- Co ty ze mną robisz - westchnął Harry pomagając szatynowi podnieść się z podłogi. Zanim jednak wypuścił go ze swoich rąk odgarnął mu kosmyk włosów z czoła i obiegł wzrokiem jego twarz.
Włosy niższego chłopaka były rozczochrane, cholernie seksownie rozczochrane – co oczywiście nie umknęło uwadze Harry’ego – niebieskie oczy błyszczały uśmiechając się razem z zaczerwienionymi ustami, a na policzkach gościł delikatny rumieniec, który niewątpliwie wywołał ich wcześniejszy pocałunek. Boże, skoro zwykły, delikatny pocałunek może wywołać coś tak wspaniałego, to Harry nie chciał nawet wyobrażać sobie jak musiał wyglądać po seksie.
- Ja z tobą? – usłyszał i natychmiast wyrzucił z głowy to co właśnie zaczął sobie wyobrażać - Przypomnę ci, że to ty omal nie załaskotałeś mnie na śmierć.
- Warto było zobaczyć jak się śmiejesz. – zaśmiał się Harry – Na pewno kiedyś to powtórzę… Dobrze znać twój słaby punkt. – dodał szeptem uderzając go palcem wskazującym w nos i ruszając w stronę kuchni, gdzie wciąż czekał na nich niegotowy kurczak.
- Kiedyś się zemszczę. – rzucił szatyn idąc za nim.
- Nie dasz mi rady. – odparł pewnie Harry kończąc kroić kurczaka.
- Nie prowokuj. - Louis rzucił mu rozbawione spojrzenie i w tym momencie zaczął dzwonić jego telefon – Halo?… Tak, robimy kurczaka, może się na niego załapiecie jeśli Harry nie zje wszystkiego…
- Ej! – syknął oburzony loczek, na co szatyn pokazał mu język.
- …Oh… - powiedział podnosząc wzrok i patrząc na Harry’ego, który teraz przyglądał mu się pytająco – No dobrze. W porządku.
- Co jest? – zapytał Harry kiedy odłożył iphone’a na stół.
- Mówią, że wrócą trochę później. – odpowiedział spuszczając głowę i przerzucając pokrojonego kurczaka na patelnię.
Harry zmrużył oczy widząc, że Louis odrobinę przygasł.
- Wszystko w porządku? – zapytał podejrzliwie.
- Nie wiem… miała trochę dziwny głos… - westchnął – Może mi się wydawało…
- Na pewno wszystko jest dobrze. – zapewnił Harry podchodząc do niego i zaglądając mu przez ramię co robi – Hmm co to?
(x)
- To jest mój drogi… cukier. – odpowiedział parskając śmiechem na co Harry przewrócił oczami.
- Widzę szefie kuchni. Dlaczego sypiesz go na patelnię? Nie rób tego bo…
Louis cmoknął zirytowany ustami i odwrócił się do niego przodem. Jego oczy były zmrużone i patrzyły na Harry’ego złowrogo.
- Kto jest szefem kuchni? – zapytał – Kto, kto… kto?
- Ty, ale…
– No właśnie. – przerwał mu po czym odwrócił się z powrotem w stronę patelni.
Harry zaśmiał się kręcąc z niedowierzaniem głową. Zgasił go. Normalnie go zgasił.
„Co za mały impertynent”, pomyślał przygryzając dolną wargę i nachylając się jeszcze bardziej.
- Kto by pomyślał, że jesteś taki arogancki. – zamruczał niskim głosem tuż nad jego lewym uchem i uśmiechnął się widząc, że na jego szyi pojawiła się gęsia skórka.
- Proszę mnie tu nie rozpraszać. – powiedział mieszając – Wiesz dlaczego mało kto potrafi zrobić dobrego kurczaka po wietnamsku? …powiem ci. Ponieważ mało kto wie, że na początku trzeba… - urwał na chwilę czując na szyi ciepły oddech - …trzeba zrobić z cukru karmel, którym później pokryje się kurczak i… i…
- I co?
Louis zamknął na chwilę oczy, by po chwili znów je otworzyć.
- …i. I potem… potem trzeba… …Harry. – jęknął cicho z wyrzutem.
- Słucham? – zapytał niewinnie – Mów dalej, mów dalej… i co potem trzeba zrobić?
- Potem… potem trzeba… - wziął głęboki oddech - …trzeba wyłączyć prąd i odsunąć patelnię, żeby to co na niej jest nie stanęło w ogniu… - powiedział wykonując przy tym te czynności - …podczas, gdy… - odwrócił się do Harry’ego i zanim loczek zdążył zareagować poczuł dłoń na swoim karku i chwilę później jego wargi ponownie spotkały się z ciepłymi ustami Louisa.
Tego się nie spodziewał. Miał zamiar go drażnić muskając jego szyję, podczas, gdy ten miał zajęte ręce, a tymczasem Louis tak po prostu wszystko wyłączył, odwrócił się do niego, podniósł na palcach i pocałował.
Gdzie podział się ten małomówny szatyn, który drżał ze strachu na jego widok?
To było dla Harry’ego za wiele, dlatego natychmiast odpowiedział na ten nieśmiały pocałunek, który chwilę później przerodził się w coś bardziej namiętnego. Brunet owinął ręce wokół jego talii i przyciągnął go do siebie, a potem tyłek szatyna zetknął się z kuchennymi szafkami. Harry przejął inicjatywę ciesząc się każdym dotykiem niższego chłopaka.
Louis przesunął ręką od jego karku po obojczyk i pisnął cicho, gdy Harry przejechał dłońmi po jego pupie, a potem podniósł go do góry tak, że Louis musiał owinąć nogi wokół jego talii. Zatopił palce we włosach wyższego na co ten zamruczał gardłowo. Plecy Louisa zetknęły się ze ścianą, a później z lodówką by w końcu spotkać się z miękką kanapą w salonie. Oddychał szybko patrząc na Harry’ego, który na chwilę zatrzymał się nad nim, a potem chwycił tył jego szyi i przyciągnął go z powrotem do pocałunku. Harry oparł rękę po lewej stronie głowy Louisa, a ich uda znalazły się między ich nogami.
- O Boże… - jęknął Louis, gdy zatrzymali się patrząc sobie w oczy.
Cholera, Harry jeszcze nigdy nie czuł się tak podniecony. Miał ochotę pieprzyć go tu i teraz, ale nagle odzyskał trzeźwość umysłu. Przecież nie mogą tak po prostu tego tu zrobić, prawda?… To znaczy… teoretycznie, gdyby to nic nie znaczyło nie miałby nic przeciwko, ale teraz… Teraz było… inaczej.
Usłyszał w swojej głowie Liama, który wręcz krzyczał, że nie może traktować Louisa jak kolejną zabawkę. Nie po tym co przeszedł. Ale to nie chodziło już o Liama. On sam też nie chciał mu tego robić. Nie chciał go zranić w żaden możliwy sposób, a to teraz działo się zdecydowanie za szybko.
- Boże – wydyszał wciąż patrząc w niebieskie tęczówki – Nie możemy tak… nie…
- Nie możemy – potwierdził Louis kiwając szybko głową i z trudem łapiąc oddech.
- Nie możemy boo… - zaczął Harry próbując znaleźć jakąś wymówkę.
- Kurczak. – wpadł mu w słowo Louis, na co ten przytaknął równie szybko jak Louis wcześniej.
- Tak… tak, kurczak. – sapnął Harry – Jeszcze nawet go nie zjedliśmy… Nie można tak…
- Oczywiście, że nie. – wymamrotał pod nim szatyn, a jego klatka unosiła się w górę i w dół.
- …nie na pierwszej randce…
- …nie przed kolacją…
- …nie przed filmem. – dorzucił Harry.
- Powinienem wrócić do kuchni i dokończyć…
- Powinieneś. – kiwnął loczek – To ja… ja lepiej… lepiej tu zostanę i… i po prostu…
- Film.
- Film. – przytaknął – Tak, to będzie najlepsze wyjście… - westchnął zamykając na chwilę oczy.
„Boże, Boże, Boże! Panuj nad sobą Styles! Panuj. Nad. Sobą. Do. Kurwy. Nędzy.”, mówił sobie w głowie.
- Uhm… Harry? – usłyszał po dłuższej chwili głos, który wyrwał go z zamyśleń.
Otworzył zdezorientowany oczy by znów spotkać się z błękitem jego oczu.
- Słucham?
- Musisz… musisz ze mnie zejść, żebym mógł… no wiesz…
- Ah tak… tak, masz rację. – powiedział podnosząc się z niego tak żeby mógł wstać.
Kiedy Louis zniknął z jego pola widzenia, Harry opadł na kanapę robiąc kilka powolnych wdechów i wydechów byleby tylko się jakoś uspokoić. Dalsza część wieczoru przebiegła już normalnie. Zjedli, rozmawiając o wszystkim i o niczym, a potem śmiali się jak dzieci oglądając po kolei wszystkie części Shreka.
Harry czuł, że już dawno nie był taki szczęśliwy jak teraz. Odkąd Gemma popełniła samobójstwo żył chwilą, ciągle wpadał w jakieś kłopoty, palił trawkę z Zaynem i nie raz komuś przywalił. A teraz? Gdyby to było takie proste, byłby skłonny to wszystko zostawić i zacząć żyć normalnie.
Ale nie mógł bo był jeszcze Justin, któremu musiał pomagać.
Kiedy ponownie oderwał się od swoich myśli zdał sobie sprawę, że na ekranie pojawiły się napisy końcowe, a na jego kolanach, zwinięty w kulkę smacznie śpi Louis. Przesunął ręką po jego miękkich włosach, myśląc o tym, że najchętniej nigdy by stąd nie wstawał, kiedy w tym samym czasie w kieszeni zaczął mu wibrować telefon. Przeklął cicho w duchu i szybko rozłączył dzwoniącego po raz setny Justina.
Chwilę później zgasił telewizor, delikatnie ściągnął z kolan głowę niższego chłopaka, który zaczął coś do siebie mruczeć, a potem przykrył go kocem i wyszedł do kuchni by oddzwonić i posprzątać po nich talerze. Justin jak zwykle był wściekły, mówił, że nie tak się umawiali i że natychmiast ma przyjechać bo inaczej pożałuje.
- …Będę najszybciej jak dam radę. – rzucił Harry, a gdy się rozłączył usłyszał dźwięk przekręcanego w drzwiach klucza i chwilę później do środka weszli Lindsay i Tom.
- Harry. – przywitała się – Myślałam, że położycie się spać. Przepraszam, że to tak długo trwało…
- Nic się nie dzieje. Louis zasnął w salonie, a ja się będę już zbierał.
- Wiesz, że możesz zostać jeśli chcesz, jest dość późno… Wszystko było w porządku?
- Dziękuję, ale muszę wrócić. – uśmiechnął się i dopiero teraz zobaczył smutną minę Lindsay. Louis miał rację, jej głos był inny i nawet wyglądała jakby coś się stało – Tak, wszystko było dobrze. Louis dużo się śmiał… nie widziałem go jeszcze w takim wydaniu. – zachichotał na co uśmiechnęła się szeroko.
Kiwnęła głową i westchnęła, a Harry zaczął się zastanawiać o co chodzi.
- Cieszę się i dziękuję ci za to bo to twoja zasługa. Otworzyłeś go. – mruknęła – Harry, nie chcę cię teraz zatrzymywać, ale chciałabym z tobą porozmawiać. Właśnie o Lou i… - wzięła głęboki oddech - …i o śmierci jego rodziny.
- Może teraz? – zapytał Harry zastanawiając się o co może chodzić.
- To może jeszcze trochę poczekać. – powiedziała - Do jutra na pewno… Jeśli znajdziesz czas to wpadnij jutro, kiedy Louis będzie u psychologa. – powiedziała, a Harry obiecał, że na pewno przyjdzie. Potem uśmiechnął się pocieszająco, pożegnał i wyszedł.
*
Zayn podskoczył na kanapie słysząc trzask drzwi. Spojrzał na zegarek i zobaczył, że dochodziła już dwunasta w nocy. Usłyszał jak Harry wchodzi po schodach na górę, grzebie w szafkach i chwilę później znów zbiega na dół.
- Hej, hej, hej. Chwila. Gdzie idziesz? – warknął zastawiając mu drogę.
- To nie jest twój interes Zayn. – zirytował się Harry chcąc przejść – Przepuść mnie.
Mulat jednak ani drgnął. Założył ręce na ramiona i spojrzał na niego niczym ojciec na nieposłuszne dziecko.
- Nie. Nie dopóki nie powiesz mi co się z tobą kurwa dzieje i co robisz dla Biebera. – zdenerwował się – Naprawdę, aż tak bardzo chcesz się władować w jakieś gówno?
- To nie jest twoja sprawa! Robię co robię. A teraz odsuń się, albo sam cię usunę! Spieszę się i nie mam czasu. – odpowiedział Harry, który wiedział, że z Zaynem trzeba rozmawiać tylko na ostro.
Patrzyli sobie chwilę w oczy z wyraźną nienawiścią, aż Zayn odsunął się na bok.
- Idiota. – rzucił za nim – Nie wiesz do czego cię to zaprowadzi. Nie wierzę, że masz aż tak nasrane do łba… ale okej. Pozdrów ode mnie tyłek Biebera, kiedy będziesz go lizał.
- Odpierdol się. – warknął loczek trzaskając drzwiami i idąc do samochodu.
Zayn stał chwilę w miejscu patrząc jak Harry rozmawia z kimś jeszcze przez telefon, po czym zacisnął zęby zdenerwowany. Nie mógł tego tak zostawić. Ten głupi dureń był jego najlepszym przyjacielem.
- Kurwa mać. – zaklął, a potem odwrócił się i niemal zerwał z łóżka śpiącego Liama – Wstawaj. Mamy problem. Harry wyraźnie wpakował się w jakieś gówno, a ja nie pozwolę go zabić. Musisz mi pomóc uratować jego żałosne życie.
Liam mamrotał przez krótką chwilę, aż w końcu pozwolił zerwać się z łóżka. Kilka minut później Zayn „pożyczył” samochód sąsiadki i ruszyli za Harry’m.
- Co to jest?! – zdenerwował się Liam, gdy zobaczył jak Zayn wyjmuje z kieszeni broń – Zatrzymaj się!
- Wyluzuj idioto, to zabawka. Nie oszalałem do reszty jak Hazz. W plecaku pod nogami znajdziesz drugą. Weź ją. I… Liam…
- Co?
- Nie daj się zabić.
*
- Robisz sobie kurwa jaja ze mnie, czy co?! – zdenerwował się Justin popychając Harry’ego do tyłu na stół bilardowy.
Harry westchnął zaciskając mocno zęby. Za każdym pieprzonym razem, gdy widział jego paskudną gębę musiał ściskać w kieszeni pięści by nie uderzyć go w pysk. Justin był chyba jedyną osobą na tej planecie, która tak bardzo działała mu na nerwy.
- Nie mogłem przyjść wcześniej. – rzucił starając się by ton jego głosu nie był agresywny – Zrozum to kurwa.
- Lepiej żebyś miał jakiś kurewsko dobry powód bo następnym razem każę cię znaleźć i rozpierdolić to co będziesz w danej chwili robił. – powiedział patrząc prosto w zielone oczy, z których w tej chwili tryskała czysta wściekłość.
- Nie szantażuj mnie…
- …to ty przybiegłeś tu z płaczem i chciałeś się dogadać, nie zapominaj o tym. – Justin przerwał mu spokojnie.
- To nie znaczy, że będę ci pomagał do końca życia. W tym tygodniu i tak dużo dla ciebie zrobiłem. Każ mi zrobić coś jeszcze, pomogę ci w tym i na tym koniec naszej współpracy Bieber. Nie potrzebuję pakować się w jeszcze większe bagno.
Justin uśmiechnął się kpiąco i przeczesał ręką miodowe włosy.
- Tego chcesz? – zapytał.
- Wyobraź sobie, że tak. – warknął – Tego kurwa chcę.
- Znajdzie się coś. Nawet dzisiaj. Mój ukochany tatuś sam mnie o tym poinformował. Chłopaki… - zwrócił się do jakiś dwóch mięśniaków – Powiedzcie mu co ma robić.
„Pieprzony gangster-licealista.”, prychnął w myślach Harry i odszedł rzucając mu nienawistne spojrzenie.
*
- Gdzie jedziemy? – zapytał Harry, gdy razem z trójką innych kolesi jechali samochodem w stronę Londynu.
- Tam gdzie diabeł nie mówi dobranoc. – zaśmiał się jeden z nich – Skręć tu w prawo, będzie szybciej.
- Peckham – wyjaśnił drugi – Weź to. – dodał rzucając mu czarny worek.
Harry włożył rękę do środka i wyjął mały, czarny pistolet.
- Poważnie? – zapytał – Po co mi to, skoro mamy jedynie wziąć od niego towar?
- Jesteś naiwniejszy niż mogłoby się wydawać Styles.
- Zaraz… chyba nie zamierzamy… kurwa dlaczego wcześniej nic mi nie powiedzieliście?!
- A zgodziłbyś się?
- Oczywiście, że nie do cholery, kurwa. Wysadź mnie w tej chwili, słyszysz? – zdenerwował się loczek - Nie zamierzam się w to…
- Zamknij się i rób co masz robić, albo strzelę ci w łeb. – warknął jeden – Bieber mówił, że może tak być i kazał nam cię przycisnąć. Wysiadamy, wchodzimy do środka, bierzemy to co nasze i spadamy. To wszystko. Więc nie sraj w gacie Styles.
- Zabiję go. – syknął Harry.
Powiedzieli mu, że jadą do jakiejś dzielnicy w Londynie do gościa, od którego mają odebrać towar. Mówiąc towar mieli oczywiście na myśli narkotyki, czego się domyślił, ale nikt nie wyjaśnił mu, że słowo „odebrać” oznaczało „wtargnąć tam, zrobić rozróbę i zabrać”. To było właśnie coś czego chciał uniknąć. Nie chciał pakować się w kłopoty, a teraz, gdy miał w ręce broń wiedział, że jest to nieuniknione. Chłopcy wyjaśnili mu plan i powiedzieli, gdzie będzie czekał na nich samochód.
Wysiedli w trójkę na rogu wyjątkowo obskurnej uliczki, ustalili krótki plan i ruszyli w kierunku garaży samochodowych. Piętnaście minut później przeszli do dużego budynku, w którym znajdował się warsztat samochodowy i zatrzymali się przy bocznych drzwiach.
- Wchodzimy. Nic nie gadasz tylko trzymasz broń i pilnujesz żeby nas nie zastrzelili, jasne? Jak ktoś się będzie stawiał to strzelaj.
- Nie zamierzam do nikogo strzelać. – zaprotestował natychmiast brunet.
- Więc pozwól się zabić. – warknął tamten otwierając butem drzwi i wpadając do środka.
*
- Widziałeś to?! Czy oni właśnie wyważyli drzwi i weszli z bronią do środka?! – krzyknął Liam – Czy Harry do reszty zwariował? Czy on chce spędzić resztę życia w pierdlu?! Do jasnej cholery…
Zatrzymali się na końcu uliczki tak, że cały czas dokładnie widzieli Harry’ego, aż do czasu, gdy wszedł do budynku. Chwilę czekali w samochodzie, aż usłyszeli kilka strzałów.
- Jasna cholera. Liam, idę tam. – powiedział do chłopaka, który pobladł jak kartka papieru.
Wziął głęboki oddech, narzucił kaptur na głowę po czym otworzył drzwi. Zatrzymał się, gdy Liam złapał go za ramię. Spojrzał w tym samym kierunku co on i zobaczyli jak Harry z jakimś chłopakiem wybiegają ze środka i skręcają w jakąś uliczkę. Chwilę później za nimi wypadło czterech albo pięciu facetów. Nikt nie strzelał, więc wyglądało na to, że żaden z nich nie miał broni.
Ale potem wcale nie było lepiej bo Harry i ten drugi chłopak zostali złapani gdzieś przy samochodach i właśnie byli okładani pięściami na środku drogi. Mimo, że się bronili nie mieli najmniejszych szans by wyjść z tego cało.
Zayn nie myśląc za wiele wyskoczył z auta, uniósł plastikowy pistolet (jakkolwiek śmiesznie to brzmi) i modląc się żeby nikt nie zorientował się, że to zabawka ruszył w ich stronę. I całe szczęście, że to zrobił bo w tym samym momencie ze środka wyskoczył jeszcze jeden facet z bronią w ręku.
- Rzuć to! – krzyknął Zayn, a mężczyzna zamarł. Nie widział go wcześniej – Powiedziałem: rzuć to kurwa, albo twój mózg wyląduje na tej ścianie. – rzucił wskazując bronią na mur budynku, a coś w jego głowie zaśmiało się ze zdenerwowania.
„Mózg na ścianie? Poważnie Zayn?”, zapytał w głowie sam siebie.
Starał się opanować drżące dłonie i przełknął ślinę, gdy tamten kopnął pistolet w jego kierunku. Mulat odkopnął go dalej co sprawiło, że wpadł pod jeden z samochodów. W tej samej chwili obok niego pojawił się Liam.
- A teraz spierdalaj do środka i lepiej nie wychodź! – warknął, a gdy tamten zniknął za drzwiami spojrzał przerażony na Liama.
- Dobrze zagrane. – uśmiechnął się tamten i w tej chwili zza rogu usłyszeli krzyk Harry’ego przepełniony bólem.
Spojrzeli na siebie i puścili się biegiem w tamtą stronę, a potem już wszystko działo się tak szybko, że Zayn nie był nawet w stanie zarejestrować kilku scen. Jednego był pewien: za swoją rolę bandziora powinien otrzymać złoty medal. Z łatwością udało im się odpędzić tamtych, a potem zgarnęli swojego przyjaciela do samochodu i odjechali z piskiem opon.
- Ah kurwa! – krzyknął z bólu skręcając się na tylnim siedzeniu.
- Wszystko dobrze? Nie postrzelili cię? Żebra, kości, wszystko całe? – odwrócił się zdenerwowany Liam, gdy pędzili przez miasto. Mieli nadzieję, że tamci nie zaczną ich ścigać.
Harry miał zaciśniętą mocno szczękę i osunął się całkiem na siedzenie, tak, że leżał. Z jego nosa obficie lała się krew.
- Jest. Okej. – powiedział przez zaciśnięte zęby – Kurwa. – przeklął znowu – Zabiję tego chuja. – jęknął z bólu.
- Harry gdzie twoje auto? – zapytał Liam, a ten wysyczał przez zęby nazwę ulicy.
Pół godziny później leżał na kanapie obłożony lodem. Na przemian jęczał i klął.
- Co się stało tam w środku?
- Ten fiut, który mnie zostawił i uciekł wpadł do środka i zaczął do nich strzelać. Ale nie trafił kurwa nikogo… i Bogu dzięki bo jeszcze byłbym zamieszany w morderstwo… Boże. Jak. Boli. Ughhh… - wziął głęboki oddech i mówił dalej - …Wyczerpał wszystkie naboje i jeszcze zabrał broń ode mnie, którą mi przed tym dali… Wydaje mi się, że musiał wcześniej coś wziąć na rozluźnienie bo zachowywał się jak totalny wariat. Może myślał, że to wszystko to jakaś gra komputerowa, kurwa nie wiem…
- Stary, wiesz jakie możesz mieć teraz problemy? I my z Li też jeśli zapamiętali nasze twarze. – westchnął Zayn – Po co tam w ogóle pojechałeś? Myślałem, że jesteś mądrzejszy…
- Też tak myślałem. Bieber mnie w to wszystko wrobił. To miała być ostatnia rzecz, którą dla niego robiłem. Przysięgam, że nie wiedziałem, że będzie taka rozróba. Liam, błagam daj mi więcej lodu… …W każdym razie nie udało nam się nic stamtąd zabrać, wszystko poszło nie tak. Justin mi tego nie daruje.
- On powinien być twoim najmniejszym zmartwieniem w tej sytuacji. – westchnął Liam.
- Cholera, nie chcę mieć już z tym dzieciakiem nic wspólnego. Powinien się nazywać Justin Vito Corleone… - syknął ze złości, a Zayn i Liam dostali niepohamowanego ataku śmiechu – Pieprzony mafiarz.
- Kurwa od dzisiaj będę tak do niego mówił. – parsknął śmiechem mulat – Corleone hahahahahah…
- Widzę, że ci lepiej Styles skoro zbiera ci się na żarciki. – uśmiechnął się Liam – Mam nadzieję, że nie wykręcisz nam więcej żadnego numeru.
- Boże, nie. I dzięki, że uratowaliście mi tyłek. – westchnął poważniejąc.
- Teraz, jeśli nie masz nic przeciwko pójdę spać. Jest czwarta rano, za pięć godzin mamy zajęcia. – powiedział Liam i chwilę po tym ruszył do siebie, a za nim w ślady poszedł Zayn.
Harry wciąż leżąc na kanapie sięgnął do kieszeni po telefon i uśmiechnął się widząc sms’a od Louisa.
Twoje kolana były wygodniejsze od mojej poduszki ;/
Zachichotał do siebie czytając to jeszcze kilka razy, po czym sam nie wiedząc kiedy zamknął oczy i usnął.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz