niedziela, 5 stycznia 2014

8

Najnudniejszą lekcją w całym liceum była zdecydowanie fizyka. Nie było chyba żadnej osoby, która lubiłaby ten przedmiot ze względu na nauczyciela, który prowadził lekcje czytając głośno podręcznik i zadając im prace domowe, z których później robił sprawdziany. Był poniedziałek, godzina ósma piętnaście, a cała klasa spała na ławkach. Jedynie kilka osób z pierwszych ławek śledziło w książce to co mówi nauczyciel, ale reszta miała to głęboko gdzieś.

Nawet Louis, który zazwyczaj uważał i wszystko notował, by nadrobić zaległości tym razem nie miał siły żeby skupić się na słowach wykładowcy. Siedział w trzeciej ławce przy oknie, podpierając ręką twarz i rysując ołówkiem po książce, a zmierzwione włosy opadały mu na czoło. Myślał właśnie o porannej rozmowie ze swoją ciocią, która oznajmiła mu, że dzwonił doktor Flynch i zasugerował by Louis nie brał już swoich wieczornych tabletek. To była dobra wiadomość, tak. Oznaczało to, że naprawdę jest z nim coraz lepiej i zaczyna sobie radzić, ale mimo wszystko Louis nie uważał żeby to był dobry pomysł. Nie umiał spać bez czegoś uspokajającego, albo na sen i nie wiedział czy jego ataki nie wrócą.

Niemal podskoczył na miejscu, gdy drzwi klasy otworzyły się i do środka wszedł spóźniony Harry. Nic nie mówiąc ruszył do ławki za Zayn’a i Liam’a, gdzie opadł na krzesło nawet nie wyjmując książek. Siedział chwilę nieruchomo, aż spojrzał w lewo, na drugi koniec klasy, prosto na Louis’a.

Szatyn od razu dostrzegł na twarzy bruneta czerwonego siniaka przy ustach. Patrzyli na siebie przez krótką chwilę bez żadnego wyrazu, aż w końcu Harry odwrócił głowę usłyszawszy pytanie Zayn’a. Louis opuścił z powrotem smutny wzrok na książkę i cicho wypuścił ustami powietrze.

Martwił się o Harry’ego.

*

- Co się z tobą dzieje Hazz? – zapytał na przerwie Zayn, gdy szli do następnej klasy – Nie wracasz na noc, praktycznie w ogóle cię nie widzimy, aż przychodzisz po tygodniu nieobecności w szkole z posiniaczoną twarzą. Kto ci to zrobił?

- Nie ważne. – mruknął – Daj mi spokój Zayn. – zirytował się, gdy chciał odejść, a mulat przytrzymał go ręką.

- W coś ty się wpakował, co? – westchnął, a ton jego głosu zmienił się na łagodniejszy – Harry, wszystko jest w porządku?

- Tak, naprawdę. Zaufaj mi. – rzucił na odczepne, a zrezygnowany brunet odpuścił.

- To zaczęło się odkąd… odkąd powiedziałem ci żebyś zostawił Louis’a w spokoju. – powiedział Liam, gdy w trójkę szli na następną lekcję.

- Co z tego?

- To ma z nim jakiś związek? Wiem, że to chłopak, którego zobaczyłeś w klubie, ale tak jest dla niego lepiej. Z resztą… widać po nim, że czuje się już lepiej… To chyba był dobry pomysł. – mówił Liam – …no co? – zmarszczył brwi, gdy Harry prychnął głośno.

- To, że nie dałem mu… jak to pięknie ująłeś… spokoju. Widziałem się z nim codziennie w tym tygodniu. – odpowiedział wkładając ręce do kieszeni i spoglądając w zaskoczone oczy obu przyjaciół - Zdziwiony? – prychnął znowu.

Liam już miał się odezwać, gdy obok nich przechodził Justin, a z nim Niall i Luke. I zazwyczaj kompletnie by się zignorowali, ale tym razem Justin się odezwał.

- Styles na słówko. Teraz. – powiedział na co brunet zamknął na chwilę oczy. Wiedział, że Bieber zrobił to specjalnie, na pokaz przed Zayn’em i Liam’em, a tego tak bardzo chciał uniknąć…

Harry podniósł wzrok i spojrzał prosto w oczy wyraźnie zdziwionego Zayn’a, który powoli zaczął wszystko rozumieć, a potem odwrócił się bez słowa by uniknąć niezręcznych pytań i ruszył za Justin’em.

- Od kiedy stałeś się jego pieskiem? – usłyszał za sobą głos mulata.

Loczek odwrócił się powoli wokół własnej osi pokazując mu środkowy palec, po czym zniknął w bocznym korytarzu. Zayn warknął zły i spojrzał na Liam’a, który również nie wyglądał na zadowolonego.

*

Garncarstwo okazało się być całkiem przyjemnym zajęciem. Klasa była mała, umieszczona w środku szkoły, z oknami na zewnątrz budynku i na korytarz, które przysłaniały żaluzje. Oprócz Louis’a w środku było jeszcze czterech uczniów, których widział pierwszy raz na oczy, a nauczyciel okazał się niskim grubaskiem w okularach. Był miły, lubił dużo gadać i cały czas się uśmiechał. Siedział gdzieś na końcu sali, nucił pod nosem piosenkę Britney Spears i przeglądał podręcznik z glinianymi garnkami. Lubił dużo światła i świeże powietrze, dlatego poodsłaniał okna i otworzył okna i drzwi robiąc mały przeciąg.

- Cześć pustelniku! – Louis niemal podskoczył słysząc nad sobą ten piskliwy głos, a gdy podniósł głowę zobaczył Eleanor – Jak tam twoje garncarskie hobby?

Usiadła na ławce obok machając nogami i pijąc sok marchewkowy i pomachała wesoło do nauczyciela, który siedział po drugiej stronie.

- Sama widzisz… - mruknął Lou zerkając na koło garncarskie, które obracał między nogami – Odnalazłem się.

- Widzę właśnie. Masz glinę nawet na twarzy. – powiedziała patrząc jak Louis podnosi swoje dzieło i dokleja ucho – Co to będzie? – wskazała na to co lepił Louis.

- Dzbanek? – zapytał podnosząc brwi.

- Bez dna? – zmrużyła oczy starając się nie roześmiać.

Louis odwrócił rękę i zdał sobie sprawę, z tego że dno przykleiło się do koła i oderwało od całości. Wydał z siebie ciche „oh” po czym zagryzł dolną wargę.

- Wiesz… ja nie wiem… - zaczęła Eleanor trochę przemądrzałym głosem, a Lou podniósł na nią wzrok - może jestem jakaś dziwna, ale wydaje mi się, że dzbanek powinien mieć dno. – powiedziała śmiejąc się głośno chociaż nie złośliwie.

- Pani Calder, znowu pani przyszła rozpraszać mi uczniów? Wynocha mi stąd, już! Sio! Sio! …Sio powiedziałem! – dodał odganiając ją ręką jak muchę i nie zwracając uwagi na to, że próbuje coś powiedzieć.

- Jest pan niemiły panie Collins. Oficjalnie się na pana obrażam i niech pan nie myśli, że odwiedzę pana w piątek, gdy ma pan zajęcia z kujonami z 1c i nie ma pan z kim pogadać! – oburzyła się, po czym zeskoczyła z ławki i wyszła z klasy.

- I Bogu dzięki. – mruknął pod nosem nauczyciel, a Louis otworzył szeroko oczy czując jak zbiera mu się na śmiech - Uważaj na nią. – usłyszał nad sobą – To najbardziej gadatliwe stworzenie na tej ziemi… jest niebezpieczna. Trzy razy zmieniałem klasy, a ona zawsze mnie znajduje. Dalej nie wiem jak to robi. – westchnął odchodząc do biurka, ale zatrzymał się w połowie i spojrzał na Louis’a – Ty wiesz, że dzbanek powinien mieć dno, prawda? – rzucił wzdychając i siadając za biurkiem, a Louis przewrócił oczami.

Już miał zacząć to naprawiać, gdy przez żaluzję dostrzegł na korytarzu Harry’ego, który patrzył na niego z małym uśmiechem. Zarumienił się nie wiedząc od jak dawna był obserwowany, po czym usłyszał dźwięk przychodzącej wiadomości. Wytarł rękę i sięgnął po telefon.

Wyglądasz uroczo z tą gliną na twarzy

Zarumienił się jeszcze bardziej, a gdy z powrotem podniósł wzrok Harry’ego już nie było.

*

- Lou. – zaczął Tom stojąc przy zlewie - Musimy dzisiaj z Lindsay jechać coś załatwić i będziemy późno wieczorem…

- …więc wysyłacie mnie do Liam’a. – dokończył z cichym westchnięciem wchodząc mu w słowo – Tak, wciąż potrzebna mi niania. – dodał z wyrzutem.

Siedział w kuchni przy stole i już pół godziny grzebał widelcem w talerzu. To zawsze doprowadzało Lindsay do szału bo Louis potrafił jeść obiad przez dobrą godzinę. I nie dlatego, że wcale nie chciał go zjadać czy mu nie smakował. Taki już był.

- Nie do końca. – powiedziała Lindsay wchodząc do środka - Poprosiłam Harry’ego żeby z tobą posiedział.

- Oh… - mruknął podnosząc na nią wzrok, a ona przejechała ręką po jego włosach.

Cieszył się, że Harry przyjdzie, ale mimo wszystko uważał, że nie potrzebuje opiekunki i miał żal do nich, że boją się zostawić go samego. Przecież obiecał im, że nigdy więcej nie będzie próbował się zabić, a żyletki nie tknął od równego tygodnia.

- Kochanie zrozum, że…

- Rozumiem. – przerwał jej odsuwając krzesło i wstając. Wrzucił prawie całe jedzenie do kosza na śmieci, schował talerz do zmywarki i wyszedł.

- Będzie dobrze. – powiedział Tom przytulając żonę, gdy zobaczył jej zmartwioną minę.

Godzinę później Louis siedział na parapecie w swoim pokoju czytając książkę, gdy przyszła jego ciocia i powiedziała, że muszą już wyjść.

- Harry będzie za pół godziny i…

- Mogę zostać tyle sam? – wyrwało mu się zanim pomyślał, a jego ciocia westchnęła ze zrezygnowaniem.

- Louis…

- Przepraszam. – powiedział szybko podnosząc wzrok i patrząc na nią przepraszająco. Nigdy nie był w stosunku do nich, ani nikogo innego cyniczny, dlatego żałował, że to powiedział. Zwłaszcza, że Tom i Lindsay naprawdę się o niego martwili i wszystko co robili było dla jego dobra.

- Jeśli wszystko będzie dobrze to jest to ostatni raz, obiecuję. Doktor Flynch ostatnio bardzo cię chwalił i cieszę się, że jest coraz lepiej i że zdecydowałeś się zacząć z nim rozmawiać. – uśmiechnęła się podchodząc do niego i patrząc w smutne tęczówki.

- Naprawdę? Obiecujesz? – zapytał cicho.

- Tak kochanie. Ale teraz muszę już wyjść bo mamy mało czasu…

- Gdzie jedziecie? – przerwał jej jeszcze chłopak patrząc prosto na nią.

- My… jedziemy… Musimy coś załatwić, nie mogę ci teraz tego wyjaśniać bo nie mam czasu… - mówiła trochę zdenerwowana i wiedząc, że Louis zaraz zapyta ją czy jadą do Grimsby dodała – Zróbcie sobie z Harry’m coś do jedzenia, dobrze? Zrobiłam ciasto, ale mam na myśli coś normalnego. – uśmiechnęła się szeroko – Idę, jak coś to dzwoń. Pa kochanie. – dodała całując go w głowę i wyszła.

Szatyn zamknął oczy i odchylił głowę do tyłu opierając ją o ścianę i wzdychając ciężko. Dobrze wiedział gdzie pojechali. Ostatnio też nie chcieli mu powiedzieć o co chodzi, a to znaczy, że musiało to być coś związanego z jego rodzicami i siostrami. Tylko ten temat był przy nim całkowicie unikany.

Otworzył oczy i spojrzał na półkę, gdzie ze zdjęcia uśmiechali się do niego jego rodzice, siostry i on sam. Poczuł gulę goryczy w gardle. Minęły zaledwie dwa miesiące i kilka dni, a kiedy tylko o tym pomyśli czuje jakby serce pękało mu na kawałki. Przełknął ślinę i wypuścił ustami powietrze, a jego dolna warga zadrżała delikatnie.

Tak bardzo za nimi tęsknił, tak bardzo chciał móc ich znów zobaczyć, tak bardzo chciał by bliźniaczki znów właziły mu do łóżka, gdy spał i skakały po nim i po materacu… Nawet jeśli tak bardzo tego nienawidził, teraz mu tego brakowało. A to bolało.

Nieświadomie znowu zaczął się nakręcać i myśleć o tym wszystkim co się stało. Co by było, gdyby on pojechał wtedy z nimi na tę wycieczkę? Może wszystko byłoby inaczej? Może mógłby jakoś pomóc?

Może.

Nigdy się tego nie dowie bo jego najbliższa rodzina leży teraz trzy metry pod ziemią.

Zatkał usta ręką, gdy nieświadomie zaczął wyobrażać sobie jak teraz muszą wyglądać ich ciała, zeskoczył z parapetu i ledwo dobiegł do łazienki wymiotując całą zawartość swojego żołądka, a potem drugi raz i kolejny. Skurcze brzucha nie ustępowały przez dobre kilkanaście minut, a Louis męczył się przy tym okropnie, wymiotując żółcią.

Opadł na podłogę czując się wykończony i osłabiony, gdy usłyszał dzwonek do drzwi. Podniósł się chcąc otworzyć Harry’emu, gdy nudności wróciły i znów musiał nachylić się nad toaletą i wymiotować, by potem ponownie opaść na podłogę. Miał nadzieję, że Harry wpadnie na to, żeby sam wejść do domu bo nie był w stanie podnieść się z miejsca. Dzwonek zadzwonił drugi raz, a potem znowu.

- Ugh… - jęknął do siebie Louis wyjmując z kieszeni telefon i pisząc Harry’emu by wszedł, ale zanim zdążył wysłać wiadomość usłyszał dźwięk zamykania drzwi i zaniepokojony głos bruneta.

Kilka sekund później pojawił się w łazience.

- Hej, co się dzieje? Louis? – zapytał kucając przy nim i dotykając jego czoła.

- Ja… ugh… nie czuje się dobrze. – powiedział słabo napotykając zielone tęczówki.

- Brałeś jakieś leki? – spytał poważnie Harry, ale szatyn pokręcił przecząco głową.

- Nie, ja… wymiotowałem tylko i nie mogłem przestać. Już jest lepiej… Byłem bliski zwrócenia swoich wnętrzności. – jęknął.

- Dobrze, że tego nie zrobiłeś. – westchnął Harry uśmiechając się lekko - Posiedź jeszcze chwilę, przyniosę ci wodę żebyś się nie odwodnił.

*

- Co ty kombinujesz? – zapytał godzinę później Harry, gdy Louis zaczął przygotowywać jedzenie.

Herbata i zimny prysznic sprowadziły go z powrotem do świata żywych. Pozbył się mdłości, a jego skóra odzyskała naturalny kolor. Mimo wszystko czuł się głupio, że brunet zobaczył go w takiej chwili i pod prysznicem naszły go myśli, że w jego oczach musi wyglądać na naprawdę nienormalnego. To sprawiło, że znowu zaczął chować się do swojej skorupki i unikał kontaktu wzrokowego.

- Halo? – wyrwało go z zamyśleń, a gdy się odwrócił zobaczył wesołe zielone tęczówki patrzące na niego znad macbook’a. Zastanowił się chwilę. Nie było w tym spojrzeniu nic co sugerowałoby, że Harry ma go za wariata.

W ostateczności zdecydował uśmiechnąć się delikatnie.

- Kurczak. – powiedział wciąż zamyślony, aż potrząsnął głową zdając sobie sprawę z tego jak dziwnie to zabrzmiało – To będzie kurczak po wietnamsku Harry. – wyjaśnił pełnym zdaniem odwracając się z powrotem do blatu i chichocząc sam do siebie.

- Widzę, że bardzo zabawny ten twój kurczak. – zaśmiał się Harry nie mogąc się powstrzymać. Każdy uśmiech Louis’a wywoływał u niego dziwnie przyjemnie uczucie gdzieś w brzuchu. Nie mógł uwierzyć, że jeszcze tydzień temu chłopak był w kompletnej rozsypce i cieszył się, że powoli zbiera się do kupy. Po części właśnie przez niego. – Pomogę ci go pokroić zanim utniesz sobie palca. – dodał wstając i podchodząc bliżej.

- Gdzie mi tu… gdzie z tymi brudnymi łapami? – oburzył się Louis zatrzymując go ręką na co Harry podniósł brwi jeszcze bardziej rozbawiony – Umyj. Umyj, umyj, umyj… – mówił szatyn za każdym razem, gdy Harry otwierał usta by coś powiedzieć.

W końcu westchnął i opuścił ręce ze zrezygnowaniem nie mogąc powstrzymać uśmiechu. Nachylił się całując lekko Louisa w głowę po czym podszedł do zlewu dokładnie myjąc ręce.

Kurwa, uwielbiał go. Uwielbiał go, a on sobie nawet nie zdawał sprawy z tego, że wszystko co robi jest takie rozbrajająco słodkie. No właśnie. Bo Harry nigdy nie spotykał się z takimi rozbrajająco słodkimi rzeczami… Dlatego były dla niego jeszcze bardziej rozbrajająco słodkie. I rozczulające.

Bardzo rozczulające.

- A to za co? – usłyszał za sobą.

- Kurczak. – odpowiedział głupio bo i tak nie był w stanie opisać słowami tego co czuł. Odwrócił się zerkając w parę niebieskich tęczówek i chwytając za nóż – No nie patrz tak, umyłem je dokładnie, chociaż i tak były czyste! – przewrócił oczami.

- Na klawiaturze jest najwięcej zarazków. – głos szatyna zabrzmiał odrobinę książkowo - To, że wizualnie były czyste nie znaczy, że…

- Pffff… - prychnął Harry krojąc kurczaka - Twój laptop wygląda jakby nigdy nie był używany więc nie mów mi o…

- Bo nie był używany, ale mimo wszystko…

- A widzisz? – zaśmiał się rzucając okiem na szatyna - Więc jednak mam rację mówiąc, że moje ręce były…

- Nie były czyste Ha…

- Oczywiście, że były! – bronił się zielonooki.

- Nie, nie były. – zaprzeczył spokojnie.

- Były! – zawołał loczek, a gdy Lou otwierał usta by coś powiedzieć Harry wchodził mu w słowo, tak jak on mu wcześniej - Były, były, były!

Louis westchnął ciężko rezygnując z dalszego spierania się i wrócił do wcześniejszych czynności. Wsypał ryż do garnka, który położył na płycie ceramicznej i zaczął ustawiać funkcję szybkiego nagrzewania.

- …a mówiłeś ostatnio, że to ja jestem irytujący. – mruknął cicho.

- Jesteś uroczy. – usłyszał od razu, a na jego policzkach jak na zawołanie pojawiły się małe rumieńce.

- No dobrze… właśnie się zawstydziłem. - powiedział powoli - Nie jestem w stanie dalej…

- …ale tylko z gliną na twarzy. – wtrącił szybko Harry, a Louis otworzył z niedowierzaniem usta.

- Ty…

- Ja. – uciął loczek i zaśmiał się patrząc mu bezczelnie w oczy.

- Nie do wiary! Jesteś okropny… Boże, jesteś gorzej niż okropny!

- Mówiłem ci to ostatnio to zaprzeczyłeś.

- Zawsze wszystko zapamiętujesz?

- …gliny na twojej twarzy chyba nigdy nie zapomnę. – wzruszył ramionami śmiejąc się wyzywająco na co szczęka Louis’a opadła jeszcze niżej.

To był cios poniżej pasa i nie mógł tak po prostu zostać zignorowany.

- Wiesz co Harry? – zaczął niższy mrużąc przy tym oczy.

- Słucham Louis? – odpowiedział uśmiechając się niewinnie, chociaż w głębi duszy był dumny bo wygrał tą małą bitwę.

- Ty też jesteś uroczy… - szatyn sięgnął za siebie chwytając coś w rękę, a chwilę później twarz Harry’ego zetknęła się z ciastem Lindsay – …z szarlotką na twarzy.

Zabrał rękę, a Harry stał przez chwilę nieruchomo analizując całą sytuację i przybierając minę, którą jeszcze chwilę wcześniej miał na twarzy Louis. Spojrzał na niego.

- Czy ty właśnie…

- Tak.

Minęła chwila krótkiej ciszy zanim Harry postanowił się odezwać.

- O nieee… nawet nie wiesz jak będziesz tego żałował Tomlinson. – powiedział starając się by ton jego głosu brzmiał groźnie.

Odłożył nóż i już zaczął robić kroki w stronę szatyna, gdy ten zaczął się cofać, a potem uciekać, kiedy Harry nagle przyspieszył. Gonili się chwilę wokół stołu, a potem po innych częściach domu, gdy Louis został złapany gdzieś na środku salonu i przewrócony na jasny dywan. Harry unieruchomił go przy ziemi siadając mu na biodrach, a Louis śmiał się chwilę patrząc mu na twarz, aż uspokoił się widząc jego zmrużone oczy i złowrogie spojrzenie. Nie wiedział co chce zrobić do czasu, aż brunet przeniósł swoje dłonie na żebra Louis’a. Wtedy uśmiech natychmiast zniknął z jego twarzy.

- Nie zrobisz te… - nie dokończył bo Harry zaczął go łaskotać co wywołało u niego niekontrolowany napad śmiechu.

Jego mięśnie natychmiast się spięły, a ciało zaczęło drżeć przez dotyk unerwionych części jego ciała. Mimo tego, że miał wolne ręce, którymi machał na wszystkie strony próbując zrzucić z siebie Harry’ego, nie był w stanie tego zrobić. Śmiał się głośno ruszając głową na boki i zaciskając mocno oczy. To było stanowczo za wiele.

- Mówiłem, że będziesz żałował? – usłyszał nad sobą zadowolony głos.

- Harry… błagam… hahahahahah… przestań…. Hahahahaha! …Boże n-nie… ahahahahahahah… Harry! …Harry niiiiie, hahahahahahah błagam… błagaaaahahahaha! – piszczał śmiejąc się i wiercąc na boki.

- Co się dzieje Lou? - Harry wyszczerzył zęby w satysfakcji, patrząc jak szatyn bezskutecznie próbuje odtrącić od siebie jego ręce.

To był zdecydowanie najpiękniejszy widok w całym jego życiu, a kiedy spojrzał na twarz Louis’a, nieświadomie w jego głowie pojawiło się jedno słowo, które powtarzał w kółko nie zdając sobie z tego nawet sprawy.

„Kochamkochamkochamkochamkocham”

- Hahahaha… p-proszę Harryyyyaaaaaaaaahahahahahahah! – zawołał Louis, kiedy chłopak przeniósł ręce niżej i zaczął gilgotać go jeszcze bardziej, sam śmiejąc się przy tym jak głupi.

Męczył Louis’a tak długo, dopóki po jego policzkach nie zaczęły spływać łzy, a kiedy przestał wciąż chichotał widząc jak stara się złapać oddech.

- Chciałbyś coś jeszcze powiedzieć Tomlinson?

- Tylko… tylko tyle… że oprócz bycia okropnym… jesteś jeszcze cholernie okrutny… - wysapał dochodząc do siebie po ataku śmiechu i utrzymując z Harry’m kontakt wzrokowy.

- Oj… to nie wszystko. – zaprzeczył powoli nachylając się nad niego.

- A co jeszcze? – zapytał pod nim Louis zerkając na zbliżające się usta bruneta i wiedząc co zamierza zrobić.

- Możeee… tooo? - zamruczał niskim głosem Harry i kiedy ich usta już prawie się stykały szatyn zatrzymał go palcem.

- Poczekaj… zanim mnie pocałujesz muszę ci coś powiedzieć. – powiedział szybko patrząc mu w oczy.

- Co takiego?

- Coś bardzo… bardzo ważnego. – głos Louis’a był poważny i Harry zaczął się trochę niepokoić.

- Louis? O co chodzi? – zapytał odsuwając się od niego trochę i dokładnie analizując wyraz jego twarzy.

- Chodzi o to Harry, że… nie wiem jak to powiedzieć, masz… Boże, masz szarlotkę na twarzy! – zawołał wybuchając głośnym śmiechem, który nie trwał długo bo zirytowany Harry szybko zatkał mu usta swoimi.

- Dupek. – wysyczał pomiędzy pocałunkami, a motylki w brzuchu Louis’a nie pozwoliły mu już wydusić z siebie ani słowa więcej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz