- Louis co się dzieje? – zapytała Lindsay, gdy usłyszała odgłosy wymiotów z łazienki – Mogę wejść?
Chłopak nie odpowiedział. Po kilku minutach wyszedł blady jak ściana. Chciał ominąć swoją ciocię, choć i tak czuł, że to mu się nie uda. Kobieta zatrzymała go ręką i zmusiła by na nią spojrzał.
- Niedobrze mi. To wszystko. – odpowiedział cicho, chociaż tak naprawdę bał się iść do szkoły. Bał się tego, że cała szkoła zobaczyła już filmik, który nagrał Justin – Mogę… mogę zostać w domu? – zapytał z nadzieją w głosie, ale dobrze wiedział jaka będzie odpowiedź.
- Masz dzisiaj test z angielskiego… a my z Tom’em musimy być w pracy. Przykro mi Louis…
- …ale nie możecie zostawić mnie samego. Rozumiem. – mruknął cicho nawet nie mając jej tego za złe. To przecież jego wina. Na własne życzenie nie może zamykać drzwi w pokoju czy zamka w łazience. Po prostu się o niego boją – Pójdę się spakować. – dodał mijając ją i przechodząc do swojego pokoju.
- Skarbie, znam cię i wiem, że wymiotowałeś z nerwów. Powiedz mi co się dzieje. Dlaczego nie chcesz iść do szkoły? – zapytała wchodząc do pokoju za nim – Louis…
- Po prostu… - zaczął biorąc okulary i torbę i odwracając się do niej – Po prostu chodźmy już, dobrze? Proszę. – dodał widząc jak otwiera usta.
*
Chciał przejść niezauważony do łazienki, zamknąć się w niej i przeczekać cały dzień. Taki wymyślił plan. Stało się jednak coś dziwnego bo nikt nie zwracał na niego kompletnie żadnej uwagi. Wszystko było normalnie. Może nawet trochę bardziej niż normalnie. Zatrzymał się przy swojej szafce, myśląc, że może filmiku jeszcze nikt nie widział, a gdy ją zamknął zamarł widząc Justina idącego korytarzem prosto w jego stronę.
Wiedział, że to już jego koniec, że już nawet gdyby chciał to nie ma ucieczki. Wziął głęboki oddech, zamknął na chwilę oczy i… nic. Chłopak po prostu przeszedł obok niego nie zaszczycając go nawet jednym spojrzeniem. Louis stał przez chwilę osłupiały, aż zdecydował się jednak udać na lekcję.
Cały dzień minął szybko i nie spotkało go zupełnie nic złego. Nie wiedział o co chodzi więc uznał, że po prostu Justin znalazł sobie nową ofiarę. Usiadł na murku opierając łokcie o kolana i patrząc jak gołąb grzywacz szuka czegoś w trawie. Lubił je obserwować, a ostatnio miał okazję robić to bardzo często.
Słuchał muzyki i czekał na ciocię na parkingu, gdy nagle w słuchawkach usłyszał coś dziwnego. Zmarszczył brwi pogłaśniając i… nie. To nie możliwe. Nie mógł uwierzyć słysząc piosenkę, którą wgrał mu Harry. (x) Pokręcił z niedowierzaniem głową, a na jego ustach po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna pojawił się uśmiech. W tej samej chwili usłyszał przychodzącą wiadomość.
H: Powinieneś częściej się uśmiechać. Czego słuchasz? Harry
Zdziwił się bo to oznaczało, że Harry go widzi, a w szkole go nie było. Rozejrzał się i postanowił odpisać.
L: Hakuna matata? Poważnie?
Odpowiedź przyszła po krótkiej chwili.
H: Nie podoba ci się? Poczekaj, aż usłyszysz resztę
L: Podoba mi się. Gdzie jesteś? Nie widziałem cię w szkole.
H: W samochodzie, czekam na Liam’a i Zayn’a
Louis rozejrzał się jeszcze raz i dostrzegł samochód Harry’ego, który stał całkiem niedaleko od niego. Loczek siedział za kierownicą patrząc prosto na niego, a wzrok Louis’a przykuł siny ślad na jego twarzy. Zamyślił się chwilę, gdy usłyszał silnik samochodu i chwilę później przed nim zatrzymała się jego ciocia. Wsiadł do samochodu rzucając jeszcze raz krótkie spojrzenie na Harry’ego i chwilę później odjechali. Sięgnął po telefon i napisał szybko wiadomość.
L: Masz siniaka pod okiem. Co się stało?
H: Wydawało ci się.
L: Nie. I mówiłeś, że nie lubisz kłamstwa
Harry długo nie odpisywał więc Lou domyślił się, że jedzie z chłopakami do domu. Pół godziny później dostał wiadomość i aż pokiwał z niedowierzaniem głową.
H: Zawsze wszystko zapamiętujesz?
L: Zawsze zmieniasz temat, gdy chcesz się wykręcić od odpowiedzi?
H: Przez smsy jesteś bardziej wygadany
L: Przez smsy nie muszę się bać, że coś mi zrobisz
H: Naprawdę, aż tak się mnie boisz?
L: Tak
H: Spotkajmy się dzisiaj
L: Mam spotkanie z psychologiem
H: Zawiozę cię
L: Nad morze?
H: Jeśli tylko chcesz…
L: NIE
H: To o której mam być?
L: 17:30
H: :)
Lekki uśmiech po raz kolejny tego dnia wkradł się na twarz Louis’a. Mimo tego, że trochę się bał Harry’ego, że wiedział, że jest nieobliczalny, wybuchowy i nerwowy to jakaś cząsteczka w nim cieszyła się z tego, że go zobaczy.
*
Harry został wpuszczony do domu Louis’a przez jego ciocię, która zmusiła go by napił się z nią soku. Była miłą kobietą i na pierwszy rzut oka było widać, że kocha go jak własnego syna. Opowiadała właśnie Harry’emu o rodzicach i siostrach Louis’a, ale ucięła słysząc jak schodzi po schodach. Nie chciała by to słyszał bo wiedziała, że nie jest jeszcze gotowy na takie rozmowy, a wspomnienie o jego zmarłej rodzinie może całkowicie go zniszczyć.
Kilka chwil później szatyn pojawił się w drzwiach, a jego oczy powiększyły się, gdy dostrzegł Harry’ego.
- Cześć. – powiedział brunet , a Louis odpowiedział mu cichym i bliżej nieokreślonym mruknięciem.
Harry podziękował za sok i wyszli wsiadając do jego samochodu.
- Boisz się? – zapytał z cichym śmiechem, gdy zapinał pasy.
- Powiesz mi co z twoją twarzą?
- Zawsze zmieniasz temat, gdy chcesz się wykręcić od odpowiedzi? – zacytował go Harry rzucając mu krótkie spojrzenie. Odpalił silnik, wrzucił pierwszy bieg i ruszył.
Louis westchnął cicho.
- Nie boję się. – odpowiedział - Chyba, że będziesz chciał mnie znowu uprowadzić. – dodał ciszej.
- Nie zrobię tego. Nie dzisiaj. – zaśmiał się – A to… – wskazał na siniaka pod okiem – to naprawdę nic takiego.
- Kto ci to zrobił?
- Bieber. – odparł spokojnie nie spuszczając wzroku z ulicy.
- Dlaczego?
- Bo zrobiłem mu to samo.
- Dlaczego?
- Jesteś irytujący, wiesz? – prychnął i gdy Louis obiecał sobie, że nic już nie powie Harry zdecydował się kontynuować – Po prostu… hm… poprosiłem go żeby dał ci spokój i skasował ten filmik. I zostawmy to, dobra? Nie pytaj mnie o to. – zakończył poważnie i po krótkiej chwili ciszy rzucił okiem na szatyna – Hej, ale nie chciałem żebyś milczał, nie miałem na myśli…
- W porządku. – mruknął.
Harry westchnął cicho żałując, że powiedział to co powiedział. Louis dopiero co zaczął mówić, nie ograniczając się do cichych pomruków, a on sprawił, że znowu się wyciszył. Cholera, tak łatwo było go zgasić… Harry przeklął się w duchu i przysiągł, że następnym razem pomyśli. Zastanawiał się właśnie co może powiedzieć, żeby Louis znowu zaczął mówić, ale nim to zrobił szatyn sam się odezwał.
- Skąd miałeś mój numer? – jego głos był spokojny i nie brzmiał jakby uraziło go to co przed chwilą powiedział Harry.
- Liam mi dał. – odparł uśmiechając się lekko i zatrzymując na światłach – To znaczyyy… pozwolił sobie wziąć. – poprawił się – To znaczy… sam sobie wziąłem. Bez jego wiedzy.
Louis zachichotał krótko, niemal niedosłyszalnie, a Harry odwrócił głowę i spojrzał na niego.
- O Boże, czy to był cichy chichot?! – zawołał ucieszony faktem, że to on to wywołał – Nie mogę w to uwierzyć!… Hej, nie odwracaj twarzy… widzę ten lekki uśmiech! Nie ukryjesz go Tomlinson! – śmiał się.
- Patrz na drogę Harry. – powiedział cicho Lou, rumieniąc się lekko i patrząc gdzieś w dół zawstydzony, co Harry uznał za wyjątkowo słodkie.
Nie chcąc go peszyć przeniósł swój wzrok z powrotem na ulicę i jechał dalej nie mogąc przestać się uśmiechać.
Kiedy dojechał na miejsce i zaparkował zobaczył, że Louis zmarkotniał.
- Nie lubisz tu przychodzić, co? – zapytał.
- Nie – odpowiedział szczerze biorąc głęboki oddech i patrząc ponuro na kamienicę.
- Jaki on jest?
- Terapeuta? – zapytał, a Harry kiwnął krótko głową.
- Jest… on… jest… - urwał nie wiedząc co odpowiedzieć.
Co mógł powiedzieć o kimś z kim nigdy nie rozmawiał? Wiedział o nim tylko tyle, że nazywa się Flynch, pracował kilkanaście lat w Londynie, a potem otworzył w Green Meadow swój prywatny gabinet. Wiedział też, że jest jednocześnie psychiatrą, psychoterapeutą i psychologiem. Louis’owi i tak to było wszystko jedno – nie rozróżniał tych profesji. Wszystko kręciło się wokół ludzi psychicznych, czyli takich jak on.
Ludzi nienormalnych.
Zamknął na chwilę oczy przypominając sobie moment, w którym pierwszy raz się tutaj znalazł. Było to niecały tydzień po jego nieudanej próbie samobójczej. Jego ciocia zaprowadziła go do środka, a miła blondynka z recepcji złapała go za ramię i poprowadziła na trzecie piętro.
Mówiła coś do niego, ale on wcale jej nie słuchał. Ostatnio tyle się wydarzyło, że nie był w stanie myśleć racjonalnie. Został wprowadzony do przyjemnego gabinetu, z oknem wychodzącym na ogród z tyłu budynku, a fotele stały tak, by zapewnić widok na zewnątrz zarówno pacjentom jak i terapeucie. Usiadł patrząc na dużą brzozę i przyglądając się jak kołysze się delikatnie pod wpływem wiatru. Kilka minut później do środka wszedł mężczyzna ubrany w śmieszny sweter. Miał włosy zaczesane na bok i przyklejony uśmiech do twarzy. Tyle Louis zdążył zobaczyć zanim odwrócił wzrok z powrotem na brzozę.
Mężczyzna usiadł na fotelu obok pod niewielkim kątem i zaczął mówić, podczas, gdy on siedział otulony w niewidzialną opończę nic nie mówiąc. W postawie Louis’a nie było wrogości, a czysta, pozbawiona blasku obojętność, co tylko uświadomiło doktora Flynch’a o tym jak wielki jest jego nieskartografowany ból.
Louis już nie pamiętał ile spotkań odbyli w taki sposób i nawet przywykł do tego, że przez dwie godziny w tygodniu siadał obok tego mężczyzny i razem milczeli – bo Flynch nie męczył go już żadnymi pytaniami. Pewnie czekał na to, aż on zacznie mówić.
- Rozmawiasz z nim dużo? – kolejne pytanie Harry’ego wyrwało go z zamyśleń i wspomnień. Brunet niemal poczuł jak ciało Louis’a całe się napina na siedzeniu obok.
- N-nigdy z nim nie rozmawiałem. – wyszeptał do swoich kolan, a po chwili wypuścił z siebie powietrze, odpiął pasy i zaczął otwierać drzwi.
- Może warto? – usłyszał, gdy miał wysiadać z auta i zatrzymał się odwracając głowę w stronę Harry’ego.
- Nie ufam mu – powiedział smutno.
- Nie musisz mu ufać żeby z nim porozmawiać… na przykład o pogodzie.
Patrzył chwilę w zielone tęczówki Harry’ego zastanawiając się nad czymś.
- Chyba… chyba nie muszę. – przyznał wychodząc z samochodu, a Harry uśmiechnął się do niego.
*
Wszedł do pokoju jak zwykle zajmując miejsce na miękkim fotelu i patrząc przez okno na ogród, który znał już na pamięć. Jego uwagę od razu przykuł gołąb chodzący po parapecie, taki sam jakiego widział pod szkołą. Był tutaj zawsze i zawsze zachowywał się tak samo. Trochę niespokojnie, a jednocześnie ostrożnie. Rozglądał się na boki jakby w obawie, że zaraz coś go zaatakuje. Zupełnie jak Louis.
Drzwi otworzyły się i do środka wszedł doktor Flynch witając się z nim krótkim „dzień dobry”. Zostawił na biurku jakieś papiery i usiadł na fotelu obok, pod niewielkim kątem do Louis’a. Nie zdziwił się, gdy chłopak nie odpowiedział, a nawet nie oczekiwał od niego żadnej odpowiedzi. Spojrzał przez okno, a jego uwagę również przykuł krzątający się za oknem gołąb. I wtedy Louis się odezwał, po raz pierwszy, sam z siebie.
- Jest tutaj codziennie, a wciąż się boi, że coś mu się stanie.
- Tak, to prawda – przyznał Flynch, starając się ukryć najmniejszy ślad uśmiechu, który mógłby odstraszyć szatyna. W głębi duszy cieszył się, że Louis w końcu się odezwał.
Louis nic już nie powiedział. Spojrzenie jego niebieskich oczu musnęło oczy doktora Flyncha, po czym natychmiast odwrócił wzrok.
- Uważasz, że tobie mogłoby się coś stać? – zapytał, a on ścisnął mocniej ramiona chowając się pod niewidzialnym płaszczem.
Nie odezwał się już i minęło pół godziny, aż doktor Flynch postanowił czegoś spróbować.
- Gdyby istniało lekarstwo na bycie żywym… – podsunął, przerywając milczenie.
- Istnieje.
Zaniepokojony gołąb poderwał się do góry i odleciał robiąc spiralę w powietrzu, by chwilę później wylądować na ziemi. Doktor Flynch czekał. Chciał, żeby Louis sam to powiedział.
- Śmierć.
- I ty sięgnąłeś po to lekarstwo. – stwierdził po krótkiej chwili, a szatyn milczał – Jednak teraz, kiedy tu ze mną siedzisz mogę uznać, że postanowiłeś nie zażywać go więcej. Prawda?
Zamyślił się chwilę. Chciał śmierci i myślał o niej każdego dnia, od śmierci rodziców i sióstr, ale teraz… Teraz coś stało mu na przeszkodzie, a on sam nie wiedział co to jest. Jakieś niewidzialne ręce, które mocno go trzymały.
Tak, postanowił więcej nie sięgać po to „lekarstwo”.
*
- Opowiesz mi o tym co czułeś, gdy zacząłeś tracić świadomość? – zapytał pewnego dnia doktor Flynch – Kiedy tabletki nasenne zaczęły działać, a ty zacząłeś odpływać?
Louis jak zwykle milczał. Tego dnia siedział z podkulonymi nogami pod szyję, a całe jego ciało było spięte. To przez tego przeklętego terapeutę, który zaczął przywoływać jego wspomnienia, do których on nie chciał wracać. Nie chciał o tym myśleć. Zaczynał żałować, że zaczął mówić. Ale było w nim coś co kazało mu brnąć w to dalej.
Wziął głęboki oddech.
- Czułem… czułem… j-jakbym to nie ja brał w tym udział… a tylko patrzył z góry… Bałem się, tak strasznie się bałem… Nie mogłem nic zrobić już… – wyjąkał cicho przypominając sobie tamten dzień.
I wtedy zaczął mówić. Ale tak naprawdę mówić. Wszystko to, co tak długo w nim siedziało.
Wpadł do pokoju oddychając szybko i zamykając drwi. Zrzucił z ramion czarną marynarkę i odpiął guzik również czarnej koszuli, a potem usiadł na podłodze pod łóżkiem. Trzęsącymi się dłońmi odkręcił małe pudełeczko z tabletkami i wysypał na ręce całą jego zawartość. Płakał. Płakał i nie był w stanie tego powstrzymać. Cały jego świat właśnie rozpadł się na kawałki i nikt i nic nie mogło tego naprawić. Przed oczami wciąż miał trumny. Widział je tylko przez kilka sekund zanim zasłabł, ale to wystarczyło by zrozumiał, że jego życie właśnie dobiegło końca.
- Chcę umrzeć, chcę umrzeć, chcę umrzeć, chcę umrzeć… – mówił do siebie przez płacz połykając po kolei tabletki i myśląc o wszystkich swoich siostrach, które zawsze wskakiwały mu na barana, gdy tylko przychodził do domu.
To było ponad jego siły.
Jego płacz przerodził się w prawdziwą rozpacz i nie mógł nabrać powietrza, nie mógł oddychać. Po kilku minutach opróżnił prawie całe pudełeczko z tabletkami i położył się na podłodze czekając na śmierć.
Wtedy stało się coś strasznego bo nagle usłyszał głos swojej mamy „Nie rób tego Louis”, który odbił się echem w jego głowie kilkanaście razy.
- Mamo – powiedział czując jakby ktoś brutalnie ściskał mu serce – Mamo… - zapłakał, choć tak naprawdę chciał to głośno krzyknąć.
„Nie rób tego Louis”, usłyszał ponownie, ale było już za późno.
Czuł się jakby był na morzu, a gdy uświadomił sobie, że leży na podłodze zaczął się zastanawiać dlaczego wszystko się kołysze.
- Zabiłem się… Mamo zabiłem się. – wymamrotał do siebie zamykając oczy i widząc leżącego na podłodze siebie samego. W każdej sekundzie słabł coraz bardziej.
Nagle z całego serca zapragnął żyć dalej. Tak bardzo chciał się ruszyć, cofnąć to wszystko, ale nie był już w stanie. Ogarnął go przeraźliwy strach, a w głowie słyszał swój głos mówiący „Co ja zrobiłem, zabiłem się”. Zrozumiał, że nie tego chciał, ale było już za późno. Nie miał siły walczyć, więc po prostu się poddał.
- Czasem, gdy nie można fizycznie uciec z sytuacji zagrożenia lub strachu umysł odcina się emocjonalnie… W ten sposób się broni. – powiedział spokojnie doktor Flynch, a on całkowicie się rozkleił.
Ukrył twarz w kolanach płacząc i mocząc swoje okulary i spodnie. Jego ciało się zatrzęsło, gdy poczuł na swoim ramieniu jego dłoń, ale nie odepchnął jej.
Na dzisiaj był to koniec rozmowy i choć zakończył się łzami to Flynch wiedział, że Louis zrobił właśnie ogromny postęp. Powiedział mu co czuł, opowiedział wszystko co się działo w jego głowie, gdy próbował się zabić, a do tego Flynch dążył od ponad miesiąca.
*
Harry czekał na Louis’a przy samochodzie na parkingu. Zarówno on jak i Louis zdążyli się już przyzwyczaić, że czasem po niego przyjeżdżał, a czasem go przywoził, mimo, że minął dopiero tydzień odkąd zawiózł go tu po raz pierwszy.
W tym czasie Harry obiecał sobie, że nie będzie się na niego rzucał, całował go, ani nic z tych rzeczy. Było to dla niego nie małym wyzwaniem, ale jak na razie wytrzymywał. Zauważył też, że Louis powoli zaczyna mu ufać.
Loczek przyglądał się kamienicy i podziwiał bluszcz, który z jednej strony porastał całą jej ścianę, aż zobaczył Louis’a wychodzącego ze środka. Nie trudno było zauważyć jego bladą twarz i czerwone, załzawione oczy. Szedł ze spuszczoną głową i chciał przejść obok Harry’ego, ale ten nie pozwolił mu na to.
– Chodź tu – powiedział przyciągając go do siebie i przytulając. Louis oparł czoło o jego obojczyk, a Harry trzymał go pozwalając mu się wypłakać – W porządku? – zapytał cicho, kiedy zaczął się uspokajać.
Louis odsunął się kiwając smutno głową. Harry zdjął mu z twarzy okulary i wytarł opuszkiem łzę.
- Rozmawiałem z nim – szepnął Louis podnosząc wzrok i patrząc mu w oczy. Nawet nie wzdrygnął się pod ciepłym dotykiem paca bruneta.
Harry przez chwilę nic nie mówił. Był całkowicie oszołomiony parą błękitnych tęczówek, które wpatrywały się w niego przez łzy, z takim okropnym smutkiem, że czuł jak jego serce rozpada się na kawałki. Błękit jego oczu był tak niesamowity, że nawet ocean mógłby mu tego pozazdrościć. Wyglądał jak małe, niewinne dziecko, które zgubiło się w centrum handlowym.
Kiedy Louis przestał opuszczać wzrok i zaczął patrzeć na niego w taki sposób? Kiedy Harry zaczął się tak rozczulać, czuć miękkość w środku i ogarniające ciepło, gdy tylko na niego spojrzał?!
Przejechał palcami po jego kościach policzkowych i uśmiechnął się lekko.
- Domyśliłem się. – powiedział cicho wciąż jeżdżąc opuszkami po jego twarzy – I nawet nie wiesz jak mnie to cieszy.
*
- Wejdziesz? – zapytał Louis, gdy podjechali pod jego dom.
- Chciałbym, ale… muszę gdzieś być. – mruknął Harry, ale kiedy zobaczył w niebieskich tęczówkach smutek nie mógł się nie zgodzić – A… w sumie to może poczekać. – dodał, a na twarzy szatyna pojawił się uśmiech.
Weszli do środka witając się z Lindsay, która krzątała się po kuchni i chwilę później Harry opadł na łóżko Louis’a jęcząc, że ostatnio nie ma na nic siły.
- Dlaczego? – Lou usiadł obok niego po turecku, zbierając stos książek z pościeli.
- Śpię po trzy, cztery godziny.
- Harry…
- Mmm? – wymruczał twarzą do poduszki.
- Dlaczego nie chodzisz do szkoły? – usłyszał jego cichy głos i przekręcił głowę na bok, tak by móc widzieć niebieskie tęczówki.
- Bo wtedy śpię.
- A co robisz w nocy? – pytał dalej Louis, a jego głos był trochę zmartwiony.
- Nie chcę cię w to mieszać.
- H…
- Nie Louis. – powiedział twardo, a szatyn opuścił wzrok i wrócił do odkładania książek na szafkę przy łóżku.
Harry podniósł się do pozycji siedzącej i spojrzał na niego z krótkim westchnięciem.
- Przepraszam. – powiedział przyglądając mu się uważnie. Louis przeniósł na niego swoje spojrzenie, w którym Harry jak zwykle nie dostrzegł żalu – Jestem okropny.
- Nie jesteś. – odpowiedział szczerze szatyn na co loczek westchnął głośno.
- Po prostu… pomagam w czymś Justin’owi, ale naprawdę nie chcę cię w to mieszać. – zaczął spokojnie patrząc mu w oczy - Nie chcę cię mieszać w nic co ma z nim związek bo on nie wahałby się ani chwili żeby zrobić ci krzywdę. I nie powinien widzieć nas razem bo jeśli zobaczy, że jesteś moją słabością to na pewno to wykorzysta.
- Czy to zna…
- Proszę cię, nie zadawaj mi pytań bo nie mogę ci nic powiedzieć.
- No dobrze. – westchnął Louis - Więc jestem twoją słabością? – uśmiechnął się lekko.
- Mhm, nie mam pojęcia jak to zrobiłeś. – Harry wzruszył ramionami i znów położył się na łóżku, tym razem na plecach by móc patrzeć na szatyna – Owinąłeś mnie sobie wokół palca oo… - dodał śmiejąc się i unosząc swój palec wskazujący.
Louis zachichotał, a Harry zaczął myśleć, że to najpiękniejsza rzecz w życiu. Uśmiechnął się rad, że to właśnie on przyczynił się do tego, że szatyn zaczął się otwierać, że zaczął normalnie rozmawiać, że patrzy na niego, a w jego oczach nie ma strachu, że się uśmiecha… To wszystko było niesamowite i sprawiało, że serce Harry’ego miękło.
*
- Harry, już wychodzisz? – zapytała Lindsay, gdy przyszedł się z nią pożegnać do kuchni.
- Tak, muszę. – odpowiedział - Louis zasnął, nie chciałem go budzić.
Lindsay spojrzała na niego z szerokim uśmiechem.
- Lubi cię.
- Uh tak, chyba tak. Ja też go lubię. – mruknął odwzajemniając uśmiech i czując się trochę niezręcznie.
- Czy wy… hm… no wiesz… - zająknęła się nie wiedząc czy powinna mówić to głośno. Wiedziała, że Louis jest gejem, ale nie wiedziała nic o Harry’m, a nie chciała go urazić.
- Nie! To znaczy… yyy… za wcześnie żeby to jakoś nazywać. – zdenerwował się – Myślę, że to dla niego za wcześnie. Ale nie chodzi o to, że ja chce… Nie, nie! Po prostu… cholera…
- Hej spokojnie, nie mam nic przeciwko jeśli między waszą dwójką coś jest lub będzie. – powiedziała uspokajająco - Wręcz przeciwnie będę szczęśliwa wiedząc, że Louis jest szczęśliwy. Lubię cię Harry i lubię jak tutaj przychodzisz.
- N-naprawdę? – wyjąkał przeczesując nerwowo loki.
- Tak, naprawdę Harry. Nie stresuj się, nie zjem cię. – zaśmiała się – Tom też nie. – dodała.
Harry uśmiechnął się szeroko, powiedział, że są naprawdę w porządku i zaraz po tym musiał się pożegnać przyrzekając, że następnym razem więcej z nią pogada. Kiedy tylko wsiadł do auta sięgnął po telefon, który wcześniej wyciszył by nie obudzić Louis’a. Jęknął, gdy zobaczył kilka nieodebranych połączeń.
Cholera. Justin będzie zły.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz