał się w taki sposób, że Harry nie wytrzymał. Wstał, zacisnął pięści na jego koszulce i z całej siły uderzył nim o szafki, patrząc ze złością w jego oczy.

- Harry! – zdążył krzyknąć Zayn, ale tym razem loczek go zignorował. W szatni zrobiło się cicho i wydawało się jakby wszyscy wstrzymali oddechy.

Justin przez ułamek sekundy był zdezorientowany, ale zaraz potem na jego ustach pojawił się kpiący uśmieszek.

- Nie zapominasz się Styles? – zapytał spokojnie, nawet nie próbując się wyrwać.

- Mam tego kurwa dość. Dotknij go jeszcze jeden pierdolony raz Bieber… – syknął przez zaciśnięte zęby, wciąż zaciskając pięści na jego koszulce.

- Ostre słowa, ale ja się dopiero rozkręcam. – zaśmiał się – Dzisiaj nic mu się nie stało, popływał w kibelku… w rezultacie trochę śmierdzi gównem… ale kto wie… może jutro będzie je jadł…

ŁUP!

- HARRY! – krzyknęli jednocześnie Liam i Zayn podbiegając do niego i odciągając go do tyłu. Justin leżał na ziemi, a z jego nosa obficie lała się krew. Co jak co ale tego się nie spodziewał. Nie wierzył w to, że Harry naprawdę odważy się go uderzyć.

- Idziemy. JUŻ! – warknął Liam, odciągając przyjaciela do tyłu i wyprowadzając szybko z szatni zanim rozpoczęła się wojna.

Ciągnęli go ze sobą, aż pod samochód na parking. Dopiero tam się zatrzymali i wtedy go puścili.

- Ja pierdolę – wydyszał Zayn, chodząc nerwowo w tą i z powrotem – On… on… on ci tego nie daruje stary… i mi też. I cała ta umowa… wszystko… wszystko spieprzone.

- Mam to w dupie Zayn. Zabiję go. – powiedział wkurwiony Harry, wycierając krew z dłoni. Serce waliło mu jak szalone z powodu nagłego przypływu adrenaliny, a jego oddech był tak szybki jakby właśnie przebiegł maraton. Już dawno nikt go tak nie zdenerwował. – Zabiję go. – powtórzył wściekle.

- Harry, Harry uspokój się. Naprawdę… jedźmy do domu. Daj kluczyki, ja poprowadzę. – Liam wyjął przyjacielowi kluczyki z ręki, a chwilę później wsiedli do auta i ruszyli.

Brunet nic już nie mówił. Siedział patrząc w okno i palił papierosa za papierosem mimo, że zawsze wkurzał się na Zayna żeby nie palił w środku. Kiedy dojechali do domu wziął kluczyki od Liama i znów wsiadł do samochodu, tym razem za kierownicę.

- A ty gdzie jedziesz? – zapytał Zayn, odwracając się spod drzwi ale brunet nie odpowiedział. Odpalił silnik i ruszył – Pojechał do niego, prawda? - zapytał, patrząc na szatyna.

- Tak. – mruknął Liam wchodząc do domu i wzdychając ciężko.

*

- Harry? Miło cię widzieć. Wejdź. – powiedziała Lindsay, otwierając mu drzwi.

- Um… dzień dobry. Chciałem zajrzeć i zapytać czy z Louisem wszystko w porządku. – mruknął wchodząc za nią do domu.

- Zadzwonił do mnie godzinę wcześniej niż miałam go odebrać i poprosił żebym po niego przyjechała. Był cichy i spokojny, nie odzywał się w ogóle, a kiedy przyjechaliśmy od razu poszedł do swojego pokoju. Znam go i wiem, że coś musiało się stać. Jego czerwone oczy dostrzegłam z odległości kilkunastu metrów. Powiesz mi co się stało?

- Uhh.. ymm… po prostu… nie został dziś najlepiej potraktowany. – wyjąkał chłopak, nie wiedząc co powinien powiedzieć.

- Nie został najlepiej potraktowany? – zdziwiła się.

- Taak… mogę do niego zajrzeć? – zapytał szybko widząc, że już otwiera usta by zadać następne pytanie. Pokiwała głową, a on uśmiechnął się uprzejmie i szybko wyszedł z kuchni.

Wyszedł schodami na górę kierując się do pokoju Louisa. Drzwi w jego pokoju jak zawsze były otwarte, a on sam leżał na pościeli zwinięty w kłębek ze słuchawkami w uszach. Był dużo bledszy niż normalnie. Oczy miał zamknięte, ale palcem bawił się kablem więc nie spał.

Harry stanął w progu, patrząc na niego i słysząc piosenkę, której słucha. Uśmiechnął się zdając sobie sprawę, że leci Save my heart (x). W końcu sam mu ją wgrał.

Słuchał tekstu, patrząc na Louisa, gdy jego powieki nagle drgnęły I chwilę później szatyn otworzył powoli oczy, napotykając zielone spojrzenie Harry’ego.

Nie wystraszył się, ani nie poderwał. Po prostu leżał i na niego patrzył z tą samą żadną miną jak kiedy miał zamknięte oczy. Nie mógł zrozumieć jak to się stało, że właśnie o nim myślał, a ten tak po prostu pojawił się w jego pokoju. Minęło kilka linijek piosenki, aż sięgnął wolno ręką do ucha i wyjął słuchawkę, a później drugą, wciąż nie spuszczając z niego wzroku. Wyłączył muzykę, podnosząc się do pozycji siedzącej.

- Wszystko w porządku? – zapytał cicho, przyglądając mu się uważnie. Harry roześmiał się.

- To ja przyszedłem tutaj żeby zadać to pytanie. – powiedział.

- Twoja ręka… - mruknął Louis, ponownie rzucając okiem na jego rozwaloną dłoń - Nie wygląda dobrze.

- Lepiej niż to z czym się zderzyła. – odpowiedział sucho.

Louis zamilkł. Przez chwilę patrzył na niego nic nie mówiąc, aż opuścił wzrok na swoje trzęsące się palce i wstał z łóżka zwijając słuchawki. Nowo powstałe siniaki na brzuchu zabolały go niemiłosiernie, gdy się podnosił co najwyraźniej nie umknęło uwadze bruneta.

- Pokaż. – powiedział nagle Harry, a on spojrzał na niego z niepewnością – …Widzę jak skręcasz się z bólu. Pokaż brzuch.

- N-nie. – mruknął chłopak, odwracając się by rzucić na szafkę Ipod’a.

- Nie denerwuj mnie. – usłyszał za sobą i chwilę później Harry z łatwością odwrócił go przodem do siebie.

Szatyn od razu się spiął i wstrzymał oddech. Ręce bruneta delikatnie chwyciły koniec jego bluzki tuż nad biodrami i powoli zaczęły podwijać ją do góry. Louis zadrżał, gdy palce Harry’ego zahaczyły o jego skórę.

- T-to nic takiego. – szepnął niższy chłopak, trzęsąc się lekko.

Harry podniósł wzrok, spoglądając w przestraszone oczy Louisa.

- Nic takiego? – zapytał cicho, a oczy mu pociemniały. Brzuch Louisa nie wyglądał najlepiej. Było na nim kilka sporych siniaków.

Harry znów spojrzał na jego skórę, przyglądając się uważnie. Louis wciągnął głośno powietrze czując jak palce Harry’ego przejeżdżają po jego skórze naciskając na niektóre miejsca i sprawdzając czy jego żebra są w całości. Zacisnął zęby powstrzymując się od jęknięcia z bólu. Po chwili loczek znów na niego spojrzał.

- Bardzo boli? – zapytał, opuszczając jego koszulkę – Nie próbuj kłamać, nie lubię tego. – dodał zanim szatyn zdążył odpowiedzieć.

Louis wypuścił z siebie powietrze.

- Nie bardziej niż… - zaczął, ale urwał – Tak. Trochę boli. – powiedział w końcu cicho, nie patrząc na niego.

- Żebra masz całe, więc niedługo powinno przejść. – westchnął Harry opierając się o biurko - Ale siniaki tak szybko nie znikną.

Louis już miał coś odpowiedzieć, ale podniósł ponownie głowę słysząc, że jego ciocia wchodzi do pokoju. W jednej ręce trzymała telefon, a w drugiej grabki i butelkę z płynem na chwasty.

- Louis, właśnie dzwonił doktor Flynch i odwołał waszą dzisiejszą sesję. Złapał jakiegoś wirusa czy coś takiego… - powiedziała, a on kiwnął głową – Będę w ogródku, Tom jak zwykle nie zrobił tego o co go prosiłam. – uśmiechnęła się – Jakbyście czegoś potrzebowali to wołajcie…

- To może my też gdzieś wyjdziemy? – zapytał Harry patrząc na Lindsay – Oczywiście jeśli Louis ma ochotę… - dodał szybko, patrząc na szatyna, który na chwilę znieruchomiał. Nigdy nie wychodził. Nie wiedział nawet jak wygląda miasteczko, w którym właśnie mieszkał. Przełknął ślinę, przypominając sobie co się stało jak Harry ostatnio zabrał go nad morze.

- Lou? – zapytała Lindsay z uśmiechem. Szatyn odpowiedział dopiero po dłuższej chwili.

- Okej. – mruknął niedosłyszalnie i pokiwał tępo głową.

- Nie wiem jak to zrobiłeś Harry… mi się to jeszcze nie udało, ale uważaj na niego. – uśmiechnęła się do bruneta i wyszła.

- Będę. - odpowiedział chłopak, patrząc prosto w oczy przerażonego już na śmierć Louisa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz