niedziela, 5 stycznia 2014

6

Rozdział 6

- Zgodziłeś się bo naprawdę chciałeś, bo się mnie boisz, czy nie chciałeś zawieść swojej cioci? – usłyszał nagle Louis, gdy wyszli z Harry’m z domu i wsiedli do jego samochodu.

Louis zawahał się czując na sobie oczekujące spojrzenie bruneta. Właściwie to każda z tych odpowiedzi przyczyniła się do jego decyzji.

- Nie musisz odpowiadać. Na pierwszy rzut oka widać. – zaśmiał się ruszając i wyjeżdżając na drogę.

- Chciałem – powiedział po chwili szatyn zaskakując tym lekko Harry’ego, który myślał, że raczej się już nie odezwie.

- Chciałeś… - powtórzył, a kącik jego ust uniósł się lekko do góry – Co nie zmienia faktu, że inne odpowiedzi też są dobre. – dodał, a Louis nie odpowiedział co było wystarczającym potwierdzeniem - Nie boisz się, że będzie tak jak nad morzem? – zapytał nagle.

Szatyn wstrzymał oddech przypominając sobie jego złość.

- T-trochę. – mruknął cicho.

Samochód się zatrzymał i chwilę później wyszli z auta przechodząc przez ogromną bramę parku. Ścieżki były asfaltowe, a wokół jasna, równo skoszona, piękna trawka. Wszystko otoczone było drzewami, porośnięte bluszczem i innymi pięknymi roślinami. To był inny park niż taki jaki zawsze się widzi. Nie był idealny - z fontannami i kwiatami, a bardziej dziki. Żył swoim życiem i to było w nim najpiękniejsze.

Przez chwilę szli w ciszy, aż Harry zdał sobie sprawę, że Louis zatrzymał się dwa metry za nim. Spojrzał na niego zdziwiony. Jego wzrok starał się pochłonąć wszystko jak gąbka, a twarz wyglądała na trochę przerażoną.

- Kiedy ostatnio byłeś w takim miejscu? – Harry podszedł do niego wyrywając go z małego szoku.

- Ponad miesiąc temu… - szepnął drżącym głosem.

Ruszył do przodu nawet nie patrząc na Harry’ego i wyciągniętą ręką przejechał po liściach żywopłotu, a gdy doszedł do zakrętu zamiast skręcić z biegiem ścieżki wszedł na trawę zsuwając ze stóp czarne tomsy.

Harry zaśmiał się do siebie. Louis chodzący boso po miękkiej trawie wyglądał naprawdę uroczo. Musiało mu tego wszystkiego bardzo brakować. Patrzył jak szura stopami kilkanaście metrów od niego i nagle zamarł widząc jak upada kolanami na ziemię.

- Louis! – krzyknął natychmiast do niego podbiegając i klękając przy nim. Szatyn wyglądał jakby całkowicie się załamał, płakał tak bardzo, że z trudem mógł złapać oddech – Louis co się stało?! – zapytał zdenerwowany - Boli cię coś? Louis!

Patrzył jak niższy chłopak oddycha szybko i głęboko i kilka sekund później było po wszystkim, Louis sam się uspokoił. Przestał płakać, a jego twarz wróciła do smutnej normalności. Gdyby nie mokre jeszcze oczy nie byłoby żadnego śladu. Po chwili podniósł zrozpaczony wzrok na odrobinę wystraszonego i zdezorientowanego Harry’ego.

- W porządku? – zapytał cicho loczek oszołomiony błękitem oczu szatyna, który teraz wpatrywał się w niego swoim niewinnym spojrzeniem. Harry sięgnął ręką do jego twarzy dostrzegając kilka kropel samotnych łez i bardzo delikatnie wytarł je kciukiem przejeżdżając dłonią w stronę jego ucha.

- Tak – odpowiedział cichym i zachrypniętym głosem nie spuszczając z niego wzroku. Wyglądał jakby sam był trochę przestraszony tym co się właśnie stało.

- Chodź, odwiozę cię do domu. – powiedział Harry podnosząc się.

- Proszę zostańmy jeszcze. – usłyszał jego cichy, niemal błagalny głos. Zatrzymał się spoglądając na niego i kiwnął głową.

Usiadł obok niego na trawie i po prostu patrzyli na kołyszące się czubki drzew.

- Powiesz mi co się stało? – zapytał w końcu Harry odwracając głowę w stronę zamyślonego szatyna – Louis? – dodał chcąc zmusić go do odpowiedzi.

- Spanikowałem, przepraszam. – odpowiedział cicho.

- Cholera, dlaczego mnie przepraszasz? – zirytował się. Nikt nigdy go nie przepraszał i on sam też tego unikał, z kolei Louis przepraszał za wszystko. Najchętniej przeprosiłby za to, że w ogóle żyje.

- Nie wiem, przepraszam… t-to znaczy… - zaplątał się szatyn chowając nerwowo dłonie do wnętrza swoich rękawów.

- Louis. – powiedział Harry, na co niższy chłopak wciągnął głośno powietrze – Louis…

Kiedy to powiedział Louis w końcu przeniósł na niego swoje niepewne spojrzenie i Harry nie mógł się powstrzymać. Spojrzał na jego usta czując, że znów go to naszło. Przeklęta chęć pocałowania go.

„Styles, nie waż się tego zrobić ty pierdolony kutasie”, skarcił się w myślach walcząc z samym sobą.

Znał siebie bardzo dobrze. I wiedział, że nie wytrzyma. Louis miał w sobie wszystko czego on pragnął - delikatność, niewinność, bezbronność, nieśmiałość… mógłby wymieniać bez końca. I choć wiedział, że nie powinien tego robić, wiedział, że Louis jest zbyt kruchy żeby tak po prostu sobie go brał kiedy chce, to wiedział też, że nie uda mu się siebie powstrzymać.

Tak. Louis był delikatny, to fakt, ale on nie był osobą, która przejmowałaby się uczuciami innych. Był Harry’m i zawsze dostawał to czego chciał. Zawsze liczyła się dla niego tylko przyjemność. I cholera, teraz niczego bardziej nie pragnął niż tych wspaniałych różowych ust od których mógłby się uzależnić.

Był gotów to zrobić. Niemal czuł jak jego twarz zbliża się do twarzy Louis’a. I już by to zrobił, gdyby wcześniej nie przeniósł wzroku z powrotem na jego oczy. Oczy pełne bólu, strachu i cierpienia. Prawdziwy ocean smutku i rozpaczy wpatrujący się w niego bez mrugnięcia okiem.

„Nie zrobisz mu tego. Nie jesteś, aż tak nieczuły.”

Harry zacisnął mocno oczy by po chwili znów je otworzyć i znów na niego spojrzeć. Nic. Nie pomogło. Nawet jego kiepski stan psychiczny go od tego nie powstrzyma.

„Ty po prostu jesteś kutasem”, powiedział mu głosik w głowie.

- Przepraszam – powiedział.

„Poważnie?”, prychnął z niedowierzaniem głosik „Do tego kutasem, który przeprasza. Co za żałosna kreatura.”

- Za co? – zapytał cicho Louis, a kiedy to powiedział od razu zrozumiał co Harry chce zrobić. I zanim zdążył zaprotestować usłyszał krótkie „za to”, a po tym ciepłe usta bruneta zatopiły się w jego drżących wargach.

Louis musiał przytrzymać się jego szyi by nie przewrócić się na plecy i Harry’ego przeszedł dreszcz, gdy poczuł na swojej skórze zimne opuszki palców szatyna. Opuszki bo tylko one wystawały z rękawów jego bluzy.

Harry wciąż nie mógł uwierzyć jak Louis reaguje na jego pocałunki, jak jego ciało drży, jak bezwiednie zamyka oczy i nie protestuje, gdy język Harry’ego rozchyla mu usta by dostać się do środka, jak jego oddech się urywa, jak z jego ust wydobywa się ciche mruknięcie czy jak jego dłonie osuwają się bezradnie po jego szyi.

- Boże – szepnął, a raczej jęknął Harry odsuwając się od niego powoli. Oparł łokcie o kolana pocierając oczy i mrucząc pod nosem „pieprzony egoista, pieprzony kurwa egoista”.

Podniósł głowę i spojrzał na Louis’a, który znowu wpatrywał się w niego bez mrugnięcia okiem. Dlaczego w jego oczach nie było żalu ani złości? Powinien go spoliczkować. Tak. Harry zdecydowanie poczułby się lepiej, gdyby ten chłopak uderzył go w twarz. Najlepiej z pięści.

Nic takiego się jednak nie działo. Louis ze spokojem na twarzy i lekko wilgotnymi ustami patrzył prosto w zielone tęczówki, a Harry nie miał pojęcia o czym myśli. To i tak nie miało znaczenia bo wyglądał tak uroczo w tej chwili, że Harry mógłby patrzeć na niego codziennie.

- Naprawdę musisz przestać to robić. – wyjąkał brunet przeczesując loki i odwracając wzrok. Nie chciał znowu się na niego rzucić.

Louis patrzyłby na niego dalej, ale usłyszał dźwięk przychodzącej wiadomości ze swojego telefonu. Był pewien, że to jego ciocia - w końcu innej opcji nie było, dlatego zdziwił się, gdy zobaczył nieznany numer.

Otworzył wiadomość i od razu włączył się filmik. Louis poczuł jak wnętrzności wykręcają mu się na wszystkie strony, serce podchodzi do gardła i krew odpływa z głowy, gdy zobaczył siebie samego jak koledzy Justina spuszczają mu głowę w klozecie.

- O Boże – powiedział odrzucając telefon, wstając i idąc przed siebie, a jego oddech momentalnie przyspieszył. Złapał się za włosy i zaczął mocno ciągnąć. – O Boże, o Boże, o Boże, o Boże, o Boże… - tu jego głos się załamał i po raz kolejny tego dnia zaczął płakać.

Słyszał, że Harry wstaje i zaczyna coś mówić, ale nie zwracał na to uwagi. Przed oczami wciąż miał ten okropny filmik i wiedział, że Justin to udostępni. Wiedział, że wszyscy to zobaczą i wszyscy się o tym dowiedzą. To będzie koniec, nikt nie przejdzie obok niego obojętnie. Każdy będzie się z niego śmiał i wytykał go palcami.

- Louis, Louis uspokój się. – mówił Harry, ale to wszystko za daleko zaszło żeby Louis mógł tak po prostu się uspokoić.

Sięgnął drżącą ręką do kieszeni by wyjąć pudełeczko z żyletkami. Tego mu potrzeba. Musi to zrobić.

- O nie Louis! Nie pozwolę na to… - Harry chwycił go za nadgarstki próbując mu powiedzieć żeby to w tej chwili oddał, ale nic do niego nie docierało. Płakał tak przeraźliwie, że Harry zaczął się zastanawiać czy nie powinien zadzwonić do kogoś po pomoc.

- H-Harry… Harry proszę… ja m-muszę… proszę… Harry, odpuść… Harry proszę… - łkał, a jego głos załamywał się. Błękitne oczy, całkowicie załzawione patrzyły prosto na niego błagając by go puścił i Harry nigdy w życiu nie widział takiej rozpaczy. To był zdecydowanie najgorszy widok w jego życiu. I nie mógł tego znieść. Błagania Louis’a odbijały się echem w jego głowie, a on nie potrafił na to patrzeć. Nie myśląc za wiele poluzował uścisk, a szatyn wyjął swoje nadgarstki z jego rąk.

Louis wciąż chlipiąc, szybko otworzył pudełeczko i drżącymi palcami wyjął z niego żyletkę. Przyłożył ją do ręki dociskając lekko i powoli zaczął przesuwać. Potem kolejne miejsce, kolejne i jeszcze jedno, aż przestał płakać.

Harry stał przed nim i patrzył na to nie mogąc się ruszyć. Nie myślał. Jego umysł był pusty i jedyne co mógł zrobić to patrzeć. Po kilku chwilach Louis przestał, zrobił kilka kroków w tył i oparł się o drzewo zamykając oczy. Oddychał powoli, a jego krew wolno spływała po ręce i skapywała na zieloną trawę. Loczek ocknął się z transu i podszedł do niego. Gdy tylko znalazł się przy nim szatyn od razu otworzył oczy, a Harry jedyne co w nich zobaczył to ulga mieszana z wdzięcznością.

- Przepraszam. – szepnął Harry po raz drugi tego dnia. Jeszcze nigdy w życiu nie czuł się tak winny jak teraz. Jak teraz - kiedy pozwolił mu to zrobić.

Louis milczał.

- W samochodzie mam apteczkę. – głos Harry’ego był bardziej ochrypły niż zwykle. Szatyn kiwnął głową i w ciszy skierowali się w stronę wyjścia z parku biorąc po drodze telefon i buty Louis’a.

Brunet czuł się fatalnie i po raz pierwszy w życiu chciało mu się płakać. Pokonał jednak gulę goryczy w gardle i ze stoickim spokojem opatrzył rękę niższego chłopaka. A robił to tak delikatnie jak tylko umiał, byleby tylko nie zadać mu więcej niepotrzebnego bólu.

- Gotowe. – mruknął przełykając ślinę i zamykając bagażnik – Wsiadaj, odwiozę cię do domu. – dodał nie mogąc zmusić się by na niego spojrzeć.

- Harry – Louis przytrzymał go lekko za rękaw, gdy ten chciał się odwrócić.

Chłopak zatrzymał się i spojrzał w niebieskie tęczówki. Louis stał przez chwilę nieruchomo, a wyglądał na jeszcze bardziej zagubionego niż zwykle. Harry patrzył jak robi niepewny krok w jego stronę, a potem jeszcze jeden, by w końcu podnieść się na palcach przytrzymać jego szyi i delikatnie musnąć jego usta.

I ten jeden gest, to jedno małe dotknięcie ich ust było najsłodszą rzeczą jaką Harry kiedykolwiek w życiu doświadczył. Nagle ogarnęła go całkowita lekkość i poczuł, że jego nogi miękną. Louis wyglądał tak uroczo i infantylnie, że Harry niemal czuł jak jego serce się roztapia i wypełnia przyjemnym ciepłem całe jego ciało.

- Dziękuję – głos Louis’a był niemal niedosłyszalny, a oczy błagały o wybaczenie. Nie mógł jednak patrzeć na Harry’ego zbyt długo. Wstydził się tego co zrobił, dlatego zaraz po tym odwrócił się i nie czekając na jego reakcję wsiadł do auta.

Chwilę później do środka wszedł Harry, odpalił bez słowa silnik i ruszyli. Nie słuchali radia, ani nic nie mówili. Każdy z nich myślał i jednocześnie każdy miał dużo do powiedzenia. Żaden z nich jednak nie odważył się odezwać. Nawet, gdy Harry zatrzymał samochód pod domem Louis’a, a chłopak otworzył drzwi i wysiadł nic do siebie nie powiedzieli. Ale było coś co znaczyło więcej niż wszystkie słowa.

Jedno krótkie spojrzenie.

*

- Harry – zaczął Liam, gdy zielonooki wszedł do salonu i usiadł na kanapie – Co się stało? – zapytał od razu widząc minę przyjaciela.

- Pozwoliłem mu się pociąć. – powiedział suchym głosem.

- Słucham? – Liam był pewien, że źle usłyszał.

- Pozwoliłem mu się pociąć. – powtórzył głośniej Harry.

- Harry, kurwa! – zdenerwował się – Po co tam pojechałeś? Żeby dolać oliwy do ognia?! Dlaczego tam pojechałeś… Jesteś ostatnią osobą, z którą on powinien się spotykać! Cholera Harry, słuchasz mnie?!

- Pojechał tam bo to ten chłopak. – powiedział Zayn wchodząc do środka z butelką piwa w ręce.

- Nie rozumiem? – Liam rzucił mulatowi zdezorientowane spojrzenie.

- Chłopak z Dziesiątki. Chłopak, o którym nie mógł przestać myśleć, śnić i marzyć. Chłopak, który zawrócił mu w głowie. Prawda Harry? – zapytał z cwanym uśmieszkiem – Taak, domyśliłem się jakiś czas temu.

- Co?! – wykrzyknął Liam - TEN chłopak? Z klubu?

Harry kiwnął krótko głową i wstał mając dosyć.

- Harry, poważnie powinieneś dać mu spokój. Ty znowu znalazłeś sobie zabawkę, a tymczasem on jest zbyt wrażliwy… kurwa… ty rozstroisz go jeszcze bardziej, zniszczysz go, a on sobie z tym nie poradzi. On już sobie nie radzi… Stracił rodziców, siostry, najlepszego przyjaciela, próbował się zabić, tnie się i… Harry! Gdzie idziesz?! – krzyknął, gdy loczek znów ruszył w stronę drzwi – Harry on nie jest dla ciebie! – zawołał za nim i chwilę później usłyszeli głośne trzaśnięcie.

*

Harry oddychał szybko. To co powiedział Liam bardzo go ruszyło i choć wiedział, że jego przyjaciel nie chciał go zranić to czuł się fatalnie. Bo to była prawda. Jak mógł pozwolić Louis’owi to zrobić? Jak mógł się na to zgodzić? Jak mógł tak po prostu stać i patrzeć jak on się krzywdzi. Louis potrzebuje pomocy. Pomocy. A czy Harry może mu ją dać?

- Mogę. – powiedział do siebie, po raz kolejny tego dnia wsiadając do samochodu – I pomogę.

Kilkanaście minut później zatrzymał się na parkingu, wyszedł, skręcił w kilka uliczek, aż w końcu odnalazł budynek z czerwonej cegły, o którym tak wiele słyszał. To tutaj, na czwartym piętrze zawsze urzędował Justin. Siedział z kumplami, pił i grał w bilard. To był jego azyl, gdzie spędzał każdą wolną chwilę. Harry szybko odnalazł czarne drzwi pomiędzy dużym kontenerem, a wejściem na schody pożarowe i nacisnął klamkę wzdychając wcześniej i myśląc, że właśnie dobrowolnie pakuje się do gniazda szerszeni.

*

- Jay… nie uwierzysz kto chce się z tobą widzieć. – powiedział Luke wchodząc do pomieszczenia i rechocąc jak żaba.

Justin w jednej ręce trzymał papierosa, a w drugiej kij bilardowy czekając na swoją kolej w grze.

- Niech zgadnę, ten ciul, który wisi nam za trzy uncje zioła? Zanim wejdzie obijcie mu trochę mordę, niech wie, że nie lubię czekać. – odpowiedział odkładając fajkę do popielniczki, nachylając się i uderzając w bilę.

- Nie. – zaśmiał się – Zgaduj dalej.

- Więc kto? Ktoś kto wisi mi dłużej kasę niż trzy miesiące nie pokazywałby się tutaj. – mruknął od niechcenia – No chyba, że to psy, albo mój drogi ojczulek.

- Lepiej. – szepnął rad, że to on ma mu przekazać tą informację - To Styles.

- Jaki… co? – odwrócił się, a oczy pociemniały mu ze złości na samo wspomnienie o tym jak uderzył go dziś z pięści – Gdzie jest?

- Na dole. – mruknął Niall wchodząc do pomieszczenia - Chłopaki go przytrzymali. Mają go sprać?

- Tak żeby był w stanie wyjaśnić mi przyczynę swojej wizyty. – powiedział Justin, a miodowe oczy zaszkliły się złowieszczo, gdy wrócił do gry.

Kilkanaście minut później, gdy Justin skończył grę poszedł do pokoju dla VIP’ów, w którym zawsze miał zarezerwowaną lożę i tam czekał, aż jego chłopcy wprowadzą Harry’ego. Po kolejnych kilku minutach drzwi się otworzyły i dwóch chłopaków wprowadziło bruneta.

- No proszę, czym sobie zawdzięczam taką wizytę? – zapytał Bieber uśmiechając się do siebie widząc jak Harry ledwo trzyma się na nogach z bólu, a z jego twarzy spływa krew.

- Chcę się dogadać. – wychrypiał starając się wyswobodzić z uścisku dwójki, która go pobiła.

- Dogadać? Ty? Ze mną? Nie sądzę, żeby to było możliwe. – zaśmiał się - Po tym co się dzisiaj wydarzyło… Wiedziałeś co ryzykujesz Styles.

- Kurwa bo przesadziłeś i dobrze o tym wiesz Bieber. Tak cię ubodło, że nowy powiedział, że nie jesteś w jego typie, huh? – warknął, a Justin skinął na Luke’a, który uderzył Harry’ego pięścią w brzuch.

- Z szacunkiem Styles. Bądźmy dla siebie mili. – zaśmiał się cynicznie.

Harry splunął krwią i skrzywił się z bólu. Po chwili znów się wyprostował i spojrzał w miodowe oczy.

- Kurwa. – syknął ze złością – Posłuchaj, oto moja propozycja: odpuszczasz nowemu, kasujesz nagranie jak spuszczasz mu głowę w kiblu, a ja robię to co mi każesz.

- Oh i dlaczego miałbym się zgodzić? – zmarszczył brwi.

- Bo oboje wiemy, że mnie potrzebujesz. – rzucił Harry - Są sprawy, które tylko ja załatwię i informacje do których ty nie masz dostępu.

- Czyli godzisz się do nas dołączyć w zamian za to, że zostawię tego kolesia?

- Do was dołączyć… - parsknął śmiechem – Więc co to jest to wszystko, ta cała szopka… gang licealistów?

- Na twoim miejscu uważałbym na słowa. To ty jesteś w nieciekawym położeniu, nie ja.

- Sorry wielki Jay. Po prostu nie sądziłem, że sprawy zaszły tak daleko… więc tatuś wtajemniczył cię w rodzinny bizne… ah kurwa!

- Mówiłem ci zamknij mordę. To ty tutaj chcesz się dogadać.

- A skoro dalej mnie słuchasz to chyba coś znaczy, prawda? – powiedział przez zaciśnięte zęby – Każ im mnie puścić do kurwy nędzy. – warknął, a Justin skinął na nich głową po czym pokazał Harry’emu żeby usiadł.

- Myślę, że się dogadamy Styles. Pamiętaj tylko, że jak nie dotrzymasz słowa, to każę rozpierdolić ci ryj.

- I vice versa. – rzucił cicho loczek, ale blondyn puścił to mimo uszu. Co jak co, ale Harry miał rację. Był mu potrzebny do kilku rzeczy. Justin już kiedyś próbował go na to namówić, ale bezskutecznie.

Teraz wszystko miało być inaczej.

Dla niektórych lepiej, dla innych trochę gorzej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz